Operacja pustynia Kyzyl Kum nocą, czyli jak dotarliśmy do Buchary

Pustynia Kyzyl Kum

Dla mnie podróż to droga. Kiedy wypatrzyłem na mapie uzbecką trasę A-380, z rozpalającym wyobraźnię, prawie nietkniętym przez cywilizację 400km odcinkiem od Tortkol do Buchary, od razu zaczęło mi chodzić po głowie, żeby się z nim zmierzyć.

Na całym tym odcinku czeka na nas jedna, może dwie malutkie miejscowości, a poza tym – piaskowe wydmy pustyni Kyzyl Kum, wiatr, czterdziestosiedmio stopniowy żar z nieba i hektolitry potu, a wszystko to dokładnie w miejscu, gdzie kiedyś prowadził jeden z jedwabnych szlaków. Z tą tylko małą różnicą, że wielbłądy zamieniliśmy na nasze objuczone bagażem jednoślady. I tu pojawia się problem: jak do diabła zabrać ze sobą zapas wody na cały ten odcinek? Przecież ledwo będziemy się wlec z takim ciężarem. Wpadliśmy więc na genialny plan: pojedziemy w nocy!

 


Wyświetl większą mapę

OK, chcemy zarwać noc. Długo więc walczymy, żeby przeciągnąć moment pobudki. Niestety, nasi gospodarze, którzy zgodzili się, byśmy rozbili namiot przed ich domem, skutecznie nam to uniemożliwiają. Od piątej rano kręcą się wokół korzystając z chwili chłodu. A razem z nimi kury, kaczki, kot, pies i baran, którego w nocy za pomocą kija przekonaliśmy, aby wszedł do zagrody i przestał gryźć nasz zielony namiot (ale o tym cicho sza, bo pan gospodarz bardzo kocha swojego baranka). Ostatecznie, celowo grzebiąc się jak muchy w smole, ruszamy koło jedenastej.

baran-i-jego-pan

Pierwsza wioska na trasie jest już po dwudziestu kilometrach, więc mimo szalejącego upału szybko stawiamy się na miejscu. W miejscowości – z naszego spragnionego punktu widzenia – jest dokładnie tyle, co nic. Na końcu wioski czeka na nas jednak oaza – współczesna wersja caravanserai, czyli zajazd dla tirowców. Bez takich przybytków, przeprawy przez pustynię byłyby koszmarem nawet dla zmotoryzowanych. A tak – można odetchnąć, poleżeć na wygodnym legowisku, popić, i przede wszystkim pojeść: szaszłyków, papryczek faszerowanych ryżem z mięsem, czy wypiekanych na miejscu w glinianych piecach lepioszek.

lepioszka

papryczka

Gdzieś w okolicach osiemnastej słońce zaczyna odpuszczać i temperatura spada poniżej czterdziestu. Dopijamy czaj, i w drogę! Przez pierwsze kilometry jest beznadziejnie. Mocno wieje w mordę, a do najbliższej większej miejscowości trzysta kilometrów. Na szczęście, gdy tylko słońce chowa się za horyzont i wychodzi księżyc, wiatr ustaje jak ręką odjął. Nasza prędkość rośnie dwu, trzykrotnie i cała ta jazda w końcu zaczyna mieć sens. Tym bardziej, że po nowej betonowej drodze jedzie się fantastycznie (drogę buduje niemiecka firma). Kilometry lecą jak szalone, suniemy na skraju pustyni wzdłuż rozlewiska Amu-Darii.

O, tam po drugiej stronie rzeki widać Turkmenistan i kolejną wielką pustynię - Kara Kum.
O, tam po drugiej stronie rzeki widać Turkmenistan i kolejną wielką pustynię – Kara Kum.

Pustynia Kyzyl Kum droga

Oczywiście nie może być tak łatwo. Niemiecki beton szybko sie kończy, a znaki i barierki kierują na coś, co trudno w ogóle nazwać drogą. Szczęście w nieszczęściu, rowerem można jakoś dostać się do drugiej, nowo budowanej nitki. Jest gotowa, ale czeka pewnie na uroczyste przecięcie wstęgi i wizytę prezydenta. Żeby przypadkiem ktoś swoim Matizem jej nie popsuł (po Uzbekistanie jeżdżą TYLKO samochody z lokalnej fabryki Daewoo, na inne marki wprowadzono zaporowe cła) pomysłowi budowniczy ustawili na naszej drodze różne pułapki: wystające druty, wielkie betonowe bloki, czy rozrzucone na całej szerokości mniejsze kamienie. Na forsowaniu tych przeszkód – w świetle czołówek – mijają nam kolejne kilometry. Tymczasem obok – wielkie ciężarówki zapadają się w dziurach i co rusz grzęzną w piachu. Ha, inni mają gorzej! Do czasu, kiedy nasze prywatne betonowe eldorado się kończy, i pokornie wracamy w tumany kurzu i spalin (nie wiem, naprawdę nie wiem, co oni leją do tych Kamazów?!). Morale spada do zera. Nie ujechaliśmy nawet stówki, a już mamy dość.

Rowery na pustyni Kyzyl Kum nocą

Po raz kolejny jednak, nasza mordęga się kończy i wraca piękna betonowa nitka. Jest grubo po północy, ruch jakby zmalał, temperatura w końcu poniżej trzydziestu. Łapiemy wiatr w żagle. W uszach pobrzmiewa roadtripowe „The Best Of” Gunsów, księżyc rozświetla pustynię, jest czad! Kolejne dziesiątki kilometrów świętujemy łykami wody z Isostarem i gryzami Snickersa. W ten sposób dobijamy do 160km. Do tej pory nasze dzienne przebiegi nie przekraczały stówki, ale wizja zostania samemu na pustyni w upale, z wielkimi czarnymi pająkami skutecznie motywuje do kręcenia. Oj tak, czarne pająki są złe, ale Mażna skutecznie wypatruje każdej sztuki i zawczasu podnosi alarm. Z bardziej pospolitych plag: jak tylko zatrzymamy się, choćby na chwilę, dopadają nas hordy komarów. Nie ma odpoczywania na pustyni!

Chwilę przed pojawieniem się łuny wschodzącego słońca, Uzbekistan znów robi nam psikusa. Kończy się równiutki beton, na dobre wracamy już na starą drogę. Starą, czyli pamiętająca czasy ZSRR, co oznacza asfalt tak nierówny, jakby ktoś wylewał go łyżeczką do herbaty. Do tego non stop dziury, które mogą urwać koło. Zwalniamy prawie do zera i nerwowo wypatrujemy w ciemnościach kolejnych pułapek. Do tego zmęczenie już mocno daje w kość. Wymęczona Mażna dygocze z zimna, u mnie też kiepsko, więc – chyba pierwszy raz w życiu – przy dwudziestu stopniach ciepła zakładamy polary. Udaje nam się tak toczyć niemal do wschodu słońca, koło piątej chowamy się za wydmą i dosłownie jak stoimy, tak padamy na piasek – spać, chociaż na godzinę!

Pustynia Kyzyl Kum - wschód słońca
Wschód słońca na pustyni nie wróży niczego dobrego.

Rowerem przez pustynię Kyzyl KumNiecałe trzy godziny później budzi nas piekielne słońce. Ledwo słaniamy się na nogach, improwizujemy lepioszkę z ogórkiem i ruszamy dalej. Jest ciężko, ledwo przebieramy nogami, ale teraz każdy kilometr się liczy. Trzeba ujechać jak najwięcej i koniecznie znaleźć miejsce w cieniu, zanim nadejdzie największy skwar. 30km dalej, przy niemal 190km na liczniku, na horyzoncie pojawia się nasze wybawienie. Jak poznać dziś w Uzbekistanie oazę? Nie, wcale nie po zarysie drzew, ale po maszcie telefonii komórkowej! Na miejscu znajdujemy trochę podstawowych produktów w „pustynnych” cenach, cień i co najważniejsze – głębinowe źródełko wody. Nigdzie się stąd nie ruszamy do wieczora, a potem znów w trasę.

Częsty widok na pustyni Kyzyl Kum - kierowcy reanimują swoje Kamazy. Wlewają  pod maski całe wiadra wody, żeby choć trochę ostudzić rozgrzane silniki.
Częsty widok na pustyni – kierowcy reanimują swoje Kamazy. Wlewają pod maski całe wiadra wody, żeby choć trochę ostudzić rozgrzane silniki.

Druga noc pustynnej przeprawy przywitała nas kompletną drogową katastrofą. Dziurska jak były, tak są, a do tego okazuje się, że wszystkim kierowcom śmierdzących ciężarówek też nagle spodobała się jazda nocą. Miejscami drogę kompletnie zasypał piach – pustynia Kyzyl Kum odbiera to, co próbował jej zabrać człowiek. Kamazy grzęzną jeden po drugim, wypuszczając z siebie kłęby gryzącego płuca dymu. W ponad cztery godziny ujechaliśmy jakieś 50km i dość zrezygnowani podjeżdżamy do kolejnego zajazdu. Cisza, spokój, jest po północy, więc dawno zamknięte. No nic, zjemy sobie chociaż ruskie szprotki i przegryziemy zasuszoną lepioszką. „Bon Appetit” – przyjaźnie zagaduje kierowca wielkiej ciężarówki pełnej gruzu. Od razu czujemy, że chyba mamy szczęście i znów trafiliśmy na dobrego człowieka (ale to w kolejnej notce, Nemat i jego rodzina zasługują na osobny post!). Od słowa do słowa, w końcu pada z jego strony propozycja podwózki do Buchary. Miękniemy: przed nami jeszcze jakieś 150km do przejechania, a widoki na lepszą drogę – żadne. Wrzucamy z ulgą rowery na ciężarówkę mając poczucie, że przynajmniej powalczyliśmy, a nasze 250km wykręcone w półtorej nocy pozostanie chyba na jakiś czas naszym największym „kilometrowym”, rowerowym wyczynem życia.

PS. Cykady na uzbeckiej pustyni Kyzyl Kum mnie trochę rozczarowały. Nie ćwierkają tak ładnie jak w pierwszych taktach Caravanserai Santany.


3 odpowiedzi do “Operacja pustynia Kyzyl Kum nocą, czyli jak dotarliśmy do Buchary”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *