Jazda o pustym brzuchu? To nie w Chinach!

chiny-jedzenie-12W Chinach nie zjedliśmy psa. Nie zjedliśmy też węża. Ani żółwia, ani ośmiornicy, małpiego mózgu, czy półżywej myszy. Nasza dieta w państwie środka była nudna jak flaki z olejem. Mimo to, dzień po dniu aż chciało się przebierać nogami, aby odwiedzić kolejną fantastyczną garkuchnię i najeść się na kolejne kilometry. Do syta, za grosze.

Kuchnia chińska, jaką ukochały sobie nasze podniebienia, to jedzenie proste. Coś jak gruzińskie Chaczapuri, czy uzbeckie Manty. Jedzenie, które można przyrządzić ze składników, które są akurat pod ręką. Nie znaczy to jednak wcale, że jest to jedzenie nudne i niesmaczne. O nie! Chińczycy potrafią wyczarować fantastyczne potrawy z niczego. Musieli się tego dobrze nauczyć w czasach, gdy jedynie słuszna partia nakazała eksterminację wróbli, doprowadziła do plagi szarańczy i w efekcie masowego głodu.

Zdecydowanym numerem jeden na mojej chińskiej kulinarnej liście przebojów są pierożki. Lepią je z ciasta do złudzenia przypominającego nasze polskie kluski na parze. Raz mniejsze, raz większe. Raz z warzywami, raz z mielonym mięsem. Zdarzają się też na słodko, albo pechowo takie, w których – jak u Kononowicza Krzysztofa – nie ma niczego. Pamiętajcie, że kupowanie jedzenia w Chinach to jedna wielka loteria. Nigdy nie wiesz, co dostaniesz, więc lepiej zamawiać po trochu i próbować. Jeden duży pieróg to całe pięćdziesiąt groszy, więc można sobie pozwolić na odrobinę hazardu. Z pierożkami ciężko jednak trafić źle. Z największym uczuciem, pasją i perfekcją mikroskopijne pierożki lepi pan na skuterze z przyczepką w Songming, w prowincji Yunnan. Cała siata za dwa złote. Tak, jestem od tych pierożków uzależniony i żadne marne wietnamskie sajgonki mi ich nie zastąpią.

chiny-jedzenie-18 chiny-jedzenie-14 chiny-jedzenie-15chiny-jedzenie-8chiny-jedzenie-20Zaraz obok, przy drugim motocyklu stoi pani z frytkami. Niby taka prosta potrawa, a ile można włożyć w nią serca. Babuszka tnie świeże ziemniaki, smaży, po czym z aptekarską precyzją dokłada tajną mieszankę przypraw, a na koniec macza wszystko w wielkim wiadrze w przeróżnych maziach. Efekt końcowy zawstydza każdy fast-food. W sumie za cztery gotowane jajka, cztery duże pierożki, siatę małych pierożków i frytki płacimy siedem złotych.

chiny-jedzenie-19To wszystko to jednak tylko przystawki, dobre na mały głód albo śniadanie. Prawdziwą siłę napędową lud pracujący Chin czerpie z michy klusek lub ryżu. Porcję węglowodanów prawie zawsze miesza się tu z piekielnie ostrym sosem i czerwoną papryką. Mażna początkowo próbowała protestować „la (ostre) bu (nie)”, na nic się to jednak zdało. Nieostre w wydaniu chińskim i tak wypala europejski przełyk jak nitrogliceryna. Od czasu do czasu zdarzy się jednak cud, i dostaniecie coś, co smakuje nie tylko przeklętymi czerwonymi papryczkami. Te warzywa były jak balsam na nasze spalone podniebienia:

chiny-jedzenie-13chiny-jedzenie-7chiny-jedzenie-10Kiedy jednak za jedzenie płacimy takie pieniądze, jak w Chinach, naprawdę nie ma co wybrzydzać. Nasz cenowy rekord należy do małej garkuchni w pewnym brzydkim jak noc miasteczku w górach, w Syczuanie. Słownie złoty siedemdziesiąt pięć za sycącą porcję własnoręcznie ulepionych i pociętych kluchów z wkładką mięsną. Taniej jedliśmy tylko w Indonezji, ale tylko dlatego, że jedzenie kupili nam poznani po drodze studenci. W Chinach ani razu nie zapłaciliśmy podatku od bycia turystą. Każdy właściciel kulinarnego przybytku za punkt honoru stawia sobie wypłacenie nawet pół Yuana reszty. Ba, nie będzie chciał ani grosza więcej także gdy podładujecie u niego laptopa, wysuszycie przy piecu siebie, namiot, czy skorzystacie z Internetu. Jak zwykle jest w tym jeden mały haczyk. Na takie traktowanie mogliśmy liczyć tylko w małych garkuchniach, gdzie stołowali się lokalni. Ceny w knajpach „z ceratką” lub przy autostradach lecą w górę dwu, trzy, czterokrotnie. Proporcjonalnie nie rośnie niestety jakość jedzenia.

A to proszę państwa nasza największa gastronomiczna porażka w Chinach - kogut. Bez cycków, bez nóżek, ale za to z pazurami, kośćmi, skórą i głową. Zamówiliśmy to kompletnie przez przypadek. Na końcu okazało się, że to danie szefa. Cena: 88 Yuanów.
Nasza największa gastronomiczna porażka w Chinach – kogut. Bez cycków, bez nóżek, ale za to z pazurami, kośćmi, skórą i głową. Zamówiliśmy to kompletnie przez przypadek. Na końcu okazało się, że to danie szefa. Cena: 88 Yuanów.

Skoro już jesteśmy przy jakości, nieco zjeżyły się nam włosy na głowach po przeczytaniu niedawnego wpisu o „podrabianym” jedzeniu w Chinach na łamach bloga Pojechanej. Kaczka wymoczona w moczu kozy udająca jagnięcinę? Brzmi mało apetycznie, ale drogich mięs nie jadamy. Tofu ze ścieków? Cóż, nawet jeżeli powinno być zrobione z czegoś innego i tak omijamy je szerokim łukiem – paskudztwo. Ale olej ze ścieków?! To już drobna przesada. Mamy nadzieję, że ta afera tyczy się raczej wschodnich Chin i wielkich miast, a mieszkańcom górskich wiosek, gdzieś na końcu świata w prowincji Yunnan takie pomysły do głowy nie przychodzą. Ja złego słowa o chińskiej strawie nie powiem. W Azji Centralnej mój delikatny europejski żołądek buntował się regularnie. Tutaj, przez dwa miesiące, bez większych problemów.

Niestety jedna chińska podróba bardzo, ale to bardzo nas rozczarowała. Po przekroczeniu granicy kazachsko-chińskiej i długiej drodze przez pustkowia rzuciliśmy się na paczkowane specjały. Na stacji benzynowej można tu kupić dosłownie wszystko. Od samo-podgrzewającego się ryżu, przez kiszone warzywa wszelkiej maści, kurze stopy, kacze nogi, kotleciki z jaka (!) po niezliczone rodzaje szaszłyków i innego mięsiwa. Tak, tłuściutkiego, całkiem nieźle doprawionego mięsiwa. Ileż to się nachwaliliśmy chińskiej myśli żywieniowej, wyciągając w chwilach słabości nasze asy z sakw – ulubione, zielone paczki szaszłyków. Aż doczytaliśmy w końcu to, co było na nich napisane drobnym drukiem: produkt wegetariański, nie zawiera mięsa. Mięso z plastiku – podróbka doskonała.

chiny-jedzenie-6
Pobocze autostrady gdzieś pośrodku niczego w prowincji Gansu i nasze śniadanie mistrzów.

Ciągle głodni? No to serwujemy jeszcze przysmaki z Syczuanu, z jednej z knajpek w Chengdu, do której zaprowadziła nas rodowita Chinka. Te wszystkie rzeczy wrzuca się do zupy z kluskami…

chiny-jedzenie-21

I jeszcze jeden, całkiem ciekawy miks. Sos do makaronu z orzeszkami ziemnymi. Lekko ostry i jednocześnie słodkawy.

chiny-jedzenie-22

A na deser proszę państwa prawdziwa wirtuozeria, majstersztyk chińskiej sztuki cukierniczej. Skompresowany biszkopt.

chiny-jedzenie-9

14 odpowiedzi do “Jazda o pustym brzuchu? To nie w Chinach!”

  1. Jestem koleżanką Twojej mamy z okresu naszych studiów w Łodzi i dzięki niej mogę śledzić Waszą fascynującą eskapadę po Azji. Z ogromną przyjemnością i zainteresowaniem czytam bloga, oglądam zdjęcia i podziwiam. Serdecznie pozdrawiam i życzę wytrwałości, podziwiam za pasję i zaangażowanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *