Podróżnicy są jacyś dziwni

Czarne owce, antysystemowcy, marzyciele, outsiderzy, a może zupełnie zwyczajni ludzie. Długodystansowi podróżnicy mają w swoich głowach to dziwne, trudne do nazwania, coś.

Nie, nie chcę pisać, że mamy zupełnie nie po kolei pod kopułą, ale umówmy się – do końca „normalni” też nie jesteśmy.

Patrząc po sobie, do jakiego środowiska ludzi bym nie trafił, nigdy nie czułem się w nim do końca dobrze. Szkoła jedna, druga, studia, radio jedno, drugie, bank i zawsze „to uczucie” bycia myślami gdzieś obok. Po jakimś czasie robiłem więc skok w bok i dalej szukałem innego miejsca dla siebie. Znów się nie udawało, więc skakałem dalej, i dalej. Uświadomiłem sobie to niedawno, rozmawiając ze starym znajomym, który świetnie pamiętał historie z dawnych lat, które dla mnie wydawały się jakąś prehistoryczną, dawno już zapomnianą, przeszłością. Bo przecież nie każdy potrzebuje tak skakać, można od nastu lat siedzieć w jednej zgranej paczce znajomych, w jednym miejscu, w jednym otoczeniu i być w pełni szczęśliwym. Gdy jednak coś nas cały czas uwiera i kłuje w bok, brakuje przestrzeni, brakuje powietrza, to może właśnie jest ten moment, by ruszyć w drogę.

Ale zanim wrzucimy sakwy na rower, mamy przed sobą jeszcze jedno trudne zadanie. Powiedzieć: „Drodzy rodzice, wyjeżdżam na rok, a może dwa lata, turlać się rowerem po Azji, ale o nic się nie martwcie!”. Oczywiście, gdy cała nasza rodzina to wariaci, którzy emeryturę spędzają gdzieś na kole podbiegunowym, przychodzi to pewnie o wiele łatwiej. Jednak dla typowej polskiej rodzinki, której niedziela mija przy telewizorze i schabowym, wieści o waszych podróżniczych planach mogą być trudne do przełknięcia. Może dlatego spotkaliśmy sporo podróżujących osób, których relacje rodzinne delikatnie mówiąc, nie były najlepsze. Niestety, decyzja o wyruszeniu w długą podróż, to także decyzja podejmowana kosztem najbliższych.

No, ale przecież cały czas nie możemy się oglądać na innych. To jest ostatecznie nasze życie i mamy prawo zrobić w nim coś dla siebie. Ruszamy!

I nagle zaczynają się dziać niesamowite rzeczy. Już od pierwszych kilometrów trafiamy w gościnne ramiona świetnych ludzi. Nie dają człowiekowi spokoju, po prostu nie da się być ponurym, dziwakiem, który siądzie sobie gdzieś w rowie i będzie tak siedział samemu z własnymi myślami. „Chodź no tutaj kolego, nakarmimy cię chlebem i serem, napijesz się czaju” – usłyszałem po przejechaniu pierwszych kilkudziesięciu kilometrów w Turcji i tak już zostało przez całe wybrzeże Morza Czarnego. Wybrzeże odradzane przez przewodniki (wiosną sążniście tutaj leje, woda jest zimna, hoteli mało, a plaże brzydkie), okazało się dla nas idealnym miejscem na start podróży.

Warto przemyśleć, gdzie i po co jedziemy, bo nie zawsze możemy tak dobrze trafić. Naszym głównym wspomnieniem z tej samej Turcji, mogli okazać się natarczywi sprzedawcy dywanów, turystyczni cwaniacy, naganiacze, czy regularni oszuści. A chyba nie tego oczekujemy, gdy rzucamy wszystko, aby posmakować życia w drodze i zobaczyć jak naprawdę żyją ludzie w innych zakątkach świata. Spontaniczne spotkania to prawdziwa magia podróży. Jedna rzecz jest w nich tylko smutna: mija kilka godzin, dni, zegar wizy tyka, gonią pory roku, albo po prostu niesie nas dalej, ruszamy, a tych wspaniałych ludzi, którzy nas ugościli, zostawiamy za sobą. Marzy mi się taki eksperyment, aby wrócić kiedyś do tych miejsc z podróży, na te same drogi i zobaczyć, czy dalej ktoś przy nich siedzi, czekając na jakiegoś zbłąkanego rowerzystę.

W podróży szybko przekonamy się też, że wcale nie jesteśmy aż takimi outsiderami i czarnymi owcami, za jakie uważaliśmy się przed wyjazdem, pod presją ówczesnego otoczenia. Okazuje się, że na swojej drodze takich czarnych owieczek spotykamy całe stada. Każda skądś uciekła i dokądś zmierza. Po co? Bo chciała coś zmienić, bo nie pasowała do otoczenia, bo chciała przed kimś lub czymś uciec, zapomnieć, coś udowodnić, albo po prostu dobrze się bawić. Bo można!

I tak sobie jedziemy w tym naszym w rowerowym owczym pędzie. Rozdzielimy się, aby potem znów potkać się w jakimś hostelu. Hostelu – to może za dużo powiedziane. Kilkanaście namiotów stoi otoczonych płotem w centrum miasta. A my siedzimy w tej zagrodzie tygodniami i czekamy, aż przyjdzie piasta do roweru, sprzęgło do auta, wiza, czy inny papier. Siedzimy, chodzimy rano po bułki, włóczymy się po mieście, a wieczory i noce spędzamy na niekończących się pogaduchach. To niesamowite jak wiele nas łączy i jak szybko znajdujemy nić porozumienia.

Drugą nogą jesteśmy cały czas w Polsce. Podnosimy wyżej antenkę od Wi-Fi i widzimy kto co jadł na śniadanie, kto się zaręczył, komu urodził się syn, a komu córka, kto zmienił pracę, a kto cały czas szuka. Stoimy w rozkroku. Żyjemy naszym podróżniczym życiem, ale jednocześnie śledzimy życie tutaj, choć nie możemy w nim aktywnie uczestniczyć, i czasem zaczynamy nawet trochę tęsknić. Świetnie ujął to ostatnio Piotr Horzela, gdy opowiadał o swojej zimowej zmianie na Antarktyce. To oczywiście podróż zupełnie z innej bajki, ale wrażenie jest podobne: jesteśmy na drugim końcu świata, a naszym największym zmartwieniem czasem jest to, że znów śnieg zasypał antenę satelitarną, albo w pamirskiej wsi wysiadł generator diesla.

Ale czasem udaje nam się skutecznie od tego zewnętrznego świata odciąć. Im bardziej izolowane miejsce, tym łatwiej nam to przychodzi. Przez długie pustynne odcinki o tym co w internecie, nie myślimy prawie wcale. Łapiemy rytm jazdy, spajamy się z naturą, dzień w dzień podziwiamy jej piękno, wygrzewamy się w słońcu, patrzymy w niebo. I nieważne, że ostatni prysznic był tydzień temu, a na obiad znów makaron z cebulą, podgrzany na ognisku, bo kuchenkę szlag trafił. I nie przeszkadza nam, że pot leje się z czoła, śpimy w otwartym namiocie, nago na gołej twardej ziemi, bo w nocy jest taki upał, że inaczej nie da się zasnąć. Cieszymy się tym wszystkim, cieszymy się chwilą i nie przejmujemy się niczym wcale.

Mijają miesiące, mijają lata, kończy nam się kasa, cierpliwość do spania pod chmurką i załatwiania się po krzakach, a może po prostu wjechaliśmy już gdzieś w ślepą uliczkę na drugim krańcu świata i brakuje nam pomysłów na dalszą trasę, więc wracamy.

Lądujemy na starych śmiech i co zastajemy? Życie, które toczy się dalej swoim rytmem. Ktoś ma kolejne dziecko, ktoś ogrodził sobie działkę, kupił mieszkanie, albo wybudował dom. A my mamy tylko (i aż!) pełen bagaż doświadczeń, kilka kilogramów mniej i nieco bardziej ogorzałą od słońca i wiatru facjatę. Na początku wszyscy dopytują: „Jak tam? Co tam? Jak było?!” i z uwagą słuchają, albo przynajmniej udają, bo są uprzejmi. Szybko jednak wracają do swoich zajęć, a my zostajemy sam na sam z głową pełną przemyśleń. Rzucamy się w wir podróżniczych spotkań, czy prelekcji, szukając na nich cierpliwych słuchaczy. Kilka dni temu znajoma, znajomej Mażny poprosiła nas o kilka rad przed wyruszeniem w podróż życia. Bardzo się na to ucieszyłem. Miło jest mieć słuchaczy, którym moje paplanie może się na coś przydać. Złapałem się na tym, że czasami mówiłem szybko, na bezdechu, a ględzić przestałem po trzech godzinach.

Tak to jest po powrocie z długiej podróży, że niby jesteśmy już tu i teraz, na miejscu, ale w głowach cały czas pozostajemy w drodze. Gadamy o tym, myślimy o tym, piszemy o tym, a nawet ogłaszamy się z naszą skromną kanapą w necie i czekamy na zbłąkane owieczki z innych krajów. Dziś ma dotrzeć do nas trójka Australijczyków. Są w rowerowej podróży po Europie i akurat jadą przez Łódź! Nie ruszając się z domu, będziemy mogli poczuć się częścią ich podróży, przegadać długie godziny i podobnie jak pod namiotami gdzieś w Azji może znaleźć tę wspólną nić porozumienia.

Właśnie, nić porozumienia. Na koniec więc pytanie do Ciebie drogi czytelniku. Wczułeś się trochę w klimat? Uśmiechnęłaś się choć raz pod nosem i pokiwałaś głową myśląc: „Mam dokładnie tak samo!”. Jeśli tak, to mam dla ciebie dwie wiadomości. Jedną dobrą, a drugą jeszcze lepszą.

1. W twojej głowie też siedzi to coś.

2. Czas ruszyć w drogę!

pamir-highway-podroze-droga

20 odpowiedzi do “Podróżnicy są jacyś dziwni”

  1. Ech, to co opisałeś jest w stu procentach tym co czuję na co dzień 😀 Dla mnie odkrycie i poznanie tych stad innych owieczek było niesamowicie budujące. Teraz już nigdy nie czuję że odstaję – raczej że jest mnóstwo takich jak ja, tyle że gdzie indziej. Jak mówisz znajomym ze środowiska, w którym żyjesz, że jedziesz gdzieś na koniec świata, to jest dla nich jakiś kosmos. Jak mówisz innym owieczkom słyszysz – świetny pomysł, byliśmy tam już sto razy! 🙂 Pięknie ujęliście kwestię Couchsurfingu. Rzeczywiście pozwala to w jakiś sposób być w podróży będąc w domu.

    Pozdrawiam ogromnie Wasze stadko. Owca Kasia 😉

    1. Dzięki, nie ukrywam, że chyba po to się takie rzeczy pisze, żeby taki komentarz przeczytać i pomyśleć, że jednak nie do końca zryło nam po tej podrózy banię. Zwłaszcza, gdy ktoś ma od kilku dni, miesięcy (niby nie bezpośrednio, ale trochę z boku) brutalne zderzenie z korpoświatem i ludźmi, którzy nic z tego nie rozumieją.

  2. Mam podobnie! Co prawda nie bylam na wyprawie dluzszej niz miesiac, ale wlasnie wtedy uswiadomilam sobie, ze calkiem sporo osob podrozuje tak jak ja (solo) I mimo, ze w mojej grupie znajomych byla to niemal sensacja, to nie jest to jednak nic nadzwyczajnego. 😉 Oczywiscie, jezeli sie trafi do podobnego srodowiska.

  3. Fajnie napisane. W moim przypadku było tak, że zanim wyruszyłam w swoją długą podróż byłam całkiem zwyczjnie myślącą osobą, ale jak już ruszyłam w drogę to z tygidnia na tydzień zmieniał mi się sposób myślenia. Teraz to na pewno nie jestem do końca „normalna”, ale dobrze mi z tym

  4. zajebisty post! zreszta jak kazdy post o przemysleniach. jakos w blogach juz dawno przestalo mnie fascynowac czytanie o odleglych krainach. za to na maksa jaram sie tym gdy ktos opowiada o tym co mu w glowie siedzi podczas podrozy czy juz po powrocie.

    przez ten post na tylku usiedziec nie moge 🙂 droga korci 🙂

  5. Ładne. Myślę, że nie trzeba za mocno przejmować się spotykaniem podobnych sobie szaleńców – każdy mierzy się przecież ze swoim ‚ja’. Dokładnie tak samo jak ten, co w tym czasie zaciąga niespłacalny kredyt. Dla mnie największą nauką w z wyjazdów jest to, że umiem przetrwać bez cywilizacji. Nie chodzi o to, by ją potępiać, rzecz w tym, by umieć być od niej niezależnym. Niezależność, to to co powoduje, że świat nienawidzi włóczęgów, podróżników i im podobnych…

  6. Dokładnie! Najważniejsze to zacząć. Ja moją rodzinę przyzwyczajałam do moich nawyków stopniowo, wyjeżdżając co roku na 3 miesiące, i po jakimś czasie przyzwyczaili się do moich dziwnych pomysłów na podróże. Pierwszy krok zawsze wydaje się najtrudniejszy, ale wystarczy mieć trochę odwagi. Bardzo identyfikuję się z sytuacją powrotu do domu, gdy wszystko wydaje się takie samo, jakby zastane w miejscu… Jeszcze bardziej motywuje mnie to do wyjazdów i eksploracji świata. Pozdrawiam serdecznie z Malezji!

  7. Świetny wpis, uśmiechałam się czytając, czyli chyba czas na mnie :-). Uwielbiam podróżować, odkrywać i potem o tym myśleć. W ten sposób każdą podróż przeżywam dwa razy: raz żyjąc podróżą, a potem żyjąc wspomnieniami z niej. Pozdrawiam.

  8. Jak widać wszyscy jesteśmy „jacyś dziwni” i to bez względu na wiek 🙂 My jesteśmy taką dziwną rodziną – córka lat 20, podróżuje autostopem, studiuje za granicą i właśnie wysłała mi posta o dziewczynie, która wszystko zostawiła i otworzyła hostel na Filipinach. Napisała „to moja przyszłość”:) Co ja na to? „A znajdziesz tam miejsce dla mnie? Mogę sprzątać!” Syn lat 8 już pisze bloga podróżniczego i układa plany wypraw „Mamuś, jak myślisz do Chin to lepiej lecieć przez Bangkok czy Singapur? Chyba przez Bangkok , bo ciekawiej nie?” A my? Normalna praca, korporacje i wyprawy kiedy się tylko da od kilku lat z dziećmi (teraz już z jednym 🙁 – spanie na ziemi, w dżungli, na homestayach, piwo na krawężniku i nocne rozmowy z podróżnikami. Efekt jak u Was – ludziom z pracy nie opowiadamy nic, bo i tak mają nas za świrów, reszcie niewiele, zawsze jesteśmy „nie z tej bajki” . Jak nie podróżujemy to układamy plan na kolejną podróż, a rano opowiadamy sobie , gdzie byliśmy w nocy (tak, tak nawet sny są podróżnicze:) I wiecie co – bardzo nam z tym dobrze !!! A plany na przyszłość? Emerytura w Azji albo kamperem w Australii albo hostel na maleńkiej wyspie albo… No jeszcze dokładnie nie wiemy 😉 Bo to jest jak narkotyk – uzależnia !!! A tak w ogóle to też jesteśmy z Łodzi 🙂

  9. Wy pewnie tego nie znacie ale mi zdarzy się czasem pojechanie na wycieczkę z biura podróży i to all inclusive… ;-))) No i siedzimy sobie z polskim towarzystwem wieczorem z piwkiem i zaczynają się opowieści „podróżnicze”. Super – myślę sobie – uwielbiam słuchać o innych doświadczeniach, miejscach w których nie byłam, porównywać te gdzie byłam, a tu się zaczyna: bo jak byliśmy w Turcji to na all było super jedzenie; a my w Egipcie mieliśmy wodę do drinków dolewaną !!; a w Tunezji to w hotelu raz nie wymieniono nam ręczników! itp. itd. Siedzę sobie wtedy cichutko i myślę o kąpieli o wschodzie słońca gdzieś na Florydzie, o deszczu w Dolinie Śmierci, o skoku na bungy w Nowej Zelandii, o przytuleniu misia koala i oglądaniu kangurów na wolności w Australii, o salsie tańczonej z rodowitymi Kubańczykami w jakimś miejscowym klubie w Hawanie… a mój partner przynosi mi kolejne piwo all inclusive 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *