Podróże, długie urlopy, a praca na etacie

Planowanie urlopu. Każdy wpisuje w tabelce swój dwutygodniowy hotelowy turnus. A ciebie drogi turysto-podróżniku zaczyna ściskać w dołku. Odpuścisz i znów nie spełnisz swoich podróżniczych marzeń, czy narazisz się na konfrontację z szefostwem?


Na wstępie pytanie: dlaczego w ogóle komuś może być potrzebny urlop dłuższy niż dwa tygodnie? Ktoś powie, że jeśli wszystko dokładnie zaplanujemy i jeszcze przed wyjazdem dopniemy na ostatni guzik, to w takim czasie można zrobić i zobaczyć całkiem sporo. Wejść na siedmiotysięcznik, przejechać pustynię. Co nam się tylko zamarzy.

Zgoda. Ale co, jeśli na starcie dopadnie nas zatrucie pokarmowe czy choroba wysokościowa? Ilu to widzieliśmy ludzi goniących na siłę, wbrew wszelkiej logice i własnemu zdrowiu, aby tylko zmieścić się w z góry założonym czasie… Na domiar złego, już same koszty takiej zabawy (w przeliczeniu na dzień wakacyjnej przygody) mogą przyprawić nas o mdłości.

A co ze spontanicznością, luzem, poruszaniem się bez planu, poza utartym szlakiem, poznawaniem ludzi, cieszeniem się chwilą i miejscem? Pędząc i odhaczając kolejne punkty programu, raczej tego nie poczujemy. Przerabialiśmy to podczas naszego pierwszego „długiego” 26-dniowego urlopu w Indonezji. Mnóstwo startów, lądowań, wydanych pieniędzy i pięknych widoków. Mało – wartościowych podróżniczych przeżyć.

Gdy znikają ograniczenia czasowe, wiele rzeczy w podróży staje się prostsze i o wiele mniej stresujące. Np. w Duszanbe w Tadżykistanie spokojnie czekaliśmy na części i naprawialiśmy rowery przez dwa tygodnie. Załatwienie chińskiej wizy zajęło nam aż trzy tygodnie. Gdybyśmy mieli stracić w ten sposób nasz wymarzony „krótki” urlop, każda taka sytuacja urosłaby do rangi wielkiego stresu, dramatu i wyścigu z upływającym czasem.

No dobra, to sobie pomarzyliśmy. A jak się mają do tego nasze polskie realia? Realia, w których sama praca na etacie bywa luksusem? Niestety najczęściej nijak. Ostatnio w Łodzi na Pogonowskiego, przy Struga (czytelnicy z naszego miasta pewnie już wczuwają się w klimat) byłem świadkiem scenki: chodnikiem idzie sobie dziewczyna. Z drugiej strony ulicy zagaduje ją pan dres.

– Mariolka, co tam u ciebie w robocie?

– A nic, wzięłam sobie jeden dzień wolnego w majówkę i mnie wyj*bali.

Niby w branżach poważniejszych od – powiedzmy – wykładania towarów na półkę, panują już w Polsce wyższe standardy, a jednak psychologiczne mechanizmy dociskania krnąbrnych, żądnych urlopu pracowników są dokładnie takie same. Marzą ci się dłuższe podróże na etacie? Chcesz „niestandardowy” urlop? Czuj się winny. Wiedz, że będzie to niemile widziane. Ba, może nawet wylecisz z roboty.

Pamiętam, jakiej gimnastyki wymagała Indonezja, na którą potrzebowałem 20 dni urlopu ciągiem. Nieważne, że na etacie i tak musiałem wykorzystać w sumie 26 dni. Gdybym tego nie zrobił, pod koniec roku kadry i tak wypchnęłyby mnie na ten urlop. Nieprzerwanego urlopu firma zapewnia jednak tylko ustawowe 14 dni. Więcej na raz brać się nie powinno i basta. No i tutaj chciałbym zadać jedno proste pytanie – dlaczego? Co zmieniłyby np. 4 tygodnie? A może 6, 8, czy nawet 12 na urlopie bezpłatnym?

Domyślam się, że firmy mogą bać się, że jeśli jeden pracownik taki urlop dostanie, to nagle zażyczą sobie go wszyscy. Może i tak. Wyjadą raz i będą mieli dość, bo większość osób, bardziej od życia w drodze, ceni sobie gorący prysznic i wygodne łóżko. Ostatnio zapadła mi w pamięć rozmowa z jednym znajomym. Narzekał, że uzbierał już prawie dwa miesiące wolnego, ale wcale nie chce z tego prawa skorzystać. Gdy jest na miejscu ma podpisane dodatkowe umowy i zgarnia bonusy, a przecież kasa jest najważniejsza. Rany, ile ja bym dał za ten jego urlop! Sęk w tym, że dziwacy, którzy lubią spać po krzakach w namiocie naprawdę są w mniejszości, a przy polskich zarobkach, nie ma szans na zbyt długie hotelowe wakacje w luksusowych warunkach.

Co jeszcze może być problemem z perspektywy pracodawcy? Np. to, że jeśli pracownik raz zerwie się ze smyczy, to poczuje wolność i już nigdy  nie będzie „normalnie” pracował. Usłyszałem coś podobnego, prosząc o siedem miesięcy urlopu bezpłatnego. Ciekawostka – „wyższe szefostwo” uznało, że pomysł jest całkiem fajny i było za. Jednak musiał znaleźć się oczywiście manager niższego szczebla, który w ramach pokazania, kto tu rządzi, powiedział weto.

Czy w dłuższej perspektywie zyskała na tym firma? Nie. Szczególnie w branży, w której samo przyuczenie pracownika pochłania mnóstwo czasu i środków. Warto utrzymać umowę z kimś sprawdzonym. Nie dostałem wtedy tych siedmiu miesięcy, więc złożyłem wypowiedzenie. I wiecie co? Gdy wróciłem do Polski, zapytali, czy przyjąłbym ich ofertę pracy. Tyle, że wtedy już nic mnie z tą firmą nie łączyło, i mogłem rozejrzeć się za czymś innym. I nagle okazało się, że wybór jest spory.

Zachodnie korporacje już dawno zrozumiały ten mechanizm i na czas długich urlopów czasami decydują się nawet płacić nam jakiś procent pensji (sabbatical leave). Jedna z naszych największych inspiracji, Ryan Davies – współautor świetnego bloga World Cycling Tour, przez 19 miesięcy był właśnie na takim „sabbaticalu”. Co ważne, nie był wcale żadnym członkiem zarządu, ale po prostu dobrym, sprawdzonym specjalistą. Przejechał ze swoją partnerką na rowerze z Anglii do Nowej Zelandii, po czym wrócił do swojej starej firmy i przepracował w niej jeszcze kilka lat.

Bo przecież nawet będąc dwa lata na urlopie, nie zapomnimy, jak się pracuje. Ile to nocy spędziłem pod namiotem na dłubaniu w kernelu Linuksa, czy pisaniu jakichś skryptów, bo akurat w Hongkongu kupiliśmy nowego laptopa. Przeczytałem też od deski do deski kilka wartościowych książek IT. Podczas codziennej bieżączki w korpo, nigdy nie miałbym na to czasu. Tak, drodzy pracodawcy. Może wydać wam się to nierealne, ale można wrócić z długiej podróży jako bardziej wykwalifikowany pracownik i nie jest to wcale rzadki przypadek.

Patrząc z tej perspektywy, wcale nie musimy aż tak bać się poprosić o długi urlop, nawet bezpłatny, a w razie czego „rzucić wszystko”. Oczywiście tylko wtedy, gdy to właśnie na podróży najbardziej nam w danym momencie życia zależy. Zdaję sobie sprawę, że o wiele trudniej podjąć taką decyzję komuś, kto dorobił się jakiegoś super-fajnego-unikalnego stanowiska i to właśnie praca jest dla niego priorytetem numer jeden. Sam pamiętam ten ból, gdy rzuciłem pracę jako szef newsroomu w radiu w pogoni za Mażną i Warszawą. Była to tylko mała lokalna stacja i perspektywy obiektywnie przeciętne, ale mnie i tak strasznie trudno było podjąć tę decyzję.

Dwa lata później, gdy byłem już tylko trybikiem w wielkiej fabryce poszło o wiele prościej. Mając poczucie, że dobrze robię się swoją robotę, ale z różnych powodów ma się już jej dość, łatwiej było postawić wszystko na jedną kartę i jechać w długą podróż. Jeśli jesteście w podobnej sytuacji i zrobicie to samo, założę się, że o po powrocie znajdzie się dla Was oferta. Może z tej samej firmy, może z innej. A może okaże się, że traficie do jakiegoś fajnego start-upu.

A jeśli nie to… cóż, podróże otwierają głowę na masę różnych szalonych pomysłów. Może odkryjecie swoje szczęście rąbiąc drewno w Norwegii za grube Euro (Zbyna, pozdrawiamy!), albo z samego podróżowania uczynicie swój sposób na życie, albo spotka was jeszcze milion innych niespodziewanych rzeczy. Najważniejsze, aby czuć, że to my sami mamy wpływ na nasze własne życie i – w tych kluczowych momentach – nie bać się podjąć tej jednej ważnej decyzji.

 


Chcesz być na bieżąco z blogiem? Zapisz się do naszego newslettera.
Nie spamujemy, nie zanudzamy. Publikujemy od czasu do czasu tylko duże, dopracowane artykuły.


31 odpowiedzi do “Podróże, długie urlopy, a praca na etacie”

  1. Coś w tym jest. Ale krótkie podróże to też jak kawa Espresso – dla niektórych najlepsza na świecie
    Ja też lubie same powroty, nie lubie siedzenia w jednym miejscu dłużej niż 3-4 dni, więc tak to sobie tłumaczę
    Autoironia spowodowana brakiem dłuższego niż 26-dniowy urlop 😉

    1. No właśnie Marcin, ale Wy jesteście dobrym przykładem, że przy dobrym planie i określonym trybie podróżowania (długodystansowy rower, czy piesze marsze raczej odpadają…) da się i w 2 tygodnie zorganizować fajny wyjazd. Więcej, wcale nie wszyscy chcieliby od razu tak jak MY, a raczej większość tak jak WY. Kapitalizm by się od tych dłuższych urlopów nie zawalił.

      1. thnx. Co nie zmienia faktu, że świat byłby bardziej sprawiedliwy, gdyby urlopu było 36 dni 😉 A ludzie jacyś weselsi i bardziej uśmiechnięci. A jak nie to byśmy ich tego nauczyli

        1. Z racji tego, że pracuję w edukacji mam właśnie ustawowo 36 dni urlopu. Mogę go wykorzystać tylko w lipcu/sierpniu/wrześniu – ile to ja już razy myślałam, że lepiej byłoby krócej ale kiedy chcę…
          Trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu 😉

  2. Zawsze najważniejszy jest ten pierwszy krok, czyli podjęcie decyzji:) odwagi!
    Właśnie staramy się zmierzyć z rzeczywistością po powrocie i choć nie marzy nam się, póki co kolejny tak długi wyjazd, to z pewnością na dwóch tygodniach nie poprzestaniemy;) raz podjęta decyzja zmienia coś w głowie;) pozdrawiamy ciepło

    1. Ola – nic dodać nic ująć. A w ogóle to witamy z powrotem w Polsce, jak się podoba po przerwie? 🙂 A mieliście jechać przez Łódź… Pamiętamy, pamiętamy i zapraszamy 😉

  3. Wg Kodeksu Pracy powinno się wnioskować o cały urlop ciągiem, bez rozbijania na dwa czy trzy tygodnie. To tyle teorii :-). Pisałeś z własnej perspektywy, czyli jak rozumiem programisty w korpo. Problem jednak jest taki, że 87% przedsiębiorstw w Polsce to są mikro i małe przedsiębiorstwa. Jeśli ktoś znika na pół roku, a w firmie jest 5 osób to ubytek 1 jest problemem ciężkim do rozwiązania dla pracodawcy.

    1. Niby racja, ale… Pracuję teraz w kilkuosobowym start-upie i przy ogarnięciu miesięcznego wyjazdu miałem mniej stresu niż kilka lat temu w wielkiej organizacji, w której każdy był z łatwością do zastąpienia. Inna sprawa, że na ten miesiąc musiałem sobie sam zapracować. W czasie „urlopu” nie dostane ani grosza. Fakt, gdy pracowałem w mediach, w kilkuosobowym newsroomie, było już bardzo, bardzo ciężko. Cały czas te dwadzieścia kilka dni przy dobrej organizacji własnej pracy i całego zespołu dało się to ogarnąć bez problemu.

    2. A start up prowadzi kto? W sensie w jakim wieku są te osoby? Bo to też ma niebagatelne znaczenie. Wraz z czasem jak upłynął od transformacji zmienia się również przedsiębiorczość w Polsce, jej jakość. Ludzie młodzi wiedzą co jest ważne dla długoterminowego rozwoju, czyt. zadowolenie pracowników ich lojalność, atmosfera pracy itd. Co to za urlop skoro nie dostaniesz ani grosza? hehe

  4. True story. Moim zdaniem każda zmiana jest dla nas dobra. Z tego co wiem, to w naszym fachu (IT) najgorsze co może nas spotkać to stagnacja i wykonywanie codziennie tych samych czynności. A pracodawcy chyba już nauczyli się rozumieć pracownika zwłaszcza w tej branży. Fajny tekst – pozdro!

  5. Trzeba po prostu chcieć! 🙂 Ale przy ogólnych oczekiwaniach społecznych jakie panują w Polsce ciężko podejmuje się takie decyzje. Człowiek wręcz czasem czuje się winny, że sobie na tak długo wybywa… a przecież każdy z nas sam rządzi swoim życiem, zawsze jest coś za coś, zawsze jest to kwestia priorytetów w życiu, ale jak się chce… to można! Głęboko w to wierzę! 🙂 a Łódź jest najlepsza! 🙂

  6. U nas po powrocie z podróży sytuacja dosyć szybko się wyklarowała. Ja założyłam własny biznesik, na który wcześniej nie miałam odwagi pracując na etacie. Rafał podczas wyjazdu wybrał sobie ścieżkę rozwoju, na co chyba wcześniej nie miał czasu :). Teraz oboje jesteśmy mega zadowoleni a podróż tylko pomogła nam znaleźć „pracę marzeń”. Prawdą jest, że ten kilkudniowy urlop jest udręką i podzielamy Twoje zdanie o bezpłatnych urlopach. My także musieliśmy porzucić poprzednie stanowiska bo te 12 miesięcy nikt na nas nie będzie czekać…Jednak jak widać na naszym i Waszym przykładzie zmiany są tylko na lepsze 🙂 Pozdrawiamy Ania i Rafał. Aha! I gratulujemy pierścionka 🙂

    1. Hah, pierścionkowe gratulacje nie mają końca, dzięki! A z własnym biznesem to (chyba?) też jest dobra opcja, ale to już LosWiaheros musieliby się wypowiedzieć. Ze mnie tam biznesmen żaden. Kibicuję tylko, aby udało się Wam kiedyś zamrozić tę działalność i jechać w drogę jeszcze raz!

  7. W związku z tym polecam pracę na Uczelni – 36 dni urlopu (fakt, z dość dużym naciskiem na wykorzystanie w okresie lipiec-sierpień/przerwy świąteczne/ferie studenckie) który właściwie bez problemu można wziąć ciągiem:)

  8. Świetny tekst! Ja zaczynałam od bezpłatnych urlopów, teraz poprzez emigrację docieram do życia w drodze (start już 30 lipca!) i… kto wie, gdzie za jakiś czas wyląduję 😉 A pomysły na to co i jak robić (w czym też zawiera się „za co”) same wpadają do głowy- świat jest pełny możliwości, nie ma się czego bać.

    1. Pojechana, dzięki! A co do Twojej podróży, to tak podglądamy, czytamy i już czekamy na posty z drogi. Takie są najfajniejsze, jak dobry serial, który można podglądać siedząc chwilowo w jednym miejscu 😉

  9. Na wszystkie takie dylematy jest dobra rada. Albo nawet dwie. Można albo założyć własny biznes i za cenę większej (jednak) wolności wziąć na klatę wszystkie trudności z tym związane, albo… zostać nauczycielem 🙂

    A potem można też znaleźć partnera, który również wybrał coś z powyższego. Co prawda zawsze można ponarzekać jeszcze ;), że nasz wolny czas jest sztywno określony i w słabym czasie podróżowania w niektóre miejsca na świecie, ale… jest.

    Pozdrawia
    malutki przedsiębiorca, mąż nauczycielki 😉

    1. Szymon, no tak ale.. są jeszcze tacy, którzy lubią podróżować, a wcale nie mają smykałki do tej formalno-prawno-kasowej strony robienia biznesu, tylko lubią po prostu robić „rzeczy”, samo gęste. Wiem, wiem – ZUSy i faktury są do ogarnięcia, może trzeba będzie się kiedyś przekonać. A z tym nauczycielstwem. Hmm… znowu wracamy w tym wątku do doktoratu i jakiegoś spokojnego etatu na uczelni. Z dzisiejszej perspektywy to może nie byłoby takie najgorsze wyjście 😉

    1. Dzięki, w takim razie nieśmiało zapraszam do szerowania. Może komuś się przyda przed własnymi urlopowymi bojami… 😉 Nie chciałem robić z tego typowego poradnika-wyliczanki, ale urlopowe mechanizmy są zaskakująco podobne w wielu firmach. Oj, podobne.

  10. Mądry tekst. Daje poczucie sensu. I pokazuje zdrowe podejście do życia i tego, co ważne. Pozdrawiam Was i kibicuję:) Justyna P.S. Najbardziej wzruszył mnie jednak fragment: „(…) rzuciłem pracę jako szef newsroomu w radiu w pogoni za Mażną i Warszawą”.

  11. Mój łódzki Mordor dał mi miesiąc bezpłatnego na gotowanie w knajpie w Berlinie. Wiedzieli że mogę nie wrócić jak mi się spodoba. Moja przyjaciółka dostała rok na wyjazd na fajne stypendium.

  12. Bardzo dobry tekst, jak i sam blog! A do tematu – też pracuję na etacie i zmagałem/zmagam z podobnymi problemami. W poprzedniej firmie kierownik nie zgodził się na 3. tygodniowy bezpłatny urlop, więc poszukałem nowej pracy i tydzień później byłem z wypowiedzeniem. Szef próbował odkręcić, ale już miałem posadkę z 30% podwyżką i miesiącem wolnego 🙂

    W obecnej, dość małej firmie zgodzili się na dwa dłuższe bezpłatne urlopy (poza płatnymi), więc czasem się uda fajnie trafić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *