Byliśmy na rajskiej wyspie

ko-phiphi-tajlandia-6Przyjemnie było: rafa, morze i plaża. A wiecie, co mi się tam najbardziej podobało? Moment, gdy postawiłem stopę na stałym lądzie i wsiadłem znowu na rower.

Nie zrozumcie mnie źle, Ko Phi Phi jest w porządku. Szkoda tylko, że człowiek czuje się tam jak w klatce. Tajowe po tsunami, które przyszło w 2004 roku i zmiotło wszystko, postawili sobie za punkt honoru, aby zastawić całą wyspę bardziej solidnymi, betonowymi konstrukcjami. Pierwsze wrażenie po wyjściu z promu jest takie, że nie ma gdzie się ruszyć, nie ma czym oddychać, co chwilę wpada się na ludzi, niczym na stacji metra w centrum Hong Kongu. Masakra, uciekaj stąd – podpowiada głos w mojej głowie. Jeżeli nie wytrzymasz chociaż jednego dnia, Mażna cię zabije – podpowiada głos rozsądku. No nic, trzeba jakoś się przemęczyć przez ten jeden dzień rajskiego relaksu.

ko-phiphi-tajlandia-3Znajdujemy więc naszą małą ciemną norkę, płacimy absurdalnie duże jak na Tajlandię pieniądze i ruszamy na podbój wyspy. Na szczęście, po przeciśnięciu się przez tysiąc i jeden straganów, knajp i sklepów z równie absurdalnymi cenami, nagle robi się całkiem pusto. Na wąskiej, prowadzącej przez skaliste wzgórza, ścieżce do pobliskiej plaży spotykamy już tylko małe grupki farangów. Mażna zaraz napisze, że jestem aspołeczną świnią i nie mogę się odnaleźć w tłumie. Nie zaprzeczę.

phiphi-tajlandia-uliczka

Na Phi Phi spotkaliśmy pierwsze od nie-pamiętam-kiedy grube koty. Ten rekordzistą nie jest, ale słodziak.
Na Phi Phi spotkaliśmy pierwsze od nie-pamiętam-kiedy grube koty. Ten rekordzistą nie jest, ale słodziak.

Na końcu ścieżki czeka na nas – nie taka znowu bardzo – long beach i upragniona, długo wyczekiwana miejscówka do pływania. Rybki były, Mażna upolowała nawet cztery rekiny. Jak się dobrze poszuka, znajdzie się tutaj też kilka imponujących, kolorowych grzybków pod wodą. Tyle zostało z rafy koralowej, którą skutecznie przetrzebiły łódki. Zabrzmi to pewnie mocno pretensjonalnie, ale na Komodo i w Australii rafkę mają lepszą.

Resztę dnia spędzamy leżąc na piachu pod drzewem z małą przerwą na wizytę w knajpie. Zamówiliśmy dwie kawy, bo były najtańsze. Pani kelnerka, gdy słyszy, że bierzemy tylko tyle i nie chcemy jedzenia, pyrcha pogardliwie i zabiera nam sprzed nosów nakrycia. No co, w środku dnia srogo zawiało i chlusnęło deszczem. Trzeba było się gdzieś schować.

ko-phiphi-tajlandia-5
Cały urlop zmarnowany

tajlandia-lodka

phiphi-tajlandia-panoramaDrugiego dnia z największym trudem wstajemy o siódmej i biegniemy na punkt widokowy, strzelić naszej wyspie fotkę z góry. Po długiej nocy z przerywającą co chwilę transmisją YAPY nie było to łatwe, ale się udało. Przed południem na ostatnią chwilę wrzucamy sakwy na rowery i przepychamy się z powrotem na nabrzeże. Kilka razy stajemy w korku. Szybko odkrywam, że jechać trzeba za lokalnym, który pcha wielki wózek z walizkami i taranuje nim nieskoordynowanych spacerowiczów. Z niemałym trudem ładujemy nasze objuczone rowery na łódkę i… jesteśmy wolni?

ko-phiphi-tajlandia-9Nie, jeszcze półtorej godziny. Tyle czasu płynie prom i tyle czasu musimy uprzejmie odmawiać ofert noclegu, czy transportu na kolejnej rajskiej wyspie – Lanta. Sprzedawcy próbują chwycić za serce każdą możliwą techniką. Pomysł na biznes jest prosty. Podwózkę autem, czy skuterem sprzedają najczęściej dwa razy drożej, niż kosztuje ona na miejscu. Gdy Mażna pokazuje im fotkę rowerów i naszego prywatnego, zielonego dwuosobowego resortu marki Vaude, facet odbiera to chyba jako obrazę. „Ja nie próbuję ci tu wciskać kitu, jestem uczciwym człowiekiem, to mój rodzinny interes! Nocleg w namiocie no have, ale może zainteresuje cię ten bungalow”.

Na promie rżną ostro w karciochy na pieniądze, a jakikolwiek hazard w Tajlandii nielegalny...
Na promie rżną ostro w karciochy na pieniądze. A hazard w Tajlandii nielegalny…

Ale ja nie chcę zostawać jeszcze jednej nocy na Ko Lanta. Gdy udaje nam się niezdarnie wygramolić z rowerami na ląd, ruszam przed siebie niczym pies spuszczony ze smyczy. Ha, znów mam moją drogę, rower i wolność.  To jest właśnie Tajlandia, którą lubię. Jest pięknie, jest przestrzeń, lokalni znów traktują nas po ludzku. Już po kilku kilometrach wracają kciuki podniesione w górę, przyjazne powitania i normalne ceny w sklepach.

Zasypiamy w sadzie ananasowym. Nie udaje nam się jednak zasiedlić go ukradkiem. Momentalnie wypatrzył nas jeden facet i już goni nas skuterem. „Skąd jesteście, gdzie jedziecie? Kupiliście mango? No co wy, takie rzeczy to dla ludzi z północy. U nas w rejonie Krabi to się jada słodziutkie i soczyste ananasy. Proszę, macie na spróbowanie”. Jesteśmy już samym środku muzułmańskiej, południowej części Tajlandii i czuć to na każdym kroku. Gość w dom, Bóg w dom. Gość musi być zadowolony.

Przed snem odwiedzają nas już dwa skutery. Taj wezwał posiłki w postaci drugiego, młodszego gościa nieźle mówiącego po angielsku. Jesteśmy na ich ziemi, a to oznacza, że spać pod namiotem możemy tylko wtedy, gdy kategorycznie tego chcemy i gospodarze będą w stu procentach pewni, że niczego nam nie trzeba. Zaczynamy więc rundkę wymiany uprzejmości, uśmiechów, wzajemnego uniżania się, poklepywania po plecach i uścisków dłoni. Jestem na świeżo po lekturze książki „The Ayatollah Begs to Differ” Hoomana Majda, więc wiem już odrobinę więcej o co w tym wszystkim chodzi. Zapewniam, że niestraszne mi pająki i dzikie węże, że brzuszek mam napojony i najedzony pod korek, że będzie mi na ziemi wygodnie, że nie będzie za zimno (ponad 20C w nocy) i tak dalej i tak dalej. Po kilku minutach zwyczajowego muzułmańskiego ta’aruf ostatnie słowo jest moje. Zostajemy pod namiotem w ananasach. Jeszcze jeden uśmiech, jeszcze jedna graba i nasi nocni goście odjeżdżają na skuterach. Nie to, żebyśmy nie przespali się pod dachem albo czegoś nie zjedli, ale nie chciało nam się zwijać namiotu, a miejscówka była bardzo ładna.

Oj, jak dobrze jest być z powrotem na lądzie!

ko-phiphi-tajlandia-10ko-phiphi-tajlandia-2ko-phiphi-tajlandia-1

12 odpowiedzi do “Byliśmy na rajskiej wyspie”

  1. Phi Phi jest dobre na imprezę kilkudniową i wypad na Phi Phi Ley (laguna w okolicach – nieziemska), ale jeśli szukacie spokoju to w okolicach Krabi sporo fajnych dziur się znajdzie, np. Railay, nam się bardzo podobało tam. Inna sprawa, że rowerowo to w ogóle rajskie plaże i wyspy nie bardzo.

    1. Etam nie bardzo, goście aż się rwą, żeby 40kg ciężarek podrzucić na łódkę 🙂 Jak płynęliśmy z Phi Phi na Lantę to nawet nie chcieli za to dodatkowej kasy. Farang jest farang, może być i z rowerem. Ciężko sprzedać taksóweczkę, ale zawsze można resort. Chociaż fakt, po samej Phi Phi trochę ciężko się jeździ, ale już na lądzie, czy większych wyspach jest super. O, i można wyczaić dobre miejscówki na namiot przy samej plaży 🙂

    2. Natomiast skok przez wyspy był całkiem dobrym skrótem, dzięki któremu mogliśmy zaoszczędzony czas przeznaczyć na obijanie się 🙂 W najbliższych dniach będę musiała to odpokutować…

  2. Ja olałem Phi Phi, gdy tam ostatnio byłem. Coś mi podskórnie podpowiadało „nie jedź tam”, bo z reguły jak ktoś reklamuje jakieś miejsce jako raj, to okazuje się, że rajem nie jest. Powodzenia w dalszym nagniataniu! 🙂

  3. nie jestem jakimś wielkim fanem wysp, wypoczynków i plaż, ale mnie Tajlandia południowa trochę rozczarowała. Niby to raj, ale coś nie do końca mi tam grało. Dla mnie rajem był Mauritius. Takim rajem przez duże ‚R’. Pozdrawiam!

  4. No taaak. A ja od kilku dni biję się z myślami czy to dobry pomysł, żeby zjechac rowerem ze środkowej Tajlandii, gdzie teraz jestem na wybrzeże.. mówię o tym na wschód od Bangkoku, bo tam gdzie wy to się teraz nie wybiorę. No i potwierdzacie moje obawy! Ale spróbuję, bo marzę o zanurzeniu się w wodzie.. powodzenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *