Na kazachskim stepie

step2Prom z Baku do Kazachstanu udało nam się złapać wcześniej, niż sądziliśmy, wysiadając w Aktau mieliśmy zatem 8 dni do zadeklarowanego na wizie momentu wjazdu do Uzbekistanu. Zamiast więc – jak pierwotnie zakładaliśmy – szybko pokonać kilkuset kilometrowy odcinek pociągiem, postanowiliśmy przejechać go na rowerach. Jeszcze tego samego dnia wjechaliśmy na step.

Dla osoby, która widzi step po raz pierwszy, wrażenie jest niesamowite – mieszanka zachwytu nad pięknem i odmiennością krajobrazu, z jednoczesną nutką lęku wywołanego ogromem otaczającej, płaskiej przestrzeni, na której – poza górującym, prażącym słońcem – momentami próżno dostrzec jakiekolwiek wyróżniające się punkty odniesienia. Ten lęk nie jest bezpodstawny – od tej chwili, w naszej podróży zaczyna się czas skrupulatnego pilnowania zapasów wody i jedzenia, dobrego kalkulowania kilometrów pomiędzy kolejnymi miejscowościami, ostrożnego szacowania własnych możliwości i kombinowania, jak tu, na tym spalonym słońcem, pozbawionym drzew pustkowiu znaleźć odrobinę cienia, by przeczekać najgorszy żar.

Postanowiliśmy urozmaicić naszą trasę: zjechać z głównej drogi i „skrótem” przez step dojechać do kolejnej większej miejscowości. Krajobraz stawał się coraz bardziej różnorodny. Obok dotychczas spotykanych krów, koni, owiec i kóz, pojawiły się wielbłądy. Jechaliśmy raz obok torów kolejowych, innym razem wzdłuż rurociągów transportujących gaz i ropę. Wkrótce skończył się asflat, a zaczęło kluczenie po kamienistych, a momentami piaszczystych drogach. Każda napotkana osoba wskazywała inny kierunek i podawała coraz większą liczbę kilometrów do przejechania.

rury

wielblad1 wielblad2

Wieczorem z ulgą znów wróciliśmy na drogę krajową, chociaż po dziurawym asfalcie nie jechało się wcale lepiej. W pierwszej napotkanej wiosce jakieś dzieci chciały nam sprzedać 1,5 litra mleka za około 20 zł. Na szczęście zdążyliśmy nauczyć się przeliczać ich walutę. Potem jednak nie mieliśmy wyjścia i daliśmy się oskubać sklepowej, która uzupełniła nasze puste butelki najdroższą „kranówą” na świecie. Głupio jednak było się na to oburzać.

Taki step to nie jest przyjazne miejsce do życia. Brak wody i piekący upał to wyzwanie dla świata roślin i zwierząt. Mrówki i żuczki błyskawicznie rozprawiały się z dosłownie wszystkimi resztkami organicznymi, które pozostawialiśmy. Z żalem patrzyłam na nieliczne krowy skubiące wysuszone roślinki wyrastające ze spękanej ziemi. (Roślinki – należy dodać – tak mocno broniące się przed zjedzeniem, że ich kolce były w stanie przebić się przez moją pancerną oponę i przedziurawić dętkę).

roslinki

krol-lew

Jeszcze bardziej żal ludzi, którzy mieszkają na tym pustkowiu na południu Kazachstanu, w obwodzie mangystauskim, połączonym z resztą kraju rozwalającym się, trzydziestoletnim sowieckim asfaltem (a którego – jak sami narzekali – państwo nie było w stanie od tego czasu wyremontować). Brzydkie, ubogie wsie bez stałego dostępu do wody – nikt bowiem nie pofatygował się, by pociągnąć wodociąg, w przeciwieństwie do żółtej gazrurki, która była stałym elementem krajobrazu. W sklepach ceny żywności na tyle wysokie, że my – przyjezdni z bogatej Europy chwytaliśmy się za głowę. W takich warunkach próżno było oczekiwać takiej gościnności, z jaką spotykaliśmy się choćby w Turcji – krainie mlekiem i miodem płynącej. Napotykani ludzie dość powściągliwi, ale przyjaźni, zagadywali nas z ciekawością. Ale – w przeciwieństwie do np. Azerów niezwykle dumnych z własnego kraju – tutaj nikt nie wyrywał się ze standardowym pytaniem: „czy podoba się wam Kazachstan?” Sami, ubiegając naszą ewentualną odpowiedź, jako pierwsi wypowiadali litanię: „drogi tutaj – plohe, pogoda – żarka, ziemia – nieharosza, woda – niet. Nic tu u nas nie ma, żyje się ciężko, a tymczasem tam, w Astanie, w Almaty, to dopiero! Trawa o, taaaka, po pas! Wzgórza całe zielone, sady pełne owoców, asfalt nowiutki, grody takie krasne! Ale za to ludzie tutaj u nas są przyjaźni, prawda?”

wioska

2 odpowiedzi do “Na kazachskim stepie”

  1. Byłem kiedyś w pracy na tym stepie koło Aktau. Widoki i przestrzeń urzekały i tylko żałowałem, że jestem tam służbowo, a nie tak jak Wy 🙂 W czerwcu były już chyba te wielkie agresywne i jadowite pająki? 🙂

  2. Solfugi. Było ich pod dostatkiem. Ścierwo nieopisane. Z ciekawszych motywów to np. jadąc w nocy przez pustynię dało się je przyuważyć jak biegają sobie poboczem. Szybko biegną.

    Jednak nie ma tego złego… były niezła motywacją aby jechać i za dużo się nie zatrzymywać 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *