Druga strona malezyjskiego Cameron Highlands

cameron-highlands-herbataMiewacie w życiu takie chwile, gdy kompletnie was zamurowuje i nie wiecie co zrobić albo co powiedzieć? Nam zdarzyło się to ostatnio pod dachem pewnego nepalskiego domu na chińskiej plantacji. Na Cameron Highlands, w Malezji.


Ale po kolei. Rowerową wspinaczkę na płaskowyż zaczynamy na głodnego, po nocy spędzonej w opuszczonej stróżówce. Od dawna nie kupujemy już jedzenia na zapas. Po co, skoro co kilkaset metrów mijamy tutaj knajpę, stację benzynową, czy sklep. Malezja może rozleniwić. Tymczasem mija pierwsze dziesięć kilometrów serpentyn, potem drugie, trzecie… Coraz bardziej spragnionym i wygłodniałym wzrokiem wypatrujemy jedzenia. Droga wije się stromo na 1500 metrów. Przed oczami pojawiają się mroczki, nasze ciała dostają drgawek i wołają: cukru, kalorii, natychmiast!

droga-na-cameron-highlands

Rowerem na Cameron Highlands? Pamiętajcie o zapasach!

Jakby tego było mało, jedziemy przemoczeni od stóp do głów. Po południu pogoda tutaj kompletnie wariuje. Granatowe chmury, błyski, ściana wody, a po chwili słońce. I tak w kółko. Na Cameron Highlands wjeżdża się z rana – teraz już wiemy.

Problemem numer jeden pozostają jednak puste brzuchy. Ratuje nas stragan z miodem. Podobny minęliśmy już wcześniej, ale Mażna nieco speszyła się słysząc cenę 250 złotych za butelkę. No cóż, „organic”. Kolejny sprzedawca już nieco lepszym angielskim zdradza prawdziwą cenę „twenty five”. Uff, targujemy na dwadzieścia, po czym łapczywie pijemy piekielnie słodką paćkę z gwinta. Kalorie, kalorie, kalorie!

Taka to była miodem płynąca droga. Niestety, w okolicach pięćdziesiątego kilometra nasza nowa miodowa dieta cud zaczyna nam już mocno doskwierać. Sytuację jak zwykle ratuje socjologiczna czujność Mażny. Ocho, Malezyjczyk zatrzymał auto na poboczu i wygląda. Pewnie chce, aby mu strzelić fotkę. „A przy okazji miły panie, może masz pan coś do jedzenia?” Zgarniamy czekoladę, ciasteczka i chrupki o smaku pizzy. Rany, jak bardzo smakowały nam te chrupki! Kawałek dalej dopada nas już prawdziwa klęska urodzaju. Chyba wieść o wygłodniałych cyklistach się rozeszła, bo pasażerowie mijanej taksówki wręczają nam przez szybkę równowartość 20 złotych.

„Go get yourself a dinner.”

Niedziela. Malezja wraca z Cameron Highlands.
Niedziela. Malezja wraca z Cameron Highlands.

Już na samym płaskowyżu w miejscach, gdzie możemy zjeść zasłużoną kolację możemy przebierać. Cameron Highlands jest atrakcją przede wszystkim dla samych Malezyjczyków, którzy mogą odpocząć tutaj w egzotycznie niskiej temperaturze dwudziestu kilku stopni. Jak góry długie i szerokie ciągną się tutaj plantacje tego, co 1500 metrów niżej wypaliłoby do ziemi piekielne słońce. Jest super-fotogeniczna herbata, lawenda, zielona kapusta, pomidory, szpinak, a nawet truskawki, które w ramach atrakcji możemy własnoręcznie zbierać do koszyczków za jedyne dwadzieścia złotych za pół kilo.

cameron-highlands-truskawski
Cameron Highlands – malezyjskie królestwo truskawek

Za truskawki dziękujemy, ale pod jedną ze szklarni z warzywami chowamy się z naszym namiotem. Po chwili go jednak składamy, bo jeden z pracujących na farmie Nepalczyków zaciąga nas do siebie do domu.

 – Jak widzę was jak śpicie tutaj przy drodze w namiocie to serce mi się łamie. Mieszkam niedaleko w domku na wzgórzu, mam wolny pokój i piękny ogród. Bardzo „turystyczna”, okolica spodoba wam się.

Dwa razy powtarzać nam nie trzeba. Jest już co prawda po zmroku, ale co tam – idziemy. Szutrowa droga wije się w górę i wije. Co zakręt, gdy widzimy światło w domach w oddali pytamy, czy to już tutaj. Facet w końcu odpowiada, że jego domu z oddali nie zauważymy, bo nie poprowadzili mu jeszcze elektryczności. Stromizny są takie, że pchamy jeden rower w dwie osoby. Dzisiejsze deszcze zalały ścieżkę, więc brniemy w błocku. Wyczuwamy, że nasz gościnny Nepalczyk jest lekko pijany i powoli zaczynamy żałować, że nie zostaliśmy pod namiotem. Gdy jego kumpel postanawia przetestować rower Mażny na stromym kamienistym zjeździe (oczywiście bez świateł), żałujemy już całkiem mocno. Szczęśliwie obyło się bez twardego lądowania. Jeszcze tylko ostatnia prosta i jesteśmy! Rowery wpychamy pod szopę zbitą z blachy falistej. Ale zaraz, gdzie jest ten dom?!

– No tutaj, jesteśmy na miejscu. Nie podoba wam się? – pyta Nepalczyk.

– Nie no, podoba, ale wiesz.. trochę boimy się komarów, pająków, węży. Może jednak rozbijemy sobie gdzieś tu namiot?

Mimo naszych usilnych próśb, ta opcja oczywiście nie wchodzi w grę. Nepalczyk chce nam koniecznie odstąpić swój „pokój”, w którym na co dzień sypia razem z żoną – cztery skręcone ze sobą kawałki blachy.

– Pomogę wam teraz, Bóg mi to zapamięta i kiedyś wynagrodzi – gospodarz o swoich intencjach mówi wprost.

chata-nepalczyka
Cameron Highlands – blaszany barak nepalskich zbieraczy herbaty

Nepalska gościna w Cameron Highlands

Żona błyskawicznie ogarnia nasze legowisko, mąż zabiera się za zarzynanie kurczaka na kolację, a my w naszym pokoju zostajemy sami. Siedzimy, patrzymy się po sobie i kompletnie nie wiemy co robić. Ci ludzie pójdą tej nocy spać na gołej ziemi tak jak stoją tylko po to, aby nas tutaj ugościć. Aby nam było lepiej. Najlepiej byłoby podziękować i wrócić do wcześniejszej miejscówki, ale przecież za nic w świecie nam na to nie pozwolą. Jedyne co udaje nam się „wynegocjować” to spanie pod własnym śpiworem. Koce oddajemy im. Noce w górach nawet w Malezji potrafią być chłodne.

Siadamy do kolacji. Na stole lądują kawałki kurczaka w piekielnie ostrym sosie, dwie butelki koniaku, nalewka z liczi i piwo własnej roboty. W zasadzie był to lekko sfermentowany ryż, ale gospodarz był bardzo dumny ze swojego piwa. Jemy, pijemy, gadamy i w końcu cała ta historia zaczyna mieć ręce i nogi.

Nasi gospodarze to mieszkańcy jednej z biednych wiosek w wysokich górach Nepalu. Do Malezji przyjechali za chlebem pięć lat temu zostawiając trójkę dzieci z dziadkiem. Wcześniej pracowali w Arabii Saudyjskiej na budowach, ale upał był tam niemiłosierny, w dodatku źle traktuje się tam imigrantów. Swoją rodzinę widzieli ostatnio trzy lata temu. Żyją tutaj za najmniejsze możliwe pieniądze, aby większość ze swojej skromnej pensji odesłać do domu. Zostało im jeszcze osiem miesięcy roboty i wracają. Drugi Nepalczyk ma dziś swoje wielkie święto: ostatni dzień na robocie. Jest okazja – jest impreza. Alkohol leje się strumieniami. Szczęśliwiec upija się do nieprzytomności. Wtóruje mu nasz gospodarz, który co prawda trzyma się jeszcze jakoś na nogach, ale nie da się nie zauważyć tego, że upija się na smutno. Opowiada nam coraz więcej, z coraz większą goryczą.

 – Chińczyk, właściciel plantacji to ma problemy! Musi zapłacić za studia szóstki swoich dzieci. Rozumiem, że to dużo kosztuje, więc mu pomogę i nie wezmę w tym miesiącu mojej pensji – mówi dodając po chwili – Bóg mi to wszystko wynagrodzi, w drugim życiu będę miał lepiej.

– A wy po co tutaj przyjechaliście? Oglądać, zwiedzać, podziwiać piękne widoki? Zobaczcie jak tu pięknie w moim domu na górze. Wam też pomogę!

Dowiadujemy się, że na okolicznych plantacjach pracuje około dwustu osób z Nepalu albo Bangladeszu. Wszyscy upchani są w jednym „hotelu”. Nasz gospodarz przyjechał tutaj z żoną, więc nie chciał takiego ścisku, zależało mu na odrobinie prywatności. Dlatego własnymi siłami na skrawku wolnej ziemi zbił sobie z blachy szopę. Nie, nie dom z wygodnymi pokojami i wielkim ogrodem tylko właśnie tę szopę pośród warzywnej plantacji.

Tak z kolejnymi łykami alkoholu pęka bańka nepalskich marzeń. W końcu zostaje już tylko przygnębiająca rzeczywistość. Nepalczyk przestaje opowiadać o swoim szczęśliwym życiu w domu z ogrodem. Milczy. Ze smutkiem patrzy się przed siebie, w nieskończoność. A my siedzimy pod tym kawałkiem blachy razem z nim, jak kołki. I też kompletnie nie wiemy co powiedzieć.

cameron-highlands-szklarnie

***

Cameron Highlands – wiki

6 odpowiedzi do “Druga strona malezyjskiego Cameron Highlands”

  1. Wiecie jakie było moje pierwsze wyobrażenie po przeczytaniu kilku zdań?. Fajny domek, taki drewniany bo takie często spotyka się w górach z widokiem na pobliskie szczyty. (ot moje wyobrażenia). Okazało się, że jestem naiwny… no i to myślenie życzeniowe, że zawsze jest kolorowo?. Boże cóż za myślowy prowincjonalizm…
    „A my siedzimy pod tym kawałkiem blachy razem z nim, jak kołki. I też kompletnie nie wiemy co powiedzieć.” przypomniała mi się sytuacja jak byłem w Albanii. -…spojrzałem to raz na odrapane ściany, to na „skromne” wyposażenie. Bo jak inaczej nazwać stolik, dwa krzesła, a w rogu ten materac…i ja tu mam spać, a gdzie właściciel będzie? -myślę sobie…no nie, ale gospodarz i tak swoje więc się nie sprzeciwiam chociaż, było mi bardzo głupio…no i ta niezręczna cisza.

    P.S zawsze w takich sytuacjach zastanawiam się jak to jest, że ludzie którzy niewiele mają potrafią jeszcze coś dla nas ofiarować…

  2. odkrywacie prawdę, jeśli jej nie znaliście…
    człowiek docenia wtedy wiele rzeczy.
    Pięknie się Was czyta, pozdrawiam ciepło.

  3. shit, dobra historia. nam nie udało się tak bardzo „zbliżyć” do prawdy plantacji. choć przyglądałam się familokom zbieraczy i dziwiło mnie, że jest ich tak mało. ale rzeczywiście byli starsznie mili, na nasz widok przerywali robotę, wołali nas, zagadywali, Marysi proponowali zabawę sekatorem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *