Antyatlas – te góry w Maroko naprawdę są spoko

Plan był prosty: przepakujemy się z rowerowych sakw do plecaków i z kijkami trekkingowymi w dłoniach ruszamy w marokańskie góry Antyatlas. Marszruta już tradycyjnie: z zachodu na wschód. Na lekko, na luzie. Przejdziemy wspólnie tyle kilometrów, ile tylko nam się uda podczas dwutygodniowego korpo urlopu.

Plan był może i dobry, ale od samego początku czuliśmy, że wcale nie będzie go tak łatwo zrealizować. Dosłownie każda napotkana osoba witała nas z francuska „Bon jour, Ça Va?” i czuć było, że to nie tylko kurtuazja, a prawdziwa ciekawość tego gdzie i po co idziemy, no i przede wszystkim troska i chęć pomocy. I tak po pokonaniu może sześciu kilometrów wzdłuż podrzędnej górskiej drogi, zatrzymało się na nasz widok rozklekotane Renault 14 (rok produkcji: 76-83). „Bonjour, a może was gdzieś podwieźć?” Nauczyliśmy się już tego, że gdy ktoś z własnej woli zatrzymuje się, uśmiecha, dobrze mu z oczu patrzy i rzuca taką propozycję, to warto z niej skorzystać, bo zawsze dzieją się potem dobre rzeczy. Nie inaczej było i tym razem. Podwózka do najbliższej miejscowości Agred Ossoul to przecież tylko pretekst, aby pogadać (mój łamany francuski był absolutnym hitem tego wyjazdu), bliżej się poznać i coś razem zrobić.

– Chcecie iść w góry? Super, no to idziemy razem!

Obok naszego kierowcy zbiera się szybko grupka tych młodszych (i płci męskiej) mieszkańców wioski. Wśród nich jego syn Boujma, który studiuje prawo w Agadirze, ale akurat ma wolne, więc wrócił w rodzinne strony. Z ulgą przechodzimy z nim na angielski. Przygotowania do górskiego wypadu idą błyskawicznie. Boujma zakłada na ramię torbę z laptopem, swoje tradycyjne żółte skórzane chodaki przełącza z trybu klapki w tryb górska ekspedycja (tzn. zaciąga tylną część buta na piętę), inny chłopak bierze matę do siedzenia, inny tackę, czajnik, tradycyjne szklaneczki do herbaty, i w drogę. Podejście umilają nam żarty z naszych kijków i wypakowanych po brzegi plecaków. Berberowie, aby sprawnie przemieszczać się po górach, nie potrzebują zbyt wielu gadżetów. Jeszcze wiele razy się o tym przekonamy.

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-28

Pierwszą rzeczą, jaką chłopaki robią na szczycie, jest odpalenie laptopa. To właśnie tutaj mają najlepszy sygnał komórkowego internetu 3G. Internet przeglądamy popijając berber whisky, czyli aromatyczną herbatę z miętą. Przegryzamy chlebem maczanym w oleju arganowym. Siedzimy, gadamy, wymieniamy się kontaktami na twarzoksiążce, podziwiamy panoramę na całą okolicę i zachód słońca. Do małego spięcia dochodzi dopiero, gdy ogłaszamy, że spać chcemy tutaj w górach, by rano pomknąć już od razu dalej. Boujma zaprasza do siebie do domu na nocleg i kolację. My upieramy się, że tutaj będzie dobrze i nie ma problemu. I tak w kółko.

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-5

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-1
Herbata – drugie najpopularniejsze zioło w Maroku.

Jedno górskie zejście po zmroku i jedną skręconą kostkę Janka później, lądujemy (oczywiście!) pod dachem i zajadamy marokański Tajin. To chyba najbardziej popularna tutaj potrawa: kawałek mięsa zakopany w górze ziemniaków, pomidorów, oliwek, marchewki, groszku, papryki i wszystkiego tego, na co akurat gotujący będzie miał ochotę. Na kolację wpada wujek Boujmy z Agadiru – Lahcen. Facet działa w turystycznym biznesie, więc po angielsku mówi już zupełnie płynnie. Jemy przy akompaniamencie telewizji Euronews i kolejnych doniesień o zamachach terrorystycznych w Europie. Dobrze zapamiętałem zdanie: „To nie ma nic wspólnego z Islamem. Wstyd mi za to, że ci ludzie nazywają siebie Muzułmanami”. Z lżejszych tematów: z telefonu Lahcena dzwonimy do jego polskiego współpracownika – Dominika. Chyba się trochę zdziwił.

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-32

A to już menu śniadaniowe. Omlet i coś w rodzaju kaszy manny. Niestety śniadaniowa kaszka po marokańsku jest koszmarnie słona.
A to już menu śniadaniowe. Omlet i coś w rodzaju kaszy manny. Niestety śniadaniowa kaszka po marokańsku jest koszmarnie słona.

W końcu gospodarze zauważają, że dosłownie zasypiam nad stołem, i lądujemy w gościnnej izbie. Dobrze, że daliśmy się na to namówić. Akurat tej nocy wiało tak mocno, że pod namiotem nie przespalibyśmy nawet godziny. A tak, zasypiałem spokojnie i myślałem sobie, jak bardzo fajnie nam się ta marokańska podróż zaczyna. Bo to przecież dopiero pierwszy dzień naszej wędrówki. Ach, ci straszni Muzułmanie i niebezpieczne odludne miejsca w dzikim, afrykańskim Maroku.



maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-6

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-7

No to teraz zgadnijcie, jak wyglądało pozostałych 13 dni? Jasne, może każdego dnia nie trafiliśmy na aż tak dobrze wykształconych i płynnie mówiących po angielsku ludzi, ale nie było ani jednej z góry negatywnie do nas nastawionej osoby. Ba, mało kto był wobec nas obojętny, a praktycznie każdy bardzo serdeczny, pomocny i przyjazny. Ot, na przykład kończy nam się woda, nieśmiało zaglądamy do wioski i za murem słyszymy spory harmider i roześmiane głosy. Podglądamy i kątem oka widzimy grupkę kobiet. Aby nie zmuszać ich do wiązania w panice chust na widok obcego mężczyzny, po wodę idzie Mażna.

Ja czekam gdzieś na uboczu i doczekać się nie mogę, po czym słyszę wołanie, żeby pomóc z moim francuskim. Problemem nie było oczywiście to, że Mażna nie dostała wody. Dostała dwie butelki, a do tego “małą” wyprawkę na drogę: słoik miodu, słoik oleju arganowego, a panie wciskały jej właśnie wielką siatę migdałów. I weź tu człowieku wytłumacz, że w plecaku nie ma już miejsca, a plecy nie podźwigną większego ciężaru. Skończyło się na tym, że nasze liofilizowane owoce, czy polskie czekolady używaliśmy tylko jako walutę do handlu wymiennego. Nigdy nie było nawet mowy o płaceniu za cokolwiek prawdziwymi pieniędzmi. Tak to już tutaj działa, że albo na popularnym szlaku wpadasz w szufladkę „turysta” i bez skrupułów zedrą z Ciebie każdy najmniejszy nawet grosz, albo jesteś przyjacielem z Polski, który nie wiedzieć czemu dotarł do tej wioski na końcu świata i trzeba go ugościć.

Migdały w łupinkach
Migdały w łupinkach
maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-21
Tych panów spotkaliśmy zupełnym przypadkiem. Siedzieli sobie na skraju góry, popijali herbatę i grali. Widzieliście film paragraf wyżej? Ścieżka dźwiękowa jest oryginalna.

Z Berberami jest jeszcze tak, że oni sami kochają chodzić po górach, więc zaskakujące i miłe spotkania zdarzały się nie tylko w wioskach, ale i gdzieś po środku niczego w drodze. Właśnie tak spotkaliśmy Hassana, który najpierw zamienił z nami parę zdań i poszedł dalej w swoją stronę, ale potem zawrócił i stwierdził, że chciałby nas trochę oprowadzić. Chwalił się, że wczoraj przeszedł 40 kilometrów po okolicy. Bez plecaka, bez wody, bez jedzenia, za to w klapkach i z telefonem komórkowym w ręku. Hop, hop od wioski do wioski. Hop, hop nawet dosłownie, bo Berberowie, gdy tylko jest w dół, po prostu zbiegają z góry niczym gazele i dziwią się, że tak się wleczemy z tymi plecakami, uważnie stawiając każdy krok i chwiejąc się na niestabilnych kamieniach. Może to właśnie przez naszą, a może szczególnie moją technikę, Hassan mocno odradził nam jedną ze ścieżek, która trawersowała wysoką partię gór. Po wysłuchaniu historii o Amerykanach, którzy nią ostatnio szli i są już „mort”, co opowiadający mocno zaakcentował gestem ściętej głowy, zdecydowaliśmy się jednak pójść trochę naokoło.

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-13

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-27

maroko-antyatlas-hassan-i-jego-dom

A szliśmy w kierunku liczącego 2357 m n.p.m. Jebel el Kest, najwyższej góry w tej części Antyatlasu. Gorąco taki wypad polecamy, sam wierzchołek jest w kształcie piramidy, a jedno ze zboczy jest wyjątkowo łagodne, więc szczyt ma szansę zdobyć każdy, nawet ja. Choć dla mnie była to zdecydowanie najambitniejsza rzecz, jaką zrobiłem w górach bez roweru, zaraz obok granny mountain w Tien Szanie (pamiętacie?). Największą trudnością el Kesta jest nawigacja. Już od początku podejścia od strony wioski Anergui nie widać wcale naszego celu. Próbowaliśmy upewnić się, że dobrze idziemy, podpytując jedną zorganizowaną grupę, którą spotkaliśmy na trasie.

– We don’t know where we are and where we go. We just follow the guide.
– Acha, dzięki.

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-16
Pierwsza przełęcz w drodze na Jebel El Kest. My podchodziliśmy od zachodu, od miejscowości Anergui.

Gdy minęliśmy tę grupę i wioskę Anergui, zdani byliśmy już tylko na siebie. Po sforsowaniu dwóch mniejszych przełęczy, w końcu widzimy szczyt. Ale co z tego, że było go widać, skoro dalej nie wiadomo jak iść? Szlaki w tych okolicach wyznaczają jedynie kamienne kopce, ale i one potrafią nagle zniknąć, by pojawić się ponownie kilkaset metrów dalej. Czasem ścieżka jest dość oczywista, ale najczęściej trzeba mocno kombinować. Po kilku nieudanych próbach znalezienia szlaku decydujemy, że z dalszą wędrówką poczekamy do rana. Sylwestrową noc spędzamy pod namiotem. Absolutna pustka i absolutna cisza, do naszej otoczonej górami kryjówki wyjątkowo nie docierają tym razem śpiewy muezinów z okolicznych meczetów. Niesamowity klimat, choć Mażna twierdzi, że trochę przytłaczający. Mnie bardziej niż odludzie przytłaczała wizja dalszej drogi.

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-17
Nasza miejscówka w cieniu piramidy Jebel el Kest

Rano Mażna idzie na zwiady i w końcu znajduje zagubioną „piste”. Ciekawostka: i po francusku i po berberyjsku słowo to oznacza jedno i to samo – małą górską ścieżkę. Podchodzimy nią już pod samą piramidę Jebel el Kesta, a przed nami wyrasta jeszcze jeden problem. Jak u diabła mam się wdrapać na te skały z kilkunastokilogramowym plecakiem?! Z resztą od strony południowej to nawet i bez plecaka nie dałbym rady. Poziom stresu i strachu podskakuje u mnie już niebezpiecznie wysoko. Na szczęście po wschodniej stronie góry jest ogromny skalisty taras, którym da się ją obejść, a potem zboczem opisywanym w angielskojęzycznych trekkingowych przewodnikach jako „great ramp” dojść do „tourist path”, która prowadzi na sam szczyt. Robię sobie w głowie wielkie „uff”. Jak się szybko okazuje – o wiele za wcześnie.

Turystyczna ścieżka łatwo zaprowadziła nas na szczyt, ale zejście w dół było wybitnie mało turystyczne. Jak się potem okazało, teraz jest nowa ścieżka, a tę starą w wielu miejscach zasypała lawina kamieni.

My jeszcze tego nie wiemy, schodzimy więc na azymut, nerwowo wypatrując pozostałości kolejnych kamiennych kopczyków. Idę potwornie wolno, a w kilku miejscach, gdy ścieżka prowadzi nad przepaścią, zupełnie wymiękam i Mażna kursuje z moim plecakiem na dwa razy. Robi się ciemno. Na horyzoncie widać nasz cel – wioskę Tagdichte. Tylko co z tego, skoro dzieli nas od niej jeszcze ponad pół kilometra przewyższenia. Rozbijamy namiot na skalnej półce na chyba najmniej poziomej powierzchni w historii naszych namiotowych przygód. Przez całą noc walczymy z grawitacją trzymając się czego się da, czasem siebie nawzajem, aby tylko nie sturlać się z całym namiotem w dół.

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-20

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-19

To była ta jedna noc, gdy piękniejsza i mocniejsza w skalistych górach część naszego nagniatającego zespołu zalicza w końcu też mały zjazd. Po całym dniu napięcia i maksymalnego skupienia, z człowieka zaczynają wychodzić emocje i strach. W sumie nie dziwię się, bo schodzenie w takim kompletnym pustkowiu, gdy z góry nie mamy pojęcia jak dalej iść, potrafi nieźle przeorać głowę. Ja tego problemu nie miałem:

I just follow Mażna

Dobrze, że rano ze świeżą głową schodzenie idzie nam już o wiele sprawniej. Gdy dochodzimy na dno kanionu rzeki, wydaje nam się nawet, że to już koniec trudności. Oczywiście czekały nas jeszcze dwie godziny mozolnego przedzierania się przez ogromne wyślizgane głazy. Pod koniec już naprawdę zaczynałem tracić wiarę, że to zejście kiedykolwiek zakończy się happy endem. A jednak, udało się. Trudno opisać to uczucie ulgi, gdy triumfalnie pierwszy raz od prawie dwóch dni stanąłem na płaskim kawałku ziemi, który nie próbował ściągnąć mnie w przepaść, ani nie osuwał się pod nogami.

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-18

Po przygodzie z Jebel el Kest powiedzieliśmy sobie jasno – nigdy więcej gór! No, tak chociażby na dzień, góra dwa, bo kawałek dalej na wschód czekał na nas Jebel Aklim (2531 m n.p.m). Na ten szczyt weszliśmy już w jedno popołudnie bez żadnego problemu. Ba, mieliśmy nawet w drodze samozwańczego przewodnika z pobliskiej wioski, który ot, tak po prostu do nas dołączył (a my nie protestowaliśmy) i liczył, że na końcu odpalimy mu parę groszy. Konkretnie mówiąc – nieśmiało, koszmarnym nawet jak na moje standardy francuskim, poprosił nas o 4 tysiące franków (sic!). Mimo, że całą drogę szeleściliśmy po polsku, chłopak do końca myślał, że jesteśmy parą z Francji. Usłyszawszy to stanąłem dosłownie jak wryty i przez pół nocy nie mogłem uwierzyć jak bardzo oderwani od reszty świata potrafią być mieszkańcy górskich wioseczek w Maroku, takich jak maleńkie Tagdichte.

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-23

A swoją drogą – co to była za noc! Z przełęczy tak strasznie wiało, że namiot rozbiliśmy w zagrodzie na kozy. Kóz co prawda nie było, ale została po nich gruba warstwa zasuszonych kup. Nad ranem w porywach dmuchało tak mocno, że po zagrodzie przetaczały się całe tumany kozich bobków, które z siłą huraganu bombardowały nasz namiot. Tak oto poznaliśmy dosłowny sens słowa – gównoburza. Dzień później wiatr nie ustał, ale gdy już wygrzebaliśmy się z tego gówna po pas i spojrzeliśmy w niebo, to przestaliśmy na niego narzekać…

Mimo gównianej przygody, z tej części wędrówki najlepiej zapamiętałem jednak nie samo podejście pod Jebel Aklim, ale to jak dostaliśmy się w jego okolice. Pokonać musieliśmy niemal sto kilometrów kompletnego pustkowia, drogą z Tafroute do Igherm. I tu na koniec jeszcze jedna historia, która zaczyna się od tego, że z braku jakichkolwiek autobusów próbujemy złapać transport na stopa i znów mamy mnóstwo szczęścia. Szybko zabiera nas swoim jeepem para Francuzów. Mieszkają w tych okolicach już osiem lat, są w nich absolutnie zakochani i wcale nie chcą wracać. Na marginesie, to po tych dwóch tygodniach spędzonych wśród Berberów, ani trochę się im nie dziwię.

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-26

Jedziemy krętą drogą pośród pagórków z tysiącami kompletnie wyschniętych, aż czarnych drzew arganowych i migdałowych. Komentują to jednym krótkim słowem – katastrofa. Dla okolicznych wsi rolnictwo jest jedynym źródłem utrzymania, a zbiorniki na deszczówkę jedynym źródłem wody. Trafiamy właśnie do jednej z takich wsi, w nadziei na złapanie transportu na drugą część trasy. Natychmiast stajemy się atrakcją dnia. Dzieciaki (płci męskiej rzecz jasna) robią sobie z nas żarty, dorośli mężczyźni przyglądają się z daleka, a jeden ze starszych chłopaków – Omar zagaduje nas po francusku. Wygląda to tak, jakby wszyscy codziennie siedzieli przy tym skrzyżowaniu i na coś czekali, no i w końcu trafiła się ciekawostka.

Spędzamy tutaj prawie pół dnia. Mniej więcej co pół godziny po trasie przemyka osiołek (berber jeep), a co godzinę trafia się jakiś samochód. Za każdym razem widząc auto już cieszymy się na myśl o dalszej drodze, ale Omar ze spokojem rujnuje nasze nadzieje:

– Znam ten samochód – nie jedzie w waszym kierunku.

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-33

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że wcale nie narzekamy, że kiblujemy tutaj pół dnia, ani nam się jakoś specjalnie nie nudzi. Większość czasu zabija notes, a w nim tabelka z trzema kolumnami. Spisujemy dziesiątki słów po francusku, angielsku i w berberyjskim języku Tashelheit. Omar ma ambicje zostać turystycznym przewodnikiem, więc każde poznane słówko po angielsku jest dla niego na wagę złota. Nam z kolei takie słówka jak:

aman (woda), aghrom (chleb), afa (góra), czy samochód (tamobil)

też mogą się przydać i to nawet w niedalekiej przyszłości. Wybieramy się też na krótką wycieczkę po wiosce, podczas której Omar ćwiczy swoje przewodnickie umiejętności. No i w końcu po kolejnej rundzie słówek, wygłupów, przebieranek i testowania naszego turystycznego sprzętu, nadjeżdża auto. Nauczyciel z pobliskiego miasteczka jedzie coś załatwić, zupełnie nie w naszym kierunku, ale Omar namawia go, aby specjalnie dla nas zawrócił i podrzucił nas do Igherm. Gdy jesteśmy już w aucie, myślę sobie, że ten facet zaraz rozwali sobie na wybojach tę starą renówkę, przecież zupełnie nie opłaca mu się tu jechać, więc musimy coś zapłacić i zaczynam odliczać w kieszeni banknoty.

Już w Igherm próbuję je wręczyć, ale po kilkunastu rundach nalegań, które spotykają się z coraz to bardziej stanowczymi odmowami, w końcu daję za wygraną. Nie, to nie była grzecznościowa forma odmowy, pokroju irańskiego Ta’arof. Pod koniec pieniądze chciałem wcisnąć już niemal siłą, ale nic z tego. Ten człowiek po prostu z dobrego serca chciał nam pomóc, więc nadrobił kilkadziesiąt kilometrów przez makabryczne wertepy, tylko po to, aby zrobić nam przysługę.

Tak, to takie szczere, proste i rzadkie w naszym dzisiejszym miejskim, zabieganym korpo świecie. Coś na zasadzie: robię coś od siebie, dla ciebie, nie ma problemu, cieszę się, że mogłem pomóc, życzę ci szczęśliwej podróży i nic w zamian nie oczekuję. I jeszcze ten gest rąk przykładanych do serca i wyciąganych w kierunku obdarowanego. Jest w tym coś rozczulającego. Coś, dzięki czemu podróżując po takich zakątkach świata, od pierwszego do ostatniego dnia czujemy się tak dobrze, bezpiecznie, a na koniec ani trochę nie mamy ochoty wsiadać do samolotu. No i wreszcie to jest to coś, co uzależnia i powoduje, że tak bardzo chcemy w takie miejsca wracać.

 

Te góry w Maroko naprawdę są spoko, podzielę się nimi na FBZ góry dziękujemy i przebijamy piątkę.

***

Podcast o naszej wędrówce przez marokańskie góry z audycji „Gdzie Rzym, Gdzie Krym” w Studenckim Radiu Żak Politechniki Łódzkiej. Rozmawiamy z Patrycją Szynter.

Jechał(a)bym, ale gdzie w ogóle jest ten cały AntyAtlas?


maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-9
Znajdź na zdjęciu Mażnę

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-11

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-10

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-35
Wujek Boujmy opowiadał nam, że w bogatszych wsiach Marokańczycy budują coraz to bardziej wystawne domy. Rzeczywiście na południu coraz mniej jest już skromnych glinianych lepianek.

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-22

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-3 maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-15

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-34

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-25 maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-2

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-30
Kaktusy i drzewa arganowe to jedne z niewielu roślin, którę potrafią przetrwać w tym trudnym, półpustynnym klimacie. Z nasion tych ostatnich powstaje bardzo dobry olej, którym (możemy się założyć) każdy z chęcią Was poczęstuje w pierwszej napotkanej wiosce.
maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-29
Flora południowego Maroka może i jest fotogeniczna, ale jest z nią jeden poważny problem. Praktycznie wszystko tutaj tylko czeka, aby wbić swoje piekielnie ostre kolce w Wasz tyłek.

maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-8 maroko-antyatlas-trekking-jebel-el-kest-aklim-14

26 odpowiedzi do “Antyatlas – te góry w Maroko naprawdę są spoko”

    1. Tak, zwłaszcza niezapomniane było, gdy Janek wręcz uciekał przed pewną kobietą, która siłą wkładała mu do ust ugniecioną palcami kulkę z ugotowanej kaszy (w Maroku wiele potraw je się bez sztućców). Janek w końcu musiał dać za wygraną i zjadł tej pani z ręki, ku uciesze reszty kobiet 🙂

  1. Nie mam jakiegoś super plecakowego doświadczenia. Wcześniej chodziłem trochę więcej tylko z tym niebieskim Vaude, który miała tym razem Mażna. Był bardzo przyjemny, ale tylko na lekko, bez namiotu, poniżej 10kg powiedzmy. Przed tym wypadem szukaliśmy czegoś trochę trochę bardziej pojemnego i wygodnego przy większym obciążeniu. W sumie to nawet nie szukaliśmy, bo 2 plecaki wpadły w nasze ręce na festiwalach 😉 Pierwsze testy z raczej niskobudżetową 85-litrową Reggatą były dość przygnębiające. Plecak skutecznie obrzydził mi kilkunastokilometrowy spacer po lesie, za nic w świecie nie dało się z nim wygodnie chodzić. Test nr2 był już z Cobrą, namiot musiałem co prawda przytroczyć na zewnątrz plecaka, ale ogólnie to: dzień do nocy!!! Bardzo fajna jest ta skorupa i stelaż, dobrze się to układa na moich plecach, choć nie wiem czy rozmiar L/XL nie jest dla mnie lekko za duży. No i bardzo pancerne wykonanie. Parę razy przeszorowałem nim ostro po kaktusach, czy płocie kolczastym. Nie ma po tym nawet śladu.

  2. Warm greetings from warm Morocco!!
    Please take the best care of yourselves and I hope your visit to Morocco will not be the last; other Moroccan destinations deserve to be explored.
    I will be pleased to host you once again in Morocco.
    Kind regards 🙂

    1. Hey, thanks for the comment Boujemaa . If you guys would like to have our photos taken near Agred Ossoul, I can send the big files via mail. Feel free to use them for some tourist projects or something. Cheers!

  3. Fantastyczne sprawozdanie, rewelacja zdjęcie, zazdroszczę takiej wyprawy. Byłam w Marokanskich górach cały jeden dzień, z fajnym przewodnikiem, który urządzał wojnę na śnieżki z moimi dziecmi. Po waszej relacji mam prawdziwą ochotę powrócić tam. Oh rozmarzyłam się

  4. Super relacja, przepiękne zdjęcia. Fantastycznie, że spotkaliście po drodze tylu ludzi chętnych Wam pomóc. To jest chyba najlepsze doświadczenie jakie można zebrać w podróży… 🙂
    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *