Noc, pustynia i najbardziej niezwykłe spotkanie

Poznajcie Majka Paulego. Cierpi na zwyrodnieniową chorobę stawów. Nie poddał się jej i swoje życie postanowił spędzić chodząc. Jest kipiącym młodzieńczą energią 73-latkiem. Dziś, w drodze dookoła Australii.

Podobnie jak my wyruszył z Perth, tyle że w marcu. W swojej podróży chce zrobić pełną pętlę i w maju 2015 roku planuje wrócić do domu. Historie o Majku słyszeliśmy już od samego początku naszej drogi. W każdym road-housie wisiał plakat zachęcający do wspierania jego niezwykłej podróży, a przede wszystkim badań na rzecz leczenia artrozy i osteoporozy. Też możecie pomóc, zajrzyjcie na Oz Soul Walk. Cały swój dobytek Mike spakował w przerobiony na swoje potrzeby wózek dla dzieci. I tak pcha go przez całą drogę wokół krainy kangurów, bez żadnego stałego wsparcia. Pierwsza reakcja? Opad szczęki, niedowierzanie, a przede wszystkim szacun i chęć spotkania się z nim w drodze i zamienienia kilku słów.

Jest coś magicznego w długich pustynnych odcinkach drogi. Zawsze spotykamy na nich różnych zakręconych podróżników. Nie inaczej było tym razem. Z Majkiem spotkaliśmy się na 600-kilometrowym odcinku długiej, prostej prowadzącej na skraju Wielkiej Pustyni Piaszczystej. W środku nocy jedziemy środkiem zupełnie pustej drogi. Czasem mija nas jedna ciężarówka na dwie godziny. Kręcimy po zmroku, aby uniknąć upału i irytującego wiatru w paszczę, który nie daje nam spokoju za dnia.

Mike rozbił się przy samym poboczu drogi. Chcąc nie chcąc budzimy go naszymi czołówkami i gadaniem. „Cześć rowerzyści, która jest godzina?” – pyta mocno zaspany. „22:30, a to jeszcze półtorej godziny snu i startuję o pierwszej”. Każdy ma swoją strategię, my ciśniemy do pierwszej, maks trzeciej i potem śpimy do oporu, choć i tak słońce wypędza nas z namiotu o świcie.

Nie niepokoimy już Majka bardziej, mówimy dobranoc i jedziemy dalej. Kilka kilometrów dalej w przydrożnym buszu Mażna wypatruje parę oczu. W nocy możemy podpatrzeć w końcu mnóstwo żywych zwierzaków, najwięcej oczywiście kangurów, ale też upierdliwie latających za naszymi czołówkami ptaków, czy nietoperzy. Tym razem oczy wpatrują się w nas trochę zbyt wysoko jak na kangura. Co to jest? Może emu? O, to coś biegnie wzdłuż drogi i nas śledzi (gierary hir!).

Niezidentyfikowany obiekt kroczący zbliża się bardziej i bardziej, a my w końcu oddychamy z ulgą. To męska jedna druga pary australijskich hipsterów-rowerzystów. Spotkaliśmy ich tego samego dnia rano. Jadą na lekko, na krótko, ale uporu i dużego poziomu ześwirowania nie możemy im odmówić. Oj, nie! Śmigają na ostrych kołach. Wiece, takich rowerach bez przerzutek. Na jeden bardziej górzysty odcinek trasy z Perth do Broome musieli wynaleźć specjalny objazd. Oby tylko nie rozstawać się ze swoimi cudnymi rowerami.

Wróćmy jednak do głównego bohatera tej notki. Niezmordowanego Majka Paulego. Spotykamy go jeszcze raz następnego dnia. Rzeczywiście wstał w środku nocy i pchając swój wózek zdążył nas wyprzedzić, gdy spaliśmy. Niesamowite, jechaliśmy jeszcze godzinę-dwie dłużej, a on aby pokonać ten dystans potrzebował przynajmniej trzy razy tyle czasu. Uśmiecha się, opowiada i wcale nie narzeka. No może z jednym wyjątkiem, gdy pytam jak ciężki jest jego wózek. „Do czasu, gdy nie muszę tego cholerstwa pchać pod górę to jest lekki…”. Z pełnym zapasem wody i jedzenia waży 60 kilogramów. Opowiada nam, że to już nie pierwsza taka podróż. Wcześniej przeszedł z Perth do Melbourne, pokonując tysiąckilometrowy odcinek pustkowia Nullarboru. Może jako tako chodzić, ale truchtanie, czy rower absolutnie już nie wchodzą w grę. Gdy miał 17 lat fatalnie potrącił go samochód i od tego czasu zaczęły się wszystkie problemy.

Jedynym „rozrywkowym” wyposażeniem Mike’a jest stare radio. I tak dzień w dzień, prosto przed siebie. Często w ciągu jednego dnia krajobraz nie zmienia się praktycznie wcale. Zakrętu może nie widzieć przez kilka dni. Mimo to całą trasę chce pokonać uczciwie. Jedyne wsparcie jakie przyjmuje to podwózki na dojazdówkach do miast, tam gdzie jeden odcinek drogi musiałby pokonać dwa razy. Gadamy, wymieniamy się namiarami, jedziemy dalej. Po chwili Mike jest już dobre kilkaset metrów za nami. Po kilku chwilach jest już tylko maleńkim punktem na horyzoncie, aż w końcu znika w oddali.

Grzeje i wieje w mordę w najlepsze najlepsze, ale my dostaliśmy właśnie niezły podmuch wiatru w plecy. To już szósty dzień przeprawy przez to pustkowie, a mimo to ostatnie kilometry do Broome mijają nam szybko. Po takim spotkaniu naprawdę nie wypada narzekać, że ma się na swojej drodze pod górę. Na tej z ubitych kamieni przez australijski outback i na tej życiowej też.

australia-zachodnia-port-hedland-broome-1australia-zachodnia-port-hedland-broome-4australia-zachodnia-port-hedland-broome-3australia-zachodnia-port-hedland-broome-2

W nocno-pustynnych okolicznościach mieliśmy też nasze małe święto. 20.000km w drodze. Był łyk izotonika i gryz snickersa w nagrodę.
W nocno-pustynnych okolicznościach mieliśmy też nasze małe święto. 20.000km w drodze. Była impreza. Łyk izotonika i gryz snickersa w nagrodę.

8 odpowiedzi do “Noc, pustynia i najbardziej niezwykłe spotkanie”

  1. Tak to właśnie jest, nie wiadomo z kąd, wysypuje się garstka polaków na najmniejszej wysepce Filipin, tak było w moim przypadku. Naprawdę podziwiam i Was za taki odcinek drogi na rowerze, czyli siedzenie musi was odpowiednio boleć, choć pewnie to już przyzwyczajenie 🙂 podziwiam też odwagi o zaparcia pieszego obieżyświata 🙂 hehe solarek na pustyni się na pewno zdaje 🙂 Luknijcie w chwili wolnego czasu na mojego bloga http://poszukujacraju.blogspot.com – piszę tu o życiu na Filipinach, podróżach oraz o swoich przemyśleniach 🙂
    Pozdrawiam gorąco i życzę szczęścia w spełnianiu swoich marzeń 🙂
    Jhing i Tomasz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *