Herbaciane sinusoidy

Herbaciane sinusoidy

Śmigaliśmy z Trabzonu szeroką, płaską jak stół drogą prosto w kierunku gruzińskiej granicy. Kilometry leciały jak szalone. W pewnym momencie minęliśmy skręt w prawo i tabliczki wskazujące na Kaçkar Mountains National Park. Był piątek rano, w konsulacie Azerbejdżanu w Batumi chcieliśmy pojawić się w poniedziałek, stwierdziliśmy więc, że po kilku dniach asfaltowej monotonii chcemy po raz ostatni zakosztować tureckiej pięknej przyrody. I dać sobie nieco w kość.

Zgodnie ze znakami, czekało nas najpierw 20 kilometrów dolinką wzdłuż koryta górskiej rzeki (czytaj: dość łagodny podjazd), a następnie 18 kilometrów wspinaczki w stronę miejscowości Ayder, znajdującej się w sercu gór. A po drodze na zboczach: plantacje herbaty.

Pierwszy, najłatwiejszy odcinek pokonywaliśmy godzinami, ale nie dlatego, że był jakoś szczególnie trudny i wymagający, ale z powodu przepięknych widoków. 500 metrów jazdy, przerwa na zdjęcie, kolejne 500 metrów – DUDEK! Znów postój na zdjęcie. Godzinę później relaks nad rwącą rzeką, półtorej godziny później – darmowa herbata i przepyszne ciastka w przydrożnej knajpce, znów zdjęcia… I tak się jechało…

2mosty

Logo firmy Caykur - jesteśmy w sercu tureckiego herbacianego zagłębia

dudek

herbata

most

Drugi odcinek, który miał być wielką wspinaczką, okazał się trochę mniejszym wyzwaniem, niż się spodziewaliśmy, choć i tak po dojechaniu na miejsce byliśmy wymęczeni. Tak czy siak, wspięliśmy się na około 1200-1300 metrów, startując z poziomu morza. Naszym oczom ukazały się ośnieżone trzytysięczniki oraz… turystyczne miasteczko pełne drogich hoteli. A tymczasem my mieliśmy ostatnie liry w portfelu…

Ostatecznie, za „jedyne” dwadzieścia dolarów wytargowaliśmy ascetyczny, zimny pokój w starej, drewnianej tureckiej chacie zamienionej na backpackerski pensiyon. Właściciel przybytku był miły, podobnie jak jego kuzyn, u którego zjedliśmy pyszne śniadanie. Był to jednak inny rodzaj życzliwości, niż ta, z którą spotykaliśmy się wcześniej.

pensyjon

pszczelarz

Na drugi dzień zostało to, co najlepsze – prawdziwa rowerowa nagroda za trudy wcześniejszych podjazdów: czterdzieści kilometrów idealnie gładkiego asfaltu, na początku dość mocno nachylonego w dół. Pierwsze 18 kilometrów zjechaliśmy w niecałe pół godziny, aż nawet szaleni tureccy kierowcy uchylali okna, patrzyli na nas jak na kosmitów i prawili swoje mądrości „Yavas – zwolnij!”, po czym ścinając zakręty gnali dalej w dół.

rampa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *