Chiny: jak stracić i odzyskać wiarę w ludzi

chiny-ludzie-4Jadąc przez Chiny trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko jest tutaj centralnie planowane w zaciszu partyjnych gabinetów. Nawet to, jak powinny wyglądać skrzyżowania autostrad. W prowincji Xinyang – najgorętszym i najbardziej oddalonym od morza zakątku Azji – ktoś wymarzył sobie, iż będą soczyście zielone, z równo przystrzyżonymi krzewami i trawą. Właśnie w takim miejscu przyszło nam się pewnej nocy rozbić, po wyczerpującej wielogodzinnej jeździe autostopem.

Miejscówka miała standard najlepszych europejskich kampingów, a wyglądała tak:

chiny-ludzie-1Głęboko schowani w bujnych krzewach, pod drzewami, odcięci od betonu i hałasu zasypiamy szybko słodkim snem. Punktualnie o czwartej nad ranem budzi nas istny tropikalny tajfun. Nasz namiot przeżył już wiele, ale czegoś takiego jeszcze nigdy. Bohatersko pierwszy wystawiam głowę i… obrywam potężnym strumieniem wody z jednego z pobliskich zraszaczy. „Jakim trzeba być idiotą, żeby tego nie przewidzieć?!” – upuszczam sobie werbalnie poranną dawkę podróżnej frustracji. Woda bombarduje nas tak silnie, że nie ma najmniejszych szans się teraz zwinąć. Jedyne co pozostaje to spać dalej.

Pół godziny późnej widzimy snop światła latarki i słyszymy kroki. Ocho, nadchodzi jakiś pracownik obsługi autostrady. Myślę sobie: „Chiński służbista, pewnie nas stąd wygoni, albo wezwie policję”. Tymczasem, słyszę tylko odgłos zakręcanego zraszacza i… facet zostawia nas w spokoju. Wraca po wschodzie słońca, kiedy zaczynamy się zwijać. Uśmiecha się i przyjaźnie zagaduje. Rozmowa, jak to w Chinach, idzie – delikatnie mówiąc – słabo. (Nawet po dwóch miesiącach w tym kraju, łapiemy się na tym, że mówimy do Chińczyków po rosyjsku; o dziwo, czasem to działa). Kwadrans później, udaje nam się ustalić, że ten człowiek wcale nie chce nas wsadzić do aresztu, tylko zaprosić do domu na szklankę herbaty i śniadanie. Niestety, dom jego leżał za siedmioma płotami i siedmioma autostradowymi ślimakami, więc z bólem serca (i żołądka) musieliśmy odmówić.

Przemiły człowiek od zraszaczy nie był takim do końca Chińczykiem, tylko przedstawicielem muzułmańskiej, ujgurskiej mniejszości. Mamy z nimi tylko dobre wspomnienia: wspólne mieszkanie w Urumczi, wieczorne opychanie się halal przysmakami w knajpach, długie rozmowy o tym, jak to jest poza chińską granicą. Ujgurzy zawsze byli niesamowicie gościnni i ciekawi zachodniego świata. Ten, który ciekawy był najbardziej, wyglądał tak:

chiny-ludzie-2Obiektywnie muszę tu niestety dodać, że Ujgurzy znani są w Chinach z jeszcze jednej rzeczy. W Urumczi, ich złodziejska szajka regularnie pozbawia zachodnich turystów ich drogocennych rowerów. Naszych strzegliśmy jak oka w głowie.

Wróćmy jednak do pozytywów. Tak się złożyło, że to właśnie Muzułmanie bardzo często pomagali nam w Chinach. Czasami nawet aż za bardzo. Już w prowincji Gansu jechaliśmy z rowerami na kipie ciężarówki i wesołą ekipą, której „szef” słynął w całej prowincji z konsumpcji ryżu z prędkością światła. Owszem, był nie do pobicia, o czym przekonaliśmy się podczas wspólnego obiadu. Z nim i jego znajomymi był tylko jeden problem. Za nic nie chcieli się z nami rozstać i wypuścić na górskie serpentyny, piękne wioski i kaskadowe pola. Po usilnych prośbach, ujrzeliśmy na mobilnym translatorze zdanie: „Here nothing. My hometown Longnan 10 times better than this”. Dwa dni później przejeżdżaliśmy przez Longnan. Brzydki, szary, śmierdzący, chiński betonowy klocek.

Niezła sielanka z tymi kontaktami międzyludzkimi w Chinach, prawda? Mimo, iż nagle straciliśmy język w gębie, ludzie są dla nas tacy mili. Ach, jaki piękny jest ten świat! Niestety, nie zawsze. Schody zaczęły się w prowincji Syczuan, kiedy szukaliśmy noclegu w pewnej spokojnej wiosce, malowniczo położonej nad jeziorem. Lało dzień w dzień, więc chcieliśmy rozbić się pod dachem. Wybór był ogromny. Wszędzie wokół wysprzątane, sterylnie czyste, urządzone zgodnie z zasadami Feng Shui, domostwa. „Ni Hao” – dziarskim tonem witamy właściciela jednego z nich, po czym rezygnujemy z naszej błyskotliwej chińszczyzny, na rzecz rysowania zamaszystymi gestami namiotu, pod wymarzonym daszkiem, na uboczu gospodarstwa. Właściciel słucha, zdziwionym głosem coś próbuje nam wytłumaczyć, po czym wskazuje drogę… powrotną. Cóż chyba, nie dał się przekonać. My też się nie damy. Nie zawrócimy, tylko pojedziemy dalej wgłąb wnioski. Mażna, zawsze wierząca w dobre ludzkie serduszka i chętna do kolejnych spotkań, jedzie przodem.

Właścicielka kolejnego domostwa nie pozostawia jednak złudzeń. „Ej, ona już chyba nie tłumaczy, tylko wrzeszczy i karze nam spier…” – stwierdzam ze swoją wrodzoną intuicją do ludzi. Lekko już podłamani, udajemy się do naszej ostatniej enklawy – w krzaki. Krzaki dodajmy, na uboczu jednego z niezliczonych małych poletek. Szybko rozkładamy obozowisko, już zdejmuję skarpetki i pakuję się do śpiworka, aż tu nagle… z wizytą przychodzi właściciel poletka. Super! Pewnie chce dowiedzieć się skąd przyjechaliśmy. Może podrzuci nam coś do jedzenia? Tyle ma nam do powiedzenia. Cały czas coś opowiada! Coraz bardziej podnosi głos!! O, już z wściekłą miną wykrzykuje tylko jedno zdanie!!! W końcu odwraca się na pięcie i znika. Hmm, dziwny typ. Nic to, idziemy spać.

Piętnaście minut później z wizytą przyjeżdża policja (swoją drogą: niezły mają czas reakcji, jak na taką maleńką wioskę). Tym razem pojęliśmy aluzję, zwijamy graty. Co ciekawe, policjanci byli o niebo bardziej przyjaźni od zgłaszających interwencję. Z całej sytuacji śmiali się i pomagali nam w noszeniu sakw. Bardziej niż całym zajściem martwili się tym, że ubłocili sobie swoje służbowe lakierki. Nieco bardziej serio podchodzili do wszystkiego mieszkańcy wioski. Naszej eksmisji zeszła przyglądać się ich całkiem pokaźna liczba. Takie wydarzenie nie zdarza się tutaj często. Kiedy dla czystej formalności sprawdzano nam paszporty, wszyscy – z grobowymi minami – asystowali oświecając dokumenty latarkami. Groźni rowerowi łamacze żelaznego prawa własności zostali unieszkodliwieni. Lokalna społeczność odniosła tej nocy wielki sukces. Z uwagi na powagę sprawy dokumentacji fotograficznej brak.

Zupełnie innego rodzaju przyjęcie spotykało nas w Chinach w miejscach gdzie, przynajmniej teoretycznie, mogliśmy coś kupić. Właściciele przydrożnych knajp wprost ścigali się w przyjaznych uśmiechach i nawoływaniach reklamujących swoje potrawy. Kupując miskę klusek za astronomiczną kwotę dwóch, trzech złotych, kupowaliśmy sobie też dozgonną miłość jej kucharza, a nawet możliwość okupowania stolika godzinami i ładowania elektronicznych gadżetów. Podobnie w salonach sprzedających telefony komórkowe. Nieważne, że nic tam nigdy nie kupiliśmy. Hasło do Wi-Fi? Proszę bardzo. Może kubek gorącej wody? Już się robi. Klient nasz pan. Klienta się szanuje, klienta się nie wyprasza. Chińczycy mają to wpojone do głowy lepiej niż pracownicy Starbucksa.

chiny-ludzie-5Aby odzyskać wiarę w – bezinteresowną – chińską gościnność, musieliśmy zapuścić się do prowincji Yunan i zgubić się w tutejszych wiecznie przykrytych chmurami, bajecznie zielonych górach. Zgubić, a właściwie ślepo podążać za mapą w telefonie, która zamiast na nową betonową, ogrodzoną i pełną tuneli drogę krajową, poprowadziła nas na jej historyczną, błotno-kamienistą poprzedniczkę. Tutaj, szukając dachu nad głową, także wywołaliśmy sensację i poruszenie lokalnej społeczności. Młodsza pani gospodyni i starsza pani gospodyni pokłóciły się pod czyją altanką mamy rozbić namiot. A w ogóle to dlaczego namiot? Powinniśmy przecież wstąpić do domu. A może potrzeba nam jedzenia? Nie, nie – jedliśmy kilka zakrętów wcześniej. I to jak! W jednej z niezliczonych maleńkich, górskich wiosek, trafiliśmy na coś w rodzaju lokalnego festynu, którego szybko staliśmy się największą atrakcją. Pod nasze nosy podstawiono michy pełne lokalnych specjałów, aby po pierwszych trzech kęsach zaproponować dokładkę. Ale nie to było dla nas najważniejsze. Najważniejsze były te wszystkie przyjazne, ciekawskie spojrzenia; setki wyrazów serdeczności, pytań, wspólnych zdjęć; tysiące uśmiechów, podniesionych kciuków, czy klepnięć po plecach. Yunan to właśnie to miejsce w Chinach, gdzie możemy znów poczuć się dobrze, zupełnie jak w Azji Centralnej. I na nowo uwierzyć w to, że ludzie z natury są dobrzy i w to, że takie podróżowanie ma jakiś sens.

chiny-ludzie-12 chiny-ludzie-13 chiny-ludzie-14 chiny-ludzie-15 chiny-ludzie-16 chiny-ludzie-18

A i byłbym zapomniał. Człowiek, który zaprosił nas na herbatę do swojego domu, położonego w górzystej południowej cześci prowincji Gansu na niespełna 3000m n.p.m., wyglądał tak:

chiny-ludzie-20

Na koniec kilka przypadkowych, acz zawsze bardzo przyjaznych ludzkich istot, które z mniejszą lub większą chęcią pozowały przed obiektywem Mażny, dodatkowo pogrążając nasze i tak żenujące już tempo rowerowej podróży.

chiny-ludzie-3 chiny-ludzie-9 chiny-ludzie-7 chiny-ludzie-6

chiny-ludzie-21

6 odpowiedzi do “Chiny: jak stracić i odzyskać wiarę w ludzi”

  1. Ludzi w Chinach jak wszędzie- są dobrzy, źli, mądrzy, głupi, ciekawi, przestraszeni, interesowni, dobroduszni- pełna paleta ludzkich uczuć i charakterów. Tylko jest ich więcej 😉

  2. Witajcie,
    odniosę się tylko do jednego:
    „żenujące już tempo rowerowej podróży”
    Ono właśnie nabiera właściwej wartości!
    Jak to stare dobre polskie przysłowie mówi : śpiesz się powoli!
    Smakujcie kuchni, czasu, kolorów, charakterów, sytuacji, obrazów…
    I nie zapomnijcie o nas głodnych waszych wynurzeń na powyższe.
    Ralson

  3. Witajcie,

    Cieszy mnie wasza pozytywna opinia nt. prowincji Yunnan i jej mieszkańców. Niedługo zaczynam rowerowanie po Azji i do Chin podchodzę z pewną rezerwą i zastanawiałam się, czy tam wdepnąc rowerem czy nie, ale teraz juz jestem pewna, że to zrobię.
    A Wam zycze powodzenia!

    Ewcyna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *