Jak (niemal) wywołaliśmy konflikt polsko-gruziński

maki

Tym razem będzie o tym, czym kończy się nadmierna gościnność, a także – jaki jest przepis na kaszę po gruzińsku.  Na wstępie chcę jednak zaznaczyć, że:

1. Gruzja to szalenie gościnny i przyjazny kraj. O tym chcemy napisać osobno.
2. Gruzińscy kierowcy są beznadziejni! O tym też już niedługo napiszemy.

A teraz po kolei.

Po całym dniu jeżdżenia po górach, w czasie którego dźwięk soczystej k**** słychać było częściej niż  dźwięk migawki aparatu (ach, ci gruzińscy kierowcy), byliśmy psychicznie tak zmęczeni, że gdy tylko naszym oczom ukazało się malownicze pole porośnięta makami, stwierdziliśmy, że o niczym tak nie marzymy, jak o schowaniu się przed tym wszystkim do namiotu.

Po zlokalizowaniu właścicieli pola i uzyskaniu zgody, szybko rozbiliśmy namiot, po czym przystąpiliśmy do gotowania kolacji (kasza gryczana + puszka sardynek w sosie pomidorowym).

Chwilę później z wioski wyszedł do nas jakiś pan. Wymieniliśmy kilka słów uprzejmości łamanym rosyjskim (atkuda wy? aaaaa, Poooolsza! itp.), po czym pan tonem nieznoszącym sprzeciwu stwierdził, że zaprasza nas na noc do siebie, dorzucając jeszcze, że na polu żmije, a w nocy dodatkowo jeszcze szakale. Nieśmiało zasugerowałam, że może jednak zostaniemy tu, na tym polu, bo dzikie zwierzęta nam niestraszne, bo już ustaliliśmy to z właścicielami tego pola, że zdążyliśmy już wszystko przygotować, zresztą kasza się gotuje… Na to pan jął zdejmować garnek z palnika. Zaczęliśmy protestować nieco bardziej. Pan nie odpuszczał. Podszedł do namiotu i zaczął wyciągać śledzie.

Siedzę sobie przy kuchence i mieszam kaszę, obserwując zabawną scenę: oto  pan chodzi wokół namiotu próbując go rozmontować, a za nim biega coraz bardziej zdenerwowany Janek, zabierając panu wyciągnięte śledzie i bezskutecznie przekonując, że oczywiście dziękujemy, jednak naprawdę, ale to naprawdę, chcemy tu zostać. Jakby było mało zamieszania, zjawiło się kilku młodych mężczyzn z wioski, których ów arcygościnny pan zagonił do zbierania naszych rzeczy celem zaniesienia do jego domu.

Pojawili się także właściciele pola, którzy stanęli obok i w spokoju, z lekkim uśmiechem obserwowali tę zabawną scenę.

Dalej obstawaliśmy przy swoim: namiot oraz nasze rzeczy zostają na polu. Zaproponowaliśmy w ramach kompromisu, że wpadniemy do tego pana do domu na chwilę i zjemy kolację, tylko niech nam chociaż pozwoli ugotować tę kaszę. Towarzystwo się rozeszło, pan się nieco uspokoił, po czym pełen zaangażowania rzucił się do „pomocy” w porządkach: jedzenie pakował jak leci do sakw z narzędziami oraz do foliówki na śmieci, gorącą kuchenkę chciał wsadzać do namiotu, z powrotem zaczął wbijać wyciągnięte wcześniej śledzie.

No więc z gorącym garnkiem kaszy z rybą idziemy na tę kolację. W domu przy piecu czeka rodzina. Gospodarz zachowuje się, jakby cierpiał na ADHD. Biega po mieszkaniu, przynosi kolejne specjały, przestawia kolejnych krewnych. Z dumą prezentuje prawnuczkę, którą bardzo intensywnie kołysze na rękach nie zważając na płacz i niezadowolenie dziecka.

Widzimy, że szykuje się wystawny, mięsny posiłek dla gości. Pan stawia przed nami kieliszki, i mimo naszych protestów, leje „czaczę”, czyli gruziński, sześćdziesięcioprocentowy samogon, po czym wznosi kolejne protesty. Wypiliśmy po małym łyku tego paskudztwa, nie mogąc doczekać się popitki, którą poszła migiem kupić wnuczka gospodarza. Syn tymczasem, rozumiejąc, że wysokoprocentowe alkohole są „niezdrowe dla rowerzystów”, nalewa nam jeszcze szklankę piwa. Kombinujemy, co zrobić z tą niedopitą czaczą, i jedyne, co przyszło nam do głowy, to wylać ją, korzystając z chwili nieuwagi, do przyniesionej przez nas kaszy.

Po zakończonej kolacji następuje kolejna seria przekonywań co do noclegu. W końcu gospodarz daje za wygraną, ale w zamian oferuje nam podwózkę do namiotu jego samochodem. Na nic nasze protesty, że to tylko 300 metrów.

Z uczuciem ulgi pakujemy się do namiotu. W tym całym zamieszaniu zapomnieliśmy kilku rzeczy, które zamiast czekać na nas w namiocie, leżą popakowane w przypadkowe miejsca przez nadpobudliwego pana. Zasypiamy.

Rano, zamiast pięknego widoku na ośnieżone szczyty Kaukazu, przez wejście do namiotu dostrzegamy ponure, deszczowe chmury. Szybko zwijamy obozowisko, chcąc uciec przed deszczem i przed gospodarzem.

Zaglądam do garnka, w którym jest jeszcze resztka kaszy z rybą. Wciąż czuć procenty. Próbujemy ją podgrzać w nadziei, że co nieco wyparuje. Zjadam kilka łyżek – potrawa nadal zajeżdża tą nieszczęsną czaczą. Z bólem serca wyrzucam zawartość garnka.

Wsiadamy na rowery. Jedziemy dalej, co kilkaset metrów znów pokazując faka kolejnym gruzińskim szalonym kierowcom.

2 odpowiedzi do “Jak (niemal) wywołaliśmy konflikt polsko-gruziński”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *