Rower? Po co się męczyć?

Tajlandia i rower? Po co się męczyć?Kręcisz, kręcisz i końca nie widać. Autostrada, cztery pasy, smród, fabryki. Znowu pod wiatr, boli dupa. Krople deszczu zacinają w paszczę. Po co to wszystko? Rower? Co w tym fajnego?

Wiele osób tak właśnie reaguje na wynurzenia rowerzystów, o tym jak to po drodze było ciężko. „Przecież nikt was do tego nie zmusza, zawsze możecie kupić bilet na autobus i niewygodny fragment przeskoczyć.” Ba, w Azji wszędzie można teleportować się tanimi liniami lotniczymi. Tak, zdarzało nam się już parę razy podgonić trochę kilometrów na stopa, czy zapłacić za autobus. Trudno byłoby bez tego w dwa miesiące przejechać pół Chin i jeszcze coś tam zobaczyć oprócz autostrad. Ostatnio jednak ze zdziwieniem odkryłem, że od Lanzhou w centralnych Chinach, przez Wietnam, Laos, Kambodżę po Tajlandię cały czas nagniatamy „uczciwie”, mimo że na zdrowy rozum, wiele razy było to kompletnie bez sensu. Bywa, że człowiek się na to zwyczajnie nakręca. Chce wycisnąć z siebie jak najwięcej, mieć satysfakcję, że przejechał całą drogę z punktu A do B. A jak to potem fajnie wygląda na mapie, ha! Ale nie o tym chcę wam przynudzać w tym wpisie.

Im dłużej nagniatamy przez Azję, tym częściej sprawdza się reguła, że to właśnie w tych najbardziej beznadziejnych „tranzytowych” momentach i w najbardziej beznadziejnych miejscach (po Mażnowemu: bebeluchach) nagle dzieje się coś niezwykłego. Coś, co sprawi, że zapamiętamy ten dzień nie jako udrękę, ale jako jedną z najlepszych przygód w życiu. Być może bierze się to z tego, że dla ludzi, na których tam trafiamy jesteśmy często pierwszym kontaktem z tak zwanym turystą. Nikt nie przyjedzie raczej zwiedzać autostrady, czy fabryki nawozów sztucznych. Gdy jednak w takim miejscu na naszej drodze znajdzie się człowiek, który jest ciekawy świata i ma dobre serduszko, wypadki nie mogą potoczyć się źle. Przykładów mieliśmy już po drodze mnóstwo, kilka całkiem niedawno, w Tajlandii.

Z czym kojarzy się wam ten kraj? Pogoda jak drut, świetne żarcie, plaże z białym piaseczkiem, rafa koralowa? Tak, ale nie wszędzie. Ponad dwieście kilometrów przed Bangkokiem zaczyna się jeden wielki betonowo-samochodowo-fabryczny ściek. Przez jakiś czas można z niego jeszcze uciekać w stronę pięknych plaż, ale przed samą stolicą pozostaje już co najwyżej wybierać mniejsze zło. Całość przejechaliśmy jednak na naszych sfatygowanych „velikach”. Jednym razem, gdy robiło się już ciemno, a wokół zatłoczonej drogi nie widać było nawet najmniejszego skrawka ziemi na namiot, zdecydowaliśmy się pierwszy raz zapukać do drzwi buddyjskiej świątyni. Wyszło świetnie. Mnich od razu zgodził się, aby rozbić się na jego terenie. Doskonale znał angielski, „czuł”, o co chodzi w długich podróżach i zadał nam mnóstwo dociekliwych pytań. Bonusowo załapaliśmy się nawet na – uwaga – prysznic, paczkę świetnych babeczek z budyniem i dwa soki. Żeby nie było, sami przyszliśmy z darami w postaci dwóch żółciutkich mango, nie było jednak mowy, aby transakcja pozostała jednostronna.

Największa niespodzianka czekała na nas jednak pod samym Bangkokiem. Nie mieliśmy pomysłu, co zrobić z tym miastem. W pamięci mieliśmy tragiczną historię pary brytyjskich rowerzystów, którzy zginęli tutaj w wypadku samochodowym. Myśleliśmy, aby w całości ten Bangkok ominąć. Przemawiał za tym także beznadziejny, zatłoczony wjazd i wiadomości o kolejnych zamieszkach podczas protestów. W końcu uznaliśmy, że będziemy po prostu jechać wzdłuż wybrzeża i zobaczymy co z tego wyjdzie. I tak już po zmroku, ze stówką w nogach, stanęliśmy przed gigantycznym autostradowym ślimakiem. Do wyboru droga dalej wgłąb miasta albo ewentualny jego objazd. Problem w tym, że gdzie byśmy się nie ruszyli czeka nas syf, beton, cuchnące kanały i tysiące ciężarówek. Jechać dalej nocą, byłoby już szaleństwem. Decydujemy się więc odbić gdzieś w bok i szukać noclegu.

W ostateczności może być nawet i hotel, okolica jest jednak wybitnie mało hotelowa. Włączamy więc radary wykrywające miejscówkę na namiot, pustostan, cokolwiek. Jest ciasno, bardzo ciasno. Trzeba będzie z kimś zagadać, ale nawet przy domach nie ma miejsca. W końcu wypatrujemy jedną, podejrzanie dużą działkę. Jakiś dom, portiernia, stacja pożarna (sic!), chorda szczekających psów i uwaga: piękny mangowo-bananowy sad. Bingo! Pan portier szybko pozbawia nas jednak złudzeń: „O nie, tutaj nie ma opcji, właścicielka się nie zgodzi, nawet nie będę jej zawracał głowy”. Jak wszyscy Tajowie stara się jednak być chociaż minimalnie pomocny, zagaduje innych ludzi i pyta, czy by nas nie ugościli, a w końcu odsyła do pobliskiej świątyni. Tam też nie mamy szczęścia. Świątynia jest z tych na wypasie. Zepsuć tutaj widok naszym brudnym namiotem na trawniku nie wchodzi w grę.

I gdy tak stoimy w środku nocy (jak te czubki) przed tą świątynią kompletnie już zrezygnowani, nagle zaczynają się dziać rzeczy dobre. Dogania nas portier na skuterze i zgarnia z powrotem. Właścicielka sadu sama nas wypatrzyła i zaprasza do siebie. Wita nas serdecznie. „Tutaj macie toaletę, tutaj napuszczę wam wody, umyjcie się może czasem, co”. Dostajemy nawet jedno twarde i zielone mango. Może bezczelnie skrzywiłem się na jego widok i tym wywołałem lawinę gościnności, nie wiem.

Fakt jednak faktem, za chwilę przed naszym namiotem ląduje mata, a na niej żółciutkie dojrzałe mango, banany, mango z ryżem i mlekiem kokosowym, cała wielka siata zimnych napojów, hot-dogi, chińska zupa i kilka porcji „tajszczyzny” z ryżem. Rozgadujemy się trochę, przyłącza się do nas córka właścicielki, pokazujemy nasze zdjęcia od Turcji po Kambodżę. Do tego obowiązkowo kilkadziesiąt fotek pstrykniętych ich telefonami i relacja na twarzoksiążce na żywo. Do najbliższej rodziny i przyjaciół zagadujemy osobiście przez podsunięty nam pod nos telefon. Dobrze, że Tajki co jakiś czas odchodzą od stołu. Nasze żołądki zaraz eksplodują, więc nadmiar jedzenia upychamy do termokubka, hot-dogi, owoce i napoje ładujemy do sakw. Gorzej, że gdy nasze gospodynie wracają, przynoszą jeszcze więcej jedzenia. Parę kąsków zgarnęły psy, ale o tym cicho sza.

tajlandia-sad-bananowyRano odkrywamy kartkę, a na niej wiadomość „Nie zwijajcie się za szybko, poczekajcie na śniadanie!”. Oj, co to było za śniadanie. Dobrze, że tym razem mogliśmy ładować sobie do misek tylko tyle ile potrzeba. Na drogę dostaliśmy kolejną porcję owoców, napoje i… kieszonkowe na hostel w Bangkoku. W przeliczeniu sto złotych. Próbowaliśmy protestować, ale absolutnie nie dało rady. Z resztą nie będziemy bajerować, dodatkowa stówka zawsze się przyda.

Z takim ładunkiem pozytywnej energii dosłownie wlatujemy na rowerach do Bangkoku. Ominąć stolicę kraju, w którym spotykamy tak wspaniałych ludzi? To się po prostu nie godzi! Z resztą sam wjazd okazał się całkiem bezpieczny i zabawny. Tysiące aut i ciężarówek stało praktycznie cały czas w korku, a my wyminęliśmy je wszystkie slalomem. Jak zwykle trudno słowami opisać to, co czujemy w takich chwilach. Który to już raz (i który kraj), człowiek ma ochotę stanąć na środku drogi i wykrzyknąć „Kocham tych ludzi i kocham kraj!”. Gdybyśmy nie próbowali wjechać do Bangkoku rowerami, pewnie nie nie sprawdzilibyśmy się w kolejnej trudnej sytuacji i nie spotkalibyśmy na naszej drodze tak wspaniałej rodziny. Trafilibyśmy od razu do hostelu, na ulicy opanowanej przez naciągaczy. To już nie byłoby to samo.

2 odpowiedzi do “Rower? Po co się męczyć?”

  1. Napawacie mnie optymizmem! Cudowna bezinteresowność i duża dawka uśmiechu w poniedziałek rano! Dziękuję i serdecznie pozdrawiam z Warszawy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *