Quality time

„Bo życie jest zbyt krótkie, by pozwolić sobie na bylejakość.”

Kilka lat temu czytałam rozmowę z prezeską polskiego oddziału pewnej dużej, międzynarodowej korporacji. Tradycyjnie już w przypadku wywiadów z odnoszącymi sukces kobietami, część pytań dotyczyła tego, jak łączyć pracę z życiem rodzinnym. Wiadomo, że takie odpowiedzialne stanowisko wiąże się z nadgodzinami, podróżami służbowymi, że wieczory, zamiast w domowych pieleszach, często spędza się na spotkaniach biznesowych. Jak więc rozmówczyni wygospodarowuje czas dla rodziny? Ano można na przykład, zamiast chodzić po galeriach handlowych, kupować ubrania na lotniskach, wykorzystując tym samym przerwy między przesiadkami. Warto także rozważyć outsourcing takich nieporywających czynności, jak mycie okien czy prasowanie koszul, korzystając z odpowiednich firm lub zatrudniając pomoc domową. A wszystko po to, by ten limitowany, jakże cenny czas przeznaczony dla męża i dzieci, spędzić w sposób jak najbardziej wartościowy.

Przysięgam, nie pamiętam, jakiego określenia użyła pani prezes. Wartościowy? Pełny? Najlepszy? Ale myślę, że sens tego określenia idealnie opisuje angielski zwrot quality time.

Skojarzyło mi się, bo w mojej przedostatniej pracy, z okazji zbliżających się świąt na skrzynki pracowników spłynął email od jednego z anglojęzycznych wiceprezesów, który dziękując za ciężką pracę w mijającym roku, życzył nam quality time spędzonego w rodzinnym gronie.

Skoro już mamy wyjaśniony tytuł, to spieszę opowiedzieć, skąd mi ten zwrot przyszedł do głowy.

Otóż wczoraj znów jechaliśmy w nocy i znów przyszło nam rozbijać się po ciemku. W takich okolicznościach nie można być wybrednym, więc na nocleg wybraliśmy fragment wypalonego buszu, jeszcze czuć było świeżą spalenizną. Rano obudził nas bardzo silny wiatr w mordę, przesądzając los kolejnego dnia podróży. Postanowiliśmy nigdzie się nie ruszać, bo jazda w tych warunkach zupełnie nie ma sensu, i poczekać do wieczora, gdy wiatr się uspokaja. Siedzieliśmy więc dalej w namiocie, czytając magazyny (papierowy Internet), i siedzielibyśmy tak jeszcze dłużej, gdyby nie słońce, które postanowiło nas w środku ugotować żywcem, i gdyby nie podmuchy wiatru wwiewające do środka czarny popiół. Zwinęliśmy więc namiot, spakowaliśmy sakwy, i ułożyliśmy się pod najbliższym krzakiem. Krzak był lichy, a podłoże pełne kamieni i niedopalonych gałązek. Nie mogliśmy się wygodnie ułożyć, bo wszystko wbijało się to w żebra, to w tyłek, to w łydkę. Ziemia przykryta była warstwą sadzy, więc wkrótce i my byliśmy cali czarni. Ale najważniejsze, że był cień, i można było się zdrzemnąć, co tam narzekać. Jak okiem sięgnąć, okolica prezentowała się podobnie, a nam nie chciało się szukać lepszego miejsca. Przesiedzieliśmy tam kilka godzin, pełzając wokół krzaka w ślad przesuwającego się cienia. I dopiero po południu ruszyliśmy w dalszą drogę.

Czy to był quality time? Powiedziałam o tym spostrzeżeniu Jankowi. Przesiedzieliśmy calutki dzień w obiektywnie brzydkim miejscu, niedaleko drogi, na wypalonej ziemi, z której gdzieniegdzie wystawały odsłonięte przez ogień puszki i butelki. Było nam niewygodnie. Cali byliśmy umorusani w sadzy. Nie robiliśmy nic szczególnego, większość tego czasu przespaliśmy, albo marudząc, przewracaliśmy się z boku na bok próbując przybrać jakąś wygodną pozycję.

I zaczęliśmy się z tego śmiać. No bo w korpoświecie wszystko musi być quality. Nie tylko review, assurance, czy cośtam jeszcze, ale również i czas spędzany z rodziną. Święta też muszą być quality, i to pewnie dlatego psychiatrzy zaobserwowali nową jednostkę chorobową – stres świąteczny. Wolny czas także – dobrze jest spędzić go godnie i aktywnie. Pielęgnować więzi rodzinne i przyjacielskie. Relaksować się i koić zmysły, obcować z pięknem, ze sztuką, z jakąś wyższą ideą. A urlop to obowiązkowo highest quality – przecież nikt normalny nie będzie chciał spędzić choćby jednego dnia z tych dzielnie wywalczonych trzech tygodni wakacji, pod jakimś marnym krzakiem i w sadzy. Życie jest przecież zbyt krótkie, by pozwolić sobie na bylejakość. Trzeba spędzić quality time, by dzięki naładowanym bateriom, wszystko inne, czego się potem tkniemy, także było high quality.

Nam jednak czasami w ogóle się nie chciało, i zamiast tego przesiadywaliśmy weekend jak gnomy przed komputerem, w zabałaganionym mieszkaniu. Niejednokrotnie miałam z tego powodu wyrzuty sumienia. Że ten cenny czas, zamiast być quality, zostaje zmarnowany. Że ta świetna wystawa, którą bardzo chciałam zobaczyć, zdąży się skończyć, zanim ja zdążę się zebrać w garść i ją zobaczyć. Że te wszystkie fajne rzeczy z listy „zrobić w wolnym czasie”, cały czas na tej liście są.

Tymczasem rozrasta się nieco inna lista – moja lista rzeczy, których nauczyłam się w tej podróży. Właśnie mogę do niej dopisać następujące punkty:

– nie przejmuj się brudną koszulką
– jak coś jest dla ciebie ważne – po prostu zmobilizuj się i to zrób
– a jak czasem zupełnie nic ci się nie chce – nie miej z tego powodu wyrzutów.

Ostatecznie, nasz dzień okazał się być wyjątkowo quality: mimo ciężkich warunków i niewygody, wypoczęliśmy na tyle, by wieczorem i nocą machnąć jeszcze setkę. Kilometrów oczywiście. Dzienna norma została wyrobiona.

* * *
PS.
Ku mojemu zaskoczeniu, przed chwilą odkryłam, że określenie quality time jest już nawet w Wikipedii.

8 odpowiedzi do “Quality time”

    1. Haha, łódzka policja dawała kiedyś nagrodę Policer dla dziennikarzy najbardziej aktywnych w policyjnych klimatach. Przeszła mi koło nosa, ale Mażna to widzę co innego 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *