Nocleg pod namiotem. A co ludzie powiedzą?

tajlandia-kampingi-3To pytanie zadawaliśmy sobie podczas naszej podróży prawie codziennie. Zdarzało się, że spędzało nam ono sen z powiek. Aż w końcu dojechaliśmy do Tajlandii i… nie musimy się już niczym przejmować.

Naprawdę zaczynamy mieć wrażenie, że tajska tolerancja na nasze namiotowe wybryki jest nieskończona. Gdzie byśmy się nie rozstawili, nikt nie robi nam najmniejszego problemu i to już od pierwszego dnia po przekroczeniu granicy, kiedy to wpadliśmy na parę niemieckich rowerzystów, którzy siedem dni temu zaczęli swoją podróż w Bangkoku.

Wymieniamy kilka standardowych pytań. „A w ogóle to zaraz tutaj obok jest hotel, w którym mieszkamy. Nocka za 5 Euro, wpadacie?” – zagadują. A my na to, że to nasz pierwszy dzień w Tajlandii i chcielibyśmy wybadać kampingowy grunt, zobaczyć jak zareagują na taką formę noclegów ludzie. Odjedziemy kawałek od miasta i schowamy się gdzieś w przyrodzie. „Wariaci” – pomyśleli Niemcy. „Początkujący” – pomyśleliśmy my.

Znaleźliśmy kapitalną miejscówkę nad samym morzem. Palmy i orzeźwiający wiaterek przez całą noc to jest to. Noc spokojną i w całości przespaną. Nikt do nas nie zaglądał, nie zagadywał, nawet nie chciał się przywitać, mimo że zabudowania były całkiem niedaleko.

tajlandia-kampingi-2Dziś jesteśmy już w Tajlandii prawie miesiąc i ten sam scenariusz powtarza się każdej nocy. Cisza i spokój. Gdy jedziemy na rowerach Tajowie machają do nas, pokazują kciuki w górę, trąbią, krzyczą, zagadują. Gdy śpimy, trzymają się od nas z daleka. Oczywiście sami staramy się zachować jakiś umiar i nie pakujemy się ludziom bez pytania do przydomowych ogródków. Czasem jednak nasze drogi z kimś się krzyżują, to nieuniknione. We wszystkich dotychczasowych krajach taka osoba zawsze nas zagadywała, nawet gdy nie znała angielskiego. Co innego w Tajlandii, gdzie ludzie najwyraźniej panicznie boją się takich niestandardowych, bezpośrednich interakcji.

Jednym razem, po całonocnej ulewie i równie deszczowym dniu, koniecznie szukaliśmy miejsca pod dachem i jedyne, co udało się nam wypatrzeć, to zadaszony, duży, murowany przystanek autobusowy, praktycznie przy samej ekspresówce. „Trochę na bezczela, ale spróbujemy” – myślimy sobie i rozwieszamy do suszenia nasz mokry szpej, zajmując trzy czwarte miejsca. Potem na środku rozstawiliśmy namiot. Co zrobili Tajowie? Obchodzili nasz zielony domek szerokim łukiem, a jeżeli na niego spoglądali, to tylko gdzieś z oddali, ukradkiem.

Innym razem, wykorzystaliśmy tę tajską wyrozumiałość i także rozłożyliśmy się pod daszkiem. Tylko tym razem widok mieliśmy trochę lepszy. Oto proszę państwa, nasz pierwszy nocleg literalnie w turystycznym punkcie widokowym. Miejscówka na cyplu wżynającym się w zatokę tajską. Jak dla nas – bomba! A, że byliśmy jedynymi turystami to nawet nie popsuliśmy nikomu widoku. Spotkaliśmy tylko Tajów, którzy zbierali tutaj owoce morza. Oczywiście za nic w świecie nie chcieli nawiązywać bliższych kontaktów.

tajlandia-kampingi-1Skąd bierze się u Tajów takie zachowanie? Buddyzm? Raczej, nie bo w równie buddyjskiej Kambodży rozbić się niezauważonym było bardzo trudno. Najczęściej kończyło się przyjaźnie, na przywitaniu i wymianie kilku prostych zdań po angielsku, ewentualnie na migi.

Raz jednak, gdy rozłożyliśmy się gdzieś w kącie na polu ryżowym wywołaliśmy niemałą sensację i w sumie do dziś nie wiemy dlaczego. Zaczęło się od kilku zagadujących nas osób. Wśród nich była rodzina, do której należał zajęty przez nas skrawek ryżowiska. Dostaliśmy nawet oficjalną zgodę na spędzenie na nim jednej nocy. Rodzina poszła, co chwilę schodziły się jednak kolejne grupki gapiów. W pewnym momencie siedziało nam przed namiotem kilkanaście osób.

Najbardziej upierdliwy był facet podający się za policjanta. Wcale nie chciał nas eksmitować, a przynajmniej nie powiedział tego wprost. Pogadaliśmy sobie dziesięć minut, dwadzieścia… Potem Mażna poszła spać, a ja zostałem sam. Myślę sobie: zanudzę gościa, wyjąłem Kindle i zacząłem czytać jakąś książkę. Minęło kolejne dziesięć minut, a gość dalej siedzi, a raczej zaczyna przysypiać. „Ej stary, obudź się, może już byś poszedł do domu, a my pójdziemy w końcu spokojnie spać”. Ha, udało się, nasz niby-policjant pożegnał się i odjechał na skuterze.

Niestety, za pół godziny wrócił. Za kolejne pół godziny wrócił pokazać nas koledze. A potem przyszedł jeszcze ktoś i jeszcze ktoś. Koło trzeciej-czwartej nad ranem, gdy znów jakichś dwóch gości świeciło nam latarkami w tył namiotu narobiłem trochę krzyku i zapoznałem naszych gapiów z kilkoma polskimi inwektywami. Pomogło, cofnęli się kilka metrów i świecąc latarkami obserwowali nas zza drzewa. Z samego rana, gdy zwijaliśmy się eskortował nas aż do głównej drogi skuter. Paranoja. O co chodziło? Może robili nam za ochronę? Może nie wiedzieli jak nas stamtąd przepędzić, więc postanowili jak najbardziej uprzykrzyć życie? Nie mam zielonego pojęcia!

Jedno jest pewne, w Tajlandii coś takiego byłoby absolutnie nie do pomyślenia. A wiecie gdzie powstaje ten tekst? W środku nocy w altance Amazon Cafe, przy tajskiej stacji benzynowej. Dochodzi już północ, kafejkę zamknęli o 21. Troszkę nam się zasiedziało i… chyba już tutaj zostaniemy. Jest ciepło, wygodnie, darmowe Wi-Fi. Trochę drażnił nas tylko hałasujący i wyziębiający nas wiatrak. Nasza walka z wiatrakiem chyba nagrała się na monitoring, bo przed chwilą przyjechała pani z obsługi na skuterze i go wyłączyła. Ani słowa komentarza na temat tego, że bumelujemy tutaj po godzinach. Chcesz tutaj spać, wygodnie ci, nie potrzeba ci nic więcej? To proszę bardzo! Bez problemów, bez stresów. Dobranoc, miłych snów. I jak tu Tajów nie polubić, no jak?

tajlandia-kampingi-4

6 odpowiedzi do “Nocleg pod namiotem. A co ludzie powiedzą?”

    1. W takim razie życzę samych najlepszych miejscówek na namiot! Nie wiem, jakie macie dotychczasowe doświadczenia, ale Tajów nie trzeba się bać ani przed nimi chować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *