Dwójka na czterech kółkach

Stało się. Przejechaliśmy pół świata oglądając swoje facjaty 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, 365 dni w roku. Po drodze udało nam się wzajemnie nie pozabijać i nie zwariować. Choć kilka razy było blisko.

Spróbuję opowiedzieć wam o tym jak to jest przejechać taki kawał drogi razem, a może przy okazji sprzedać parę rad. A właściwie to jedną. Gdy chodzi w tam taki pomysł po głowie to koniecznie spróbujcie. Dużo ludzi w stałych związkach porzuca pomysł długiej podróży już na etapie planowania. Boją się na przykład, że skończy się to rozstaniem. Takie myślenie jest głupie, bo wskazuje na to, że do rozstania i tak dojdzie. Tyle, że później.

Będąc ze sobą non-stop bardzo szybko przekonacie się, czy związek na dłuższą metę ma sens. W podróży wszystko jest bardziej intensywne, każdy pretekst do kłótni natychmiast urasta do rangi wielkiej wojny. Nie ma jak i gdzie strzelić focha. Nie ma zamiatania pod dywan. Jeżeli coś nie gra, to bardzo szybko się o tym przekonacie. Rekordziści, których spotkaliśmy w trasie, rozstali się już po trzech dniach. To nie jest najlepszy pomysł, aby w podróż życia jechać z dopiero co poznaną osobą. Lepiej wcześniej trochę razem przeżyć. My po latach związku znamy się dobrze. Może nawet aż za dobrze.

Na pierwszą randkę nie wybraliśmy się do kina.

Cały dzień spędziliśmy włócząc się bez celu po brudnych, zapuszczonych podwórkach łódzkiego śródmieścia, aby na koniec włamać się na dach jednej z kamienic. Ulica 6 sierpnia, numer 32. Fajnie było. Zapamiętamy tę miejscówkę do końca życia. To była nasza pierwsza wspólna podróż. Dalej jakoś to już poszło samo. Od początku chodziło nam po głowie, aby podróżować i odkryć jeszcze niejedno takie miejsce na świecie. Nieważne gdzie, nieważne jak. Ważne, że razem.

Po siedmiu latach marzenia stały się faktem. Oto jesteśmy, nagniatamy na rowerach przez Azję. Jak dobrze naoliwiony mechanizm, niczym spięci liną wysokogórscy wspinacze. Naszej liny co prawda nie widać, ale staramy się mieć siebie na oku i bierzemy za siebie nawzajem odpowiedzialność. Mażna z GPS-em w ręku odpowiada za nawigację, ja odliczam kolejne kilometry, metry przewyższeń i pilnuję tempa. Właśnie, tempa. W drodze na górskie przełęcze często toczymy o nie wielkie kłótnie. „Z taką prędkością nigdzie nie dojedziemy przed zmrokiem, przestań się obijać, daj z siebie więcej!” – próbowałem mobilizować Mażnę do mocniejszego naciskania na pedały i zawsze dawało to odwrotny efekt.

Aż takie darcie kotów o szybsze tempo jazdy jest bez sensu. Uświadomiłem sobie to, gdy złapałem poważne, tygodniowe zatrucie pokarmowe w Kirgistanie. Wtedy to ja ledwo przebierałem na rowerze nogami. Jednak gdy jechałem było jeszcze nieźle. Dopiero po zejściu z roweru czułem, że ledwo słaniam się na nogach. Nie miałem siły dosłownie na nic. Jakby tego było mało zepsuła nam się kuchenka, skończyła się gotówka, więc nie mieliśmy jak kupić jedzenia, ludzie nie byli skorzy do pomocy. Mimo wszystko cały czas dalej parliśmy do celu o własnych siłach. Gdyby nie Mażna, która sama zajmowała się wtedy całym obozowiskiem, pakowaniem rzeczy i wyczarowaniem czegoś do jedzenia na ognisku, poddałbym się i wrócił samolotem do Polski.

Najbardziej dramatyczny moment w podróży?

Przeżyliśmy go w Pamirze, 4300 m n.p.m., na przełęczy dzielącej Tadżykistan z Kirgistanem. Pech chciał, że trafiliśmy na wiatr w paszczę i to taki, który dosłownie zrzucał nas z rowerów. Do tego fatalna droga i szalejące w górę i w dół ciśnienie atmosferyczne. W takich warunkach wszystko może być pretekstem do wielkiej kłótni. Przeczytajcie jeden z naszych ulubionych tekstów Wiaherosów, o kiełbasie. Tak, pretekstem do wielkiej wojny jest zawsze jakaś niewyobrażalna pierdoła. Gdy jest ciężko, a stan umysłu jest słaby, może być to dosłownie wszystko. U nas poszło o mapę, którą porwał wiatr. Mażna rzuca się za nią w pogoń, a ja drę się wniebogłosy. „Zwariowałaś już do reszty?! Mało czasu już przez ciebie straciliśmy? Gonisz za skrawkiem papieru uciekającym przez księżycowy krajobraz z prędkością stu kilometrów na godzinę! Głupota!!!”

Jednak Marzena wraca po chwili z mapą w dłoni wściekła na moje wrzaski. Pokonanie kolejnych kilku kilometrów piekielnie stromego podjazdu kosztuje nas godziny. Morale spada do zera, w naszych głowach wrze. Padają mocne słowa, czasem krzyczymy. Ciskamy w siebie wzajemnie mięsem, wylewamy hektolitry żółci. Wypominamy sobie wszystko złe, co wydarzyło się między nami przez ostatnie siedem lat. Wreszcie grozimy sobie rozstaniem. Zastanawiamy się, kto weźmie lepszą matę do spania, kto telefon, a kto kartę SIM. Szkoda tylko, że namiotu nie da się podzielić na pół.

W końcu nadchodzi ten moment opamiętania się. „Czy nam już kompletnie odbiło?” Myśli sobie jedno z nas, albo drugie, a czasem dochodzimy do takiego wniosku razem. Przecież przeżyliśmy razem już tak wiele, przejechaliśmy tak dużo, kochamy się i żadne z nas tak naprawdę wcale tego rozstania nie chce. Przepraszamy, ogłaszamy zawieszenie broni, ruszamy dalej walczyć z tą cholerną pamirską górą.

podróżujące pary
To ta, zła góra była.
To ta, zła góra była.

Po wycieńczającym podjeździe przekraczamy granicę. Z pieczątkami wyjazdowymi z Tadżykistanu w paszportach, mamy przed sobą dwadzieścia kilometrów niebezpiecznego stromego zjazdu po ziemi niczyjej. Zapada zmrok, leje jak z cebra, a my musimy go pokonać jeszcze dzisiaj i wjechać do Kirgistanu. Po drodze wpadam w głęboki nurt rzeki, przemakam do suchej nitki i o mało nie tracę roweru z całym dobytkiem. Gdybym w tym momencie był sam, znów chciałbym się poddać.

Wszystko kończy się dobrze. Rozbijamy się na chwilę przed zmrokiem, zaraz przy posterunku kirgiskich pograniczników. Przybijamy naszą podróżniczą piątkę, przytulamy się. Zasypiamy wymęczeni fizycznie i psychicznie, ale szczęśliwi. Udało się pokonać granicę kolejnego państwa i po raz kolejny granice przesunąć, własne.

Bajeczka, happy end, dalej było już z górki?

Nie było. Podobna bomba wybuchła pomiędzy nami jeszcze kilka razy. Pozostaje nam wierzyć, że z każdej takiej sytuacji wychodzimy silniejsi. Coś czuję, że na australijskiej pustyni też może dojść do eksplozji. Przez wiele długich dni będziemy mieli tam tylko siebie. No może jeszcze kilka śmiercionośnych węży i pająków. Wyżalić się będziemy mogli co najwyżej kangurom. Takie warunki sprzyjają kłótniom. Dzieleniu, a nie budowaniu. Wyolbrzymianiu różnic i zapominaniu o tym co dobre.

Zawsze jednak, gdy mamy już ochotę rzucić to wszystko w diabły okazuje się, że ani jedno ani drugie nie potrafi i nie chce tego zrobić. Czy naprawdę tego babo, dziadzie chcesz? Nie chcesz.

Kochasz.

Więc przestań się nakręcać, wypluwać z siebie ten kwas. Ogarnij się i uspokój. Z wiatrem, czy pod wiatr nagniatamy dalej. Razem.

10 odpowiedzi do “Dwójka na czterech kółkach”

  1. Podróże uczą
    Uczą poznać lepiej siebie samych ale przede wszystkim zrozumieć czy kontynuowanie zwiazku ma sens czy nie
    Wciąż was śledzę na blogu
    Jestem z was dumna i wciąż o was myślę
    Jesteście wielcy i pamietajcie że słabsze chwile przychodza w życiu nie tylko w podróży ale po burzy zawsze przychodzi spokój…

  2. Gratuluję. Tak trzymajcie. Te wszystkie przewrotki robią Was tylko mądrzejszymi i sielniejszymi. Nic lepszego człowiekowi nie może się przytrafić w życiu. Życie to podróż. Podróżujcie śmiało! Trzymam kciuki… 😉

  3. I jeszcze jedno: przestańcie sobie zawracać głowę takimi sprawami. Nie testujcie siebie tak mocno, dużo i długo. Już to zrobiliście. Dawno. Żyjcie teraz już. Tak ot, po prostu… 🙂

  4. 🙂 hehehe, że się po prostu uśmiechniemy i poklepiemy Was po ramieniu na znak „skąd my to znamy…” 🙂 ps. a „ta zła góra” piękna, warto było o nią walczyć! mocno pozdrawiamy D & M

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *