Historii z kanapy cz. II: Australia

Marc KanapaKulturowego stereotypu młodego podróżującego Australijczyka, jak mam być szczery, trochę się obawialiśmy. Zapraszając Marka na Couchsurfing, myśleliśmy – pewnie przyjechał na drugi koniec świata tylko pić, imprezować i nawet nie będzie mu się chciało z nami pogadać. Oczywiście okazało się, że nasze obawy były mocno na wyrost i Mark okazał się być całkiem fajnym gościem, choć rzeczywiście jak na Australijczyka przystało, był bardzo wyluzowany. Łatwo jednak nie sfrustrować się zbytnio życiem, rzucić studia w wieku dwudziestu czterech lat, podróżować sobie po świecie i marzyć o zostaniu znanym fotografem, gdy matka ojczyzna daje nam takie możliwości zarobku, jak Australia.

Jak z nieskrywaną dumą zapewniał Mark, za pół roku pracy w kopalni można tam zgarnąć równowartość 195 tysięcy złotych. I nie chodzi tu wcale o machanie kilofem pod ziemią, tylko zmywanie naczyń w kuchni, w odciętym od świata górniczym miasteczku. Mimo, że zakwaterowanie i posiłki dostaje się gratis, więc zarobek jest praktycznie na czysto, to wśród Australijczyków ciężko znaleźć chętnych na taką fuchę. Po prostu, mało komu chce się przeprowadzić na dłużej do dzikiego centrum kontynentu, bo pracowitości samej w sobie odmówić im nie można. Nawet w luźnej dyskusji przy piwie widać było u Marka jego etos pracy. Podkreślał, że dorabiając w Europie w hostelach, czy knajpach zawsze podchodzi do swojej roboty bardzo uczciwie i wkurzają go leniwi przedstawiciele innych nacji. Mark zasady miał jasne, jak już imprezować to na całego i bez spiny, ale być następnego dnia punktualnie w pracy to świętość. Teraz będzie mógł się wykazać pracowitością na farmie w Irlandii, gdzie będzie asystował przy kozich porodach. Cóż, czego się nie robi, aby móc podróżować.

W Polsce Mark zabawił całe cztery dni, odwiedzając tak nieoczekiwane miejsca jak Kraków i Warszawa. Z wycieczki z przewodnikiem po Starym Mieście nie zapamiętał dużo, choć przepytywany bezwzględnie przez Marzenę, jedno zdanie o naszej traumatycznej historii powiedział, zawsze coś! Jednak jak na przedstawiciela angielskojęzycznego kraju przystało (ach, znów stereotypy) nie nauczył się ani jednego słówka po polsku i oczekiwał od wszystkich nienagannej angielszczyzny. Zemściło się to w barze mlecznym na Nowym Świecie.

Kulinarny (nie)szczęśliwy traf. Zupa mleczna, naleśniki z truskawkami i kiszona kapusta.
Kulinarny (nie)szczęśliwy traf. Zupa mleczna, makaron z truskawkami i kapusta smażona.

Po Irlandii Mark chce jeszcze zahaczyć o Maroko, a pod koniec roku zaskoczyć swoją rodzinę powrotem do Melbourne. Zaskoczenie będzie podwójne, bo przyjeżdża z zapoznaną w Kopenhadze Dunką. Opis tego, co udało mu się przeżyć i zobaczyć w Europie przez rok, znajdziecie na jego blogu.

A za tydzień – trzeci i ostatni odcinek opowieści z naszej kanapy. Tym razem przyjeżdża do nas Japończyk, który koniecznie chce odwiedzić Polskę, by zobaczyć Pustynię Błędowską…

9 odpowiedzi do “Historii z kanapy cz. II: Australia”

  1. Plan kopalniany to już mam opracowany od jakiegoś czasu 😛 choć wbrew pozorom wcale tak łatwo nie jest taka pracę załatwić obcokrajowcowi… Pewne namiary już mam i może się uda 😀

  2. Pełno tego w Internecie, wpisz „mining job australia” 😉
    Kolega pracował w WA, dostawał $45/h, pracy było 6 dni w tygodniu po 12h – $3240/tydzień 😀

  3. Niestety Polacy nie mogą dostać „working holiday” wizy w Australii :/
    Na studenckiej można oficjalnie pracować 20h/tydz lub 40h/2 tyg… Inna opcja do wiza sponsorowana, ale do takiej to trzeba mieć albo doświadczenie w kopalni albo wykształcenie w tym kierunku… Żałuję, że nie zostałem górnikiem w Polsce 😛

  4. fajnie, że pokazujecie, iż couchsurfingowi „znajomi” nie zawsze są tacy ekstra otwarci (jak Chinka, która milczała w pewnych sprawach, czy też Australijczyk, który niewiadomo dlaczego wymagał angielskiego od wszystkich ( hmmm… no wiadomo że nie wszyscy, zwłaszcza starsze pokolenie nie bedzie sie posługiwac tym jezykiem), albo ze czasem jest maly problem i trzeba sie postarac dla komfortu gości (para wegańska). piszę o tym, bo zawsze z takich relacji wszystko, wszysciutko było och i ach, a to przeciez wszyscy jestesmy ludzmi, z roznymi przyzwyczajeniami, oczekiwaniami, charakterami. a couchsurfing – pomysł ekstra, tylko nigdy nie wiadomo kto bedzie po drugiej stronie( co jest ciekawe).

    no i musze dopisac – pan Jan kojarzył mi się z kimś, ale nie wiedziałam z kim…. teraz juz wiem! olśniło mnie;) Bohun z „Ogniem i mieczem” – czyz nie podobny? (nie wiem jak to brzmi, ale w razie „w”- to komplement)

    pozdrawiam i zyczę pięknych i wspaniałych, bogatych w dobre emocje i chwile podrózy:)

    1. Nie nazwałabym tych couchsurfingowych przygód problemami – ot, smaczki, które naturalnie pojawiają się w relacjach pomiędzy ludźmi z różnych stron świata. Byliśmy bardzo ciekawi naszych egzotycznych gości, więc podchodziliśmy do wszystkiego z takim socjologicznym zaciekawieniem. A my – staraliśmy się podołać stereotypowi polskiej gościnności:)

      A co do gościa z Australii – wizyta w barze mlecznym miała być rodzajem happeningu. Mark spodziewał się, że w tego typu miejscu nie może liczyć na znajomość języka angielskiego, dlatego postanowił zamówić losowo wybrane dania. Wyszedł interesujący miks… Niemniej faktycznie anglojęzyczni turyści, przyzwyczajeni, że to ich język jest tym powszechnym, w niektórych okolicznościach duuużo tracą, nie mogąc porozumieć się z „tubylcami”.

  5. Konektowanie z fejsbuniem mi nie zdziałczyło. Newerdeles – podalibyście namiary na kopalnię, co? 😉

    Zupy mlecznej nie zazdroszczę, ale żeby na smażoną kapuchę i makaron z truskawkami marudzić? Francuski piesek!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *