Nie taki couchsurfing straszny

couchsurfingCouchsurfing – niby wszyscy, którzy spróbowali, potwierdzają, że to fajna sprawa, ale ja i Janek zawsze podchodziliśmy do niego z nieufnością i dystansem. Jednak planując kilkumiesięczną podróż, w czasie której chcemy lepiej poznać odwiedzane kraje i mieszkających w nich ludzi, oraz – bądźmy szczerzy –  nie mając na tę podróż worków pieniędzy, przyszedł czas na bliższe zapoznanie się z tym portalem. Pod koniec tego roku, mamy nadzieję mieć ogromny dług wdzięczności wobec osób, które przyjmą nas w swoje progi. Tak ogromny, że postanowiliśmy zacząć spłacać go z góry i zaprosić parę osób na naszą kanapę na warszawskiej Pradze. Po dwóch tygodniach, mamy za sobą miks chińsko-rosyjsko-portugalskich gości.  Czy było się czego obawiać? O tym poniżej.

Naszym pierwszym gościem była Yawen z Chin, która przyjechała do Polski na AIESECowski „projekt”. Przywitaliśmy ją na lotnisku. Razem z Yawen tym samym samolotem przyleciała inna Chinka. Obie dziewczyny były po raz pierwszy w Europie, więc trochę zagubione. I od razu tarapaty. Okazało się, że  jakimś dziwnym trafem polskie terminale kart płatniczych nie lubią chińskich kart*. Potem pojawił się problem z chińskimi telefonami nie do końca kompatybilnymi z polskim internetem 3G. A na dodatek osoba, która  miała się zaopiekować tą drugą Chinką i wsadzić ją do autobusu do Białegostoku, nie przyszła. No więc trzeba było ratować. Z autobusem poszło łatwo – na dworcu  przy lotnisku Chopina stał słownie jeden – z dumnym napisem „Podlasie Express”. Pożegnaliśmy Chinkę numer dwa i pomknęliśmy z naszą Yawen pociągiem na Pragę. Tutaj drugi szok kulturowy: prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu zobaczyła ona pociąg jadący z lotniska, który był praktycznie pusty.

Dotarliśmy do domu, czas na kolację i kolejny zgrzyt.  Serek wiejski z cebulką i pomidorem? Fuj, obrzydliwe! Kromka chleba z masłem? To już prędzej, ale ku naszemu zdziwieniu Yawen skonsumowała ją widelcem, po czym wyciągnęła z walizki swój przysmak: makaron z piekielnie pikantnym sosem z orzeszków ziemnych.

Ale potem było już tylko lepiej i sympatyczniej. Yawen na początku strasznie cicha i nieśmiała, trochę się rozkręciła – próbowała nas np. nauczyć chińskiej kaligrafii, do której przywiązuje się tam ogromną wagę. Yawen, która sama wstydziła się swojego pisma, naszych prób dyplomatycznie nie skomentowała. Z chińskich „krzaczków” pisanych pędzelkiem na specjalnej macie przeszliśmy do klawiatury laptopa. Testowaliśmy działanie chińskiej cenzury i sposoby, którymi można ją obejść. To jednak ciekawiło głównie nas, Yawen pytana o Tybet, czy Ujgurów szybko zmieniała temat, zaś masakra z Tienanmen była dla niej wydarzeniem zupełnie nieznanym (baidu.com – chiński odpowiednik googla wyjątkowo sprawnie filtruje to hasło). Swoją drogą ciekawe, jak dużo można dowiedzieć się o kraju na podstawie tego, czego dana osoba nie mówi, o czym nie wie, co postanawia przemilczeć, a co można wyczytać między słowami.

*Ten problem udało nam się rozwiązać dzień później, gdy po intensywnym googlowym śledztwie Janek ustalił, że w Polsce jedynym bankiem, który akceptuje te karty, jest Citi Handlowy. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że widok Chińczyków desperacko walczących z polskimi bankomatami jest podobno zjawiskiem częstym.

kaligrafia

Tydzień później przyjechała szalona rosyjsko-portugalska para: Anastasja i David. Jak się poznali? Ona wyjechała do Portugalii na Erasmusa, ale zupełnie nie odnalazła się w imprezowym studenckim towarzystwie i wtedy pojawił się on, zakręcony jak słoik, absolwent akademii sztuk pięknych. Od razu wpadli sobie w oko. Niestety, Erasmus się skończył i przyszedł czas rozłąki, ale miłość nie zna przecież granic, więc na Walentynki umówili się w naszych skromnych progach w Warszawie. W pół drogi między Wielką Brytanią, dokąd David uciekł przed szalejącym kryzysem, a Petersburgiem. Godzinowo nie wyszło niestety fair: autobusem z Rosji ponad dobę, samolotem z UK w dwie godziny. Na szczęście, Rosjanie mogą dostać nawet na 180 dni w roku fińską wizę, która uprawnia ich do wjazdu do strefy Schengen.

Cały plan się powiódł, Anastasja i David w środku nocy zameldowali się pod naszym dachem. Następnego dnia było wspólne gotowanie, poprzedzone ciężkim polowaniem w Biedronce na wegańskie produkty (oboje są pod tym względem absolutnie ortodoksyjni), Były rozmowy o obliczach kryzysu w Polsce i Portugalii. Były cenne lekcje języka rosyjskiego udzielone nam przez Anastasję, które mam nadzieję – uratują nam tyłki w razie problemów w Azji Centralnej.

d_i_a
Trochę szkoda, że tak późno odkryliśmy Couchsufring. Cieszymy się jak dzieci, bo pomysł na ten portal jest absolutnie fantastyczny i genialny w swojej prostocie. Przede wszystkim, można dzięki niemu poznać prawdziwe oblicze danego kraju. Odmienne od tego, które podziwiamy w „pocztówkowych” miejscach. Osobiście jestem dumna z tego, że udało mi się namówić naszych gości na weekendową wizytę w Łodzi. Bo Polska to przecież nie tylko warszawska „starówka”. Poza tym, dzięki CS możesz dowiedzieć się wiele o sobie i nabrać odwagi! My, zanim gdzieś pojedziemy, googlamy, czytamy, sprawdzamy, upewniamy się. A tymczasem okazuje się, że można pojechać niemal w ciemno, nie upewniwszy się w podstawowych sprawach, i dać radę! Przecież przyjaźni i pomocni ludzie są wszędzie.

5 odpowiedzi do “Nie taki couchsurfing straszny”

  1. Trzymam kciuki za wyprawę.
    Pomysł przyjmowania gości na własnej kanapie, bo za chwilę sami będziemy z tego korzystać – po prostu mnie urzekł. A swoją drogą na Pradze to nawet często bywam.

  2. CS to dla mnie podstawa podróżowania. Dzięki „kanapie” zwiedziłam Hiszpanię, Włochy, Turcję i Gdynię 😉 Couch Surfing pozwala na poznanie danego kraju z kompletnie innej strony niż gdybyśmy podróżowali z agencją turystyczną, czy spali w hotelach/hostelach na własną rękę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *