Pierwsza noc w Kazachstanie, czyli kamping pod cmentarzem

zachod-slonca

Po zejściu na ląd i udaniu się na posterunek „Migration Police” celem załatwienia bzdurnej formalności pt. „rejestracja”, od razu wsiedliśmy na rowery i wyjechaliśmy z miasta. Wystarczyło kilka, kilkanaście kilometrów, by znaleźć się na totalnym pustkowiu. Po horyzont wyschnięta równina, poprzecinana jedynie prostymi kreskami rur,  asfaltu i linii energetycznych.

step1

Nasza pierwsza próba znalezienia ustronnego miejsca na nocleg w takich okolicznościach przyrody skończyła się niepowodzeniem. Szybko zostaliśmy wypatrzeni przez kierowcę białego samochodu, który na nasz widok zjechał z drogi i zbliżał się jadąc przez wertepy. Z ciekawością i lekkim niepokojem zastanawialiśmy się: co to będzie za spotkanie i co z niego wyniknie? Uśmiechnięta, na oko pięćdziesięcioletnia twarz o rysach Czyngis-chana zdradzała dobre intencje. Po standardowej wymianie pytań i odpowiedzi (kto wy, skąd, dokąd…) padła propozycja, byśmy dołączyli do jego ekipy, która pracuje przy pobliskim cmentarzu, i ma tam niewielkie obozowisko. Zgodziliśmy się, i chwilę później jechaliśmy śladem białego Daewoo. Faktycznie w pobliżu okazałego cmentarza (z daleka wyglądał jak miasto!) uwijało się kilka osób, a w zaparkowanym busiku znajdowało się ich zaplecze kulinarno-noclegowe. Nasz gospodarz okazał się być dobrze prosperującym przedsiębiorcą: kamieniarzem wykonującym z białego kamienia piękne grobowce, z ręcznie wykonywanymi zdobieniami. Wkrótce po rozbiciu namiotu zostaliśmy zaproszeni na wycieczkę po cmentarzu. Mężczyzna z niebywałą dumą prezentował kolejne mogiły własnego autorstwa, tłumacząc symbolikę poszczególnych detali i opowiadając historie pochowanych osób. Pokazał nam też kajecik z planami oraz szkicami.

Taka mogiła to wydatek rzędu 10 000 USD. Zmarły był lekarzem.
Taka mogiła to wydatek rzędu 10 000 USD. Zmarły był lekarzem.
Tutaj jest pochowany krawiec...
Tutaj jest pochowany krawiec…
... a tutaj osoby o mniej zasobnych portfelach
… a tutaj osoby o mniej zasobnych portfelach
Praca zaczyna się od wykonania szkicu
Praca zaczyna się od wykonania szkicu

Po wycieczce padła propozycja, byśmy zostawili tutaj te rowery i pojechali samochodem do domu naszego gospodarza – tam będzie nam wygodniej, a poza tym będziemy mogli skorzystać z internetu. Nie chcieliśmy jednak rozstawać się z naszymi rumakami, więc odmówiliśmy. Zostaliśmy zatem zaproszeni do busika, a tam oczywiście kolacja. Przed naszymi nosami wylądowały dwie pełne miski, które bardzo długo męczyliśmy (no cóż – rozgotowane kluski w wodnistym sosie i kawałki niezidentyfikowanego mięsa). Okazało się, że zupełnie nie zrozumieliśmy zwyczaju – wcale nie musieliśmy zjadać całości, mogliśmy po prostu niedojedzoną porcję przekazać kolejnej osobie. Misek było mniej, niż chętnych do jedzenia, więc część ekipy długo naczekała się, zanim zwolniliśmy naczynia. Dobrze, że my, jako goście, jedliśmy pierwsi… Potem obowiązkowo był czaj – tym razem już w wersji kazachskiej, czyli z mlekiem, podany nie w szklankach, a w małych porcelanowych miseczkach. (O wpływie tej kolacji na nasze żołądki napiszemy innym razem…)

Rano pojawiła się żona naszego gospodarza – zadbana, umalowana, ubrana „wyjściowo” kobieta przed pięćdziesiątką, z uśmiechem udekorowanym dwoma złotymi zębami. Z zawodu była nauczycielką języka rosyjskiego, ale aktualnie próbowała robić karierę jako dystrybutorka kosmetyków Mary Kay – firmy działającej na wzór Amway’a. Przyjechała z mężem na budowę specjalnie ze względu na nas – turystów zza granicy, co do których miała konkretne plany. Z dwóch kuferków, które przywiozła, wyciągała kolejno różne kosmetyki. Potem pokazała firmowy magazyn, który przekartkowała, zatrzymując się na stronie z fotografiami najlepszych dystrybutorek – konsultantek. Zaznaczyła jednak, że nie ma jej wśród wymienionych osób. Kobieta subtelnie próbowała zachęcić mnie do zakupów. Niestety, puder made in USA za ok. 100 zł, flakon perfum czy tusz do rzęs to naprawdę ostatnie rzeczy, jakie są mi potrzebne w podróży rowerowej. Pani nie zrobiła na mnie interesu i z lekko zawiedzioną miną spakowała kuferki. Tym samym nie pomogłam jej w trafieniu do rubryki ze sprzedawcami miesiąca w kolejnym numerze magazynu Mary Kay.

Śniadanie i obowiązkowa herbata po kazachsku
Śniadanie i obowiązkowa herbata po kazachsku

Tak to jest z tą gościnnością – w dobrym tonie jest się adekwatnie odwdzięczyć. W tym wypadku reguła wzajemności nie miała jednak zastosowania, bowiem to jej mąż zgarnął nas ze stepu – my sami nigdzie się nie wpraszaliśmy. On sam nic zresztą od nas nie chciał, a wręcz przeciwnie – wyposażył nas w mnóstwo rzeczy i jedzenia, które przydały nam się w dalszej drodze. Sam prosił jedynie, aby przesłać mu emailem zdjęcia, które mu zrobiliśmy. Z perspektywy tygodnia spędzonego w Kazachstanie, to była najbardziej przyjazna osoba, jaką spotkaliśmy.

Po śniadaniu oraz obowiązkowej sesji fotograficznej, w czasie której wszyscy obfotografowali telefonami nas oraz nasze rowery, odjechaliśmy obdarowani kapeluszem i dwiema chustkami na głowę („żarka taka, nie da się jechać”) młotkiem do wbijania śledzi („u nas ziemia taka twarda”), wyciągniętym z albumu zdjęciem naszego gospodarza („wyglądam jak Czyngis-chan, ha ha!”), paczką chrupek, a także butelkami wody, Coca-coli i piwa „Biały Niedźwiedź” („Ruscy nas nauczyli pić”).

Profesjonalna prezentacja sposobów wiązania chusty
Profesjonalna prezentacja sposobów wiązania chusty

Ach, zapomniałabym – dostaliśmy też próbki kremów, katalog i magazyn Mary Kay.

4 odpowiedzi do “Pierwsza noc w Kazachstanie, czyli kamping pod cmentarzem”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *