Kuchnia pełna niespodzianek, czyli co jemy w podróży

A co wy tam dzieci jecie w tej podróży”? – to chyba najczęściej zadawane pytanie przez naszych rodziców. W skrócie: byle co, byle jak, o dość losowych porach, żeby tylko napełnić żołądki i dostarczyć minimum kalorii do dalszego pedałowania. Od czasu do czasu lubimy sobie jednak trochę poszaleć.

Wszystko zaczęło się w Turcji – prawdziwym kulinarnym eldorado. Jedzenie jest tu wszędzie, jest smaczne, jest tanie albo nawet bezpłatne. Widok rowerzysty z sakwami robi na Turkach na tyle rozczulające wrażenie, że nie trzeba martwić się o kasę.

Turcja nie tylko kebabem stoi. Hitem na naszej drodze wzdłuż Morza Czarnego były pide - placki z serem i/lub innymi dodatkami. Coś w stylu takiej małej podłużnej pizzy, najlepsze w miasteczku Amasra.
Mahlama - serowo-maślane fondue, rodem z gór Kaçkar w północno-wschodniej Turcji. Proste i przepyszne!
Kolejny turecki klasyk: gözleme. Coś pomiędzy naleśnikiem a tortillą. Dwa płaty cieniutkiego ciasta z serem w środku, czasem z kawałkiem jakiegoś mięsiwa, czy szpinakiem.
Pizza - tego w tureckich knajpach tykać się nie należy.
Baklawa.
Chleb jak w Polsce dostaniecie w Turcji bez problemu. Tu właściciele jednej z piekarni.
Obiad na wypasie. Nawet w mniejszych miejscowościach nie ma z tym problemu, ceny bardzo przeystępne.

Nieco gorzej zaczęło się nam powodzić w Gruzji. W małych górskich wioskach ciężko o knajpy, a w sklepach są tylko podstawowe produkty i mnóstwo alkoholu. Pierwszy raz wyciągnęliśmy więc naszą kuchenkę. „Jak to, nie użyliście tego ani razu przez miesiąc?!” – pytali z niedowierzaniem Francuzi, dla których śniadanie z gorącą kawą i obiad punktualnie w środku dnia to rzecz święta.

Kuchenka w końcu odpalona. Na początek skromnie pomidorki, cebula, czosnek, makaron.
Rozkręcamy się. Burak!
Kapusta w pomidorach.
Dwudaniowo 😉
A to proszę państwa absolutny hit - penne z łososiem z azerskiej puszki, polanej rosyjską śmietanką. Mmm.
Z tego całego kulinarnego szaleństwa padła nam kuchenka. Amerykanie z MSR kluczowe części pompki zrobili z plastiku. Dobra rada - na długodystansowe gotowanie kupcie szwedzkiego Primusa...

Im dalej na wschód, tym więcej kulinarnych pułapek. Największym zmartwieniem dla wrażliwych żołądków w Azji Centralnej jest mięso. Mimo ponad czterdziestostopniowych upałów nikt przecież nie będzie trzymał go w lodówce. Drugi problem to higiena przygotowywania posiłków. Mydło jest tu często wynalazkiem zupełnie nieznanym, obowiązuje tylko zasada: „kupa lewą rączką, reszta prawą”. Bakterie coli znajdują jednak jakimś cudem drogę na talerz. W każdym syfie znajdą się jednak wyjątki. W kilku uzbeckich czajchanach  zjedliśmy całkiem nieźle.

Manty - pierożki z miesem i cebulą. Farsz może być naprawdę ochydny, ale czasem trafią się wyśmienite, jak na zdjęciu.
Pielmieni - najmniejsza odmiana pierożków.
Pierożki w rozmiarze medium, do tego śmietana.
Gdzieś na pustyni w Uzbekistanie jedliśmy nagorszą czekoladę na świecie.
Zamiast chleba - lepioszki, wypiekane w każdym domu w tradycyjnych piecach.
Suszona ryba, obowiązkowo popita piwem.
Wygląda znajomo - gołąbek.

Jak ważne w podróży jest jedzenie przekonaliśmy się jednak dopiero w Kirgistanie, który to wziął nas podstępem. Okolice miasta Osz rozpieściły nas czajchanami, wygłodniali po Pamirze rzuciliśmy się na mięso, co oczywiście przypłaciłem pokaźnym zatruciem. Na domiar złego, w dalszej drodze skończyły się knajpy, a nawet co lepsze sklepy. Skończyła nam się też kasa, a bez lokalnej gotówki nie da się w Kirgistanie nic kupić. Najbliższy bankomat jest w stolicy, dolarów nie chcą. Po kilku dniach podjazdów pod kolejne przełęcze, odwodnienia i jedzenia kaszek, soczyste schabowe zaczęły śnić mi się po nocach.

Niby nawet na prowincji wyrosły już stacje benzynowe ze sklepami pełnymi zachodnich produktów i dumnym logo „Visa”, ale nikt nie potrafi tego obsługiwać. 60 kilometrów przed Biszkekiem szok i niedowierzanie. Naszym oczom ukazał się wielki przygraniczny market, a w nim ser żółty, chleb, masło, łosoś (w promocyjnej cenie niemal 200PLN za kilo). Do tego ekspedientka zapewniła nas uprzejmie, że karta rabotajet. Kiedy z koszykiem pełnym jedzenia zobaczyłem  na terminalu komunikat „włóż kartę SIM”, łzy wstąpiły mi do oczu 😉

Dziś mija tydzień naszego „nicnierobienia” w Biszkeku, zatrucie minęło, trochę pojedliśmy. Musimy przyznać, że niemal pięć miesięcy w Azji pokonało nas, zmiękliśmy. Obskoczyliśmy kilka knajp dla bogatych białasów i żon lokalnych mafiozów (dialog po rosyjsko-angielsku o tym jak zamówić do Biszkeku bieliznę Victoria’s Secret – bezcenny). Były to miejsca, które do tej pory w każdym mieście omijaliśmy szerokim łukiem. Głód porządnego jedzenia jednak wygrał, a trzeba przyznać – można tutaj takie dostać. Pizza, burgery, sushi, kuchnia francuska – jest wszystko, oczywiście za odpowiednio wysoką cenę.

To jest dość dziwne uczucie przejeść w pół godziny jedną szóstą wypłaty obsługującej cię kelnerki, która ze złości dosłownie ciska w ciebie potrawami i wyrywa szklanki z ręki. Kapitalizm w wydaniu kirgijskim jest najbardziej brutalny, jaki widzieliśmy w tej podróży. Ludzie nie kryją tutaj frustracji swoją sytuacją i trudno im się dziwić. Dziewczyny w tureckiej piekarni dostają w przeliczeniu 550PLN na miesiąc, pracują po 15 godzin dziennie od poniedziałku do niedzieli, a ponad połowa wypłaty idzie na mieszkanie. Dobrze podsumował to jeden z podróżujących z nami Niemców – trochę za mało żeby żyć, trochę za dużo żeby umrzeć. A wiecie co powiedziała o Kirgistanie jedna z Polek, będąca tutaj na krótkich wakacjach, którą podsłuchałem w hostelu? „Aaaale im się tutaj powodzi! Mam wrażenie, że stać ich na WIĘCEJ niż nas.” Cóż, bezsensowne narzekanie to chyba rzeczywiście nasz sport narodowy.

Jedna odpowiedź do “Kuchnia pełna niespodzianek, czyli co jemy w podróży”

  1. Mażno i Janku!
    Jak zawsze w takich przypadkach trafiłem na waszą stronę całkiem okrężną i przypadkową drogą. Przeczytałem wasz blog niemalże jednym tchem. Sam jestem podróżnikiem rowerowym choć nie w takim , mega, wydaniu.
    Podziwiam was za podjęcie decyzji o… zaprzestaniu gonitwy cywilizacyjnej. Ja wiszę gdzieś w połowie. W pewnym momencie nie ma już wyjścia i trzeba się poddać i płynąć z nurtem, choć wydaję się iż można go nieco kontrolować.
    Zazdrość ma jest wielka, choć, wiem że wystarczy wsiąść i pojechać.
    Piszecie przepięknie. Krótko i bardzo esencjonalnie. Moja wyobraźnia i własne doświadczenia dorabiają resztę.
    Podziwiam Mażnę za oddanie kobiecości w ręce wszelkich wyrzeczeń. Właśnie wróciłem z dwutygodniowej wyprawy w Jurę i Kieleckie z moją lubą, która to po raz pierwszy wyruszyła w tego rodzaju podróż i wiem coś na ten temat.
    Życzę wam szczęścia, dalszych, bezpiecznych i wspaniałych chwil. Bądźcie szczęśliwi ze sobą i z chwilami jakie was łapią w drodze.
    Cholera jak ja wam zazdroszczę!
    Jedźcie daleko w kierunku wschodu słońca, a może i dalej wam się uda! Podobno Ameryka południowa też jest przyjazna rowerzystom!
    Powodzenia i czekam na kolejne wpisy!
    100% nagniotków
    Rafał

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *