Nagniatacze vs. Chiny, czyli wizowego piekiełka cd.

visa Problemy z chińską wizą od początku wisiały w powietrzu. Już w Tadżykistanie krążyła historia Australijczyka na rowerze, którego cofnęli na granicy. Facet miał wizę, ale i tak musiał wracać. Jak to, jakim prawem?!

Kontakt mailowy urwał się i te pytania pozostały bez odpowiedzi. Nie ma co się stresować na zapas – pomyśleliśmy i pojechaliśmy w Pamir. Tymczasem, tuż przed granicą tadżycko-kirgijską, na szczycie przełęczy, spotykamy francuskiego motocyklistę.

– Cześć, jedziecie teraz do Kirgistanu, a potem przez Kazachstan do Chin?
– Tak.
– A macie jeszcze ważną wizę do Kazachstanu? Bo wiecie, nie da się już jej zrobić po drodze. Kazachowie zamknęli ambasadę w Biszkeku.
– Cooo? Dlaczego?!
– Nie mam pojęcia, może wkurzyli się na nadmiar roboty. Kolejki namolnych turystów nie przystawały do tempa pracy konsula – zgadywał Francuz. Rzeczywiście, od zeszłego roku wszyscy zaczynali swoją przygodę z Azją Centralną od bezwizowego Kirgistanu i właśnie tutaj załatwiali papiery do krajów ościennych. Do czasu.

Ta informacja była dla nas dobrym zastrzykiem motywacji. Trzeba nagniatać naprawdę szybko. Musimy być na granicy kazachskiej przed 28 sierpnia, kiedy kończy nam się aktualna wiza kazachska, a przed nami ponad tysiąc kilometrów. Do tego trzeba wyrobić się z załatwieniem chińskiej wizy, co trwa w Biszkeku u słynnej Miss Liou przynajmniej tydzień.

Po dwóch dniach drogi dotaczamy się do kirgiskiego miasta Osz. Zaczynamy myśleć, jakby tutaj trochę oszukać i złapać transport do Biszkeku. „Dworzec dla autobusów długodystansowych” na mapie miasta brzmi dumnie. Niestety, kiedy trzeci z rzędu Kirgiz zapewnia nas, że to wszystko już dawno zamknięte na cztery spusty, dajemy sobie spokój i zawracamy do miejsca, skąd ruszają panowie przewoźnicy „prywaciarze”.

Na początku wygląda to nieźle: duże paraterenowe auto z bagażnikiem na rowery na dachu, reszta pasażerów na pokładzie to Polacy – będzie wesoło. Czekamy na wyjazd dobrą godzinę i w końcu dowiadujemy się, że rozdzielą nas na dwie mniejsze osobówki. Dla nas stary Merc klasy E. Super, ale kiedy widzimy jak kierowca nieudolnie próbuje przywiązać do niego nasze jednoślady sznurkiem, grzecznie dziękujemy za usługę. Chrzanić to, odpoczniemy dzień, dwa i pojedziemy na rowerach. Może wcale nie trzeba się spieszyć, bo po Osz w międzyczasie krąży plotka, że Kazachowie nie strzelają już focha i wrócili do ambasady w Biszkeku. Do całego zamieszania doszło ponoć przez dyplomatyczne napięcia pomiędzy oboma krajami.

To wszystko jednak nic wobec rewelacji, jakie sprzedał nam napotkany przed samym Biszkekiem Wolfgang (rowerzysta z Niemiec, a jakże!).

– Jakby to wam powiedzieć, w Biszkeku nie da się już wyrobić chińskiej wizy, ani w Hong Kongu, ani w jakimkolwiek innym miejscu na świecie poza macierzystą ambasadą w waszym kraju…

(piiii – tu padają z naszych ust niezbyt cenzuralne słowa na temat Chińskiej Republiki Ludowej)

– Niestety, takie jest nowe odgórne zarządzenie z Pekinu. Macie dwie opcje: lecieć albo wysyłać paszporty do Polski. Może coś zmieni się we wrześniu. Czy na lepsze? Pewnie nie. Jedźcie do najtańszego hostelu w mieście – Nomad House, gdzie spotkacie kilkanaście osób dokładnie w takiej samej dupie jak wy. Powodzenia.

– Zaraz, zaraz – a ty gdzie się wybierasz, też do Chin, prawda? Jakim cudem masz wizę?!

– Tak, dostałem wczoraj w Biszkeku, jako jedna z ostatnich osób. Jakbyście złożyli wniosek tydzień temu, też byście się załapali.

Dodajmy, że udałoby nam się to, gdybyśmy skorzystali z usług samochodowych cwaniaków w Osz. Drugi raz w tej podróży czujemy, że naprawdę prześladuje nas pech. Zrezygnowani, dzielimy się z wygłodniałym Wolfgangiem lepioszką i bez większego przekonania ruszamy w stronę Biszkeku.

Hostel istotnie pęka w szwach. Hostel, albo raczej jeden wielki miejski kamping rowerowych „komunistów” (jak mawiał facet z innego hostelu, w Duszanbe). Wygląda to zabawnie: mały kawałek ogródka, na którym każdy centymetr kwadratowy jest zajęty przed namioty; tudzież ludzi, którzy uparcie śpią ot tak na glebie, mimo że zaczyna się już jesienny chłodek (ideologia!).

Większość nocy spędzam jednak nie w namiocie, ale na pogaduchach z resztą uwięzionych tutaj ludzi, co chwila zerkając nerwowo na wyniki wyszukiwania w serwisie skyscanner. Wiza do Chin – jak ją zdobyć, jak zaplanować dalszą podróż – to teraz jeden z głównych tematów rozmów. Najtańszy lot z Azji Centralnej prowadzi do indyjskiego New Delhi, dwójka Niemców wybrała tę opcję. Jeździć tam rowerem? Chyba jeszcze nie jesteśmy na to gotowi. Druga opcja to Korea Południowa i Seul. Fajnie, ale bilety za ponad dwa tysiące złotych od głowy zostawmy dla Australijczyków. Co zostaje dla nas? Wysyłka paszportów do Polski i tu drogie dzieci, czas na morał tej bajki.

W podróży warto, naprawdę warto, mieć na miejscu swojego anioła stróża z głową na karku, i telefonem plus Internetem pod ręką. Nasz spisał się fantastycznie i jeszcze raz na łamach bloga bardzo mu za to dziękujemy. Od wczoraj jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami paszportów z lśniącymi, dwu-wjazdowymi chińskimi wizami.

Zdobycie w ten sposób wiz zajęło nam prawie trzy tygodnie, ale i tak wyszło to zdecydowanie taniej niż latanie. No i mamy satysfakcję, że niczego nie przegapimy i dalej będziemy mogli o własnych siłach przemieszczać się lądem. A to rowerowe tygryski lubią przecież najbardziej.

Przy okazji,  jesteście ciekawi co do diabła można robić w Biszkeku przez trzy tygodnie?

Cóż, największy bazar Azji Centralnej – Dordoy – zwiedzać można miesiącami, choć dla mnie asortyment był monotonny: buty, buty, buty, szmaty, spodnie, szmaty, spodnie… Chińskie podróbki najnowszych telefonów Samsunga za 100-300zł to najciekawsze, co znalazłem.

bazarek1

Dordoy po godzinach. Bazar ciągnie się przez ponad kilometr. W całości jest zbudowany z takich właśnie kontenerów.

Skoczyliśmy też nad jezioro Issyk Kol tylko po to, żeby biwakować przy brzegu i nie robić nic. Z sielanki jednak nici, dmuchało tak potwornie, że w sumie pięć razy przestawialiśmy namiot, za każdym podejściem coraz lepiej chowając się przed wiatrem. Poniżej podejście trzecie, „za krzakiem”.

bazarek3

Kiblując w Biszkeku i gadając z nieskończoną liczbą ludzi w hostelu, udało nam się też rozwikłać zagadkę Australijczyka, cofniętego na granicy kazachsko-chińskiej. Poszło wcale nie o problemy z ChRL, ale z Kazachami, a konkretnie – z ich prezydentem. Z okazji swoich urodzin ogłosił on trzy dni wolnego dla budżetówki, w tym pograniczników. Trzy dni, podczas których Australijczykowi skończyłaby się wiza tranzytowa, więc musiał zawrócić pół tysiąca kilometrów i załatwić sobie nową. Tak, za to właśnie wszyscy kochamy wizy.

2 odpowiedzi do “Nagniatacze vs. Chiny, czyli wizowego piekiełka cd.”

  1. Trafiłem na Waszego bloga niedawno i z otwartą buzią czytam i czytam. Sam jestem zapalonym rowerzystą, choć kolarzem, więc mój rower tam by się nie sprawdził. Ale coraz częściej myślę, że też chciałbym tak jak Wy i inni, których obserwuję. Pozdrawiam!

  2. Aha zapomniałem was ostrzec przed wchodzeniem do wody spontanicznie.W niektórych rejonach świata (poza EU) można załapać amebę lub bilharcjozę.Są to pasożyty ktore jak wejdą w człowieka to już na ogół zostają.W południku 18 był dwa lata temu chłopak z amebą w środku -mam nadzieję że jeszcze żyje…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *