Rowerem do Grodna. Podlasie, Biebrzański Park Narodowy, Wigry i Puszcza Augustowska

24 godziny, karta kredytowa, 50 zł i kilka kliknięć. Tyle wystarczy, aby móc na kilka dni wyskoczyć do białoruskiego Grodna – bez wizy! Kraj Łukaszenki coraz śmielej otwiera się na turystów, a nas Polaków cieszy to podwójnie. W końcu wybierając się na wschód, nie musimy ograniczać się do miejsc po naszej stronie granicy. A północny wschód kraju kryje przecież takie perełki jak Biebrzański czy Wigierski Park Narodowy.

Ale czy rzeczywiście na Białoruś można wjechać tak prosto i biurokracja w postradzieckim stylu zniknęła z granicy bezpowrotnie? Tak, choć z pewnymi ograniczeniami. Bez wizy, na maksymalnie pięć dni, można wjechać w region Grodna lub Puszczy Białowieskiej. Wystarczy odpowiedni permit za 50zł, który możemy wyklikać sobie tutaj. (Uwaga, permit nie upoważnia nas do jeżdżenia po całej Białorusi, wolno nam podróżować tylko w określonych na dokumencie granicach!) Teoretycznie musimy mieć też ubezpieczenie i – uwaga – około 92 zł na osobę na każdy dzień pobytu. W praktyce nikt tego nie sprawdza.  Zostaje jeszcze karta migracyjna do rosyjskiej unii celnej z polem adres na Białorusi (wpisujemy tradycyjnie cokolwiek).

Gdy 1 maja podjeżdżamy na przejście graniczne w Kuźnicy, witają nas pustki. Wszystko idzie błyskawicznie i w miłej atmosferze. Pogranicznicy na mundurach mają zainstalowane kamery rejestrujące ich pracę – w tej sposób zapewne władza walczy z korupcją.

Jesteśmy na Białorusi!

I pierwsze zaskoczenie: do płotów i słupów obok posterunku pograniczników przypięta jest pokaźna kolekcja rowerów. Jak opowiadał nam potem Siergiej, u którego zatrzymaliśmy się w Grodnie, Białorusini wybierają się na nich na szybkie zakupy do przygranicznej Biedronki. Autem się nie opłaca, bo na wjazd do Polski trzeba mieć ubezpieczenie, a rower zawsze wygra z systemem.

W drogowym krajobrazie zmiany. Kończą się znane z polskiej ściany wschodniej kręte szosy i małe poprzecinane chłopskimi lasami poletka. Po drugiej stronie granicy witają nas ogromne połacie państwowych rolniczych kołchozów i drogi proste po horyzont.

Wrażenia z samego Grodna – jak najbardziej pozytywne. Choć skromnie, to czysto, kolorowo, a sporo miejsc świetnie zaaranżowanych jak np. Dolina Szwajcarska.

Głównego placu miasta strzeże towarzysz Lenin w nieśmiertelnej robotniczej czapce, ale nie dajcie się zmylić – miasto nie sprawia wcale szaro-sowiecko-betonowego wrażenia. Jeśli chcecie poczuć trochę takiego klimatu, można wybrać się do muzeum na zamku. Jest tam wszystko, od mamutów i archeologii, po plastikowe modele monstrualnych buraków cukrowych z białoruskich upraw, ale najbardziej rozbudowana jest ekspozycja wspominająca czasy Sowietów. Na zdjęciu wyzwolenie chłopa spod panowania polskiego pana:

Ciekawostka, jak opowiadał nam potem Polak, który swego czasu oprowadzał po tym muzeum wycieczkę Amerykanów, jeden z turystów skomentował ten plakat: „niesamowite, dwóch facetów się całuje, cóż za przejaw tolerancji!”

Jak już jesteśmy przy muzeach. W Grodnie znajdziemy też jedno zupełnie niezwykłe, prywatne, prowadzone przez Janusza Parulisa. Niektórzy mieszkańcy miasta żartują, że stary facet naznosił rupieci do domu i obwieścił się muzealnikiem, ale jedno musimy przyznać – dom Parulisa ma niezwykły klimat i bogata historia miasta dosłownie wylewa się z jego progów. Acha, Janusz jak mnóstwo mieszkańców Grodna ma polskie korzenie i opowie wam o wszystkim nienaganną polszczyzną.

Polskie akcenty w Grodnie widzimy na każdym rogu. W grodzieńskiej synagodze spotykamy ekipę z polskiej telewizji.

– A to wy jesteście tymi rowerzystami, którzy przejechali jako pierwsi w tym roku pieszo-rowerowo-kajakowym przejściem przy kanale Augustowskim? Polowaliśmy tam na materiał, ale przez cały dzień nie trafiliśmy ani jednego turystę.

– Nie, ale dobrze wiedzieć – skorzystamy w drodze powrotnej! Frekwencja rzeczywiście na początku maja była słaba. Raz, temperatury jeszcze mało wiosenne. Dwa, bezwizowy wjazd to bardzo świeża sprawa.

A jak w ogóle żyje się na Białorusi? Nie mogliśmy nie zapytać o to naszego grodzieńskiego gospodarza. Z tego co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy w czasie krótkiego weekendowego wypadu, na pewno nie jest aż tak źle, jak to lubią podkręcać media po naszej stronie granicy. Białoruś ma swoje plusy. Np. dodatki socjalne na dzieci, czy rządowe dopłaty do kredytów, które w połączeniu z gwałtowną dewaluacją rubla, doprowadziły swego czasu do tego, że ludzie płacili po kilkadziesiąt złotych kredytu miesięcznie za 70-metrowe mieszkanie.

Jest oczywiście więcej biurokracji, więcej irytujących przepisów (bezwzględny zakaz jazdy rowerem w mieście poza chodnikiem!), i zdecydowanie mniej pieniędzy. Niech was nie zmyli kilka hipsterskich kawiarenek w centrum miasta. W sklepach panuje specyficzna atmosfera jak w polskich supersamach na przełomie lat 80 i 90. Niby półki pustkami nie świecą, ale jest skromnie. Dominuje produkcja rodzima albo rosyjska. Ceny podstawowych produktów są przystępne, ale importowane cytrusy i mięso są już w absurdalnie drogie.  Da się wyżyć za skromną pensję, ale gdy ktoś ma większe aspiracje, chce żyć stylem życia ludzi zza zachodniej granicy, to może się sfrustrować. Dlatego nie dziwi, że kto może jeździ za pracą na przykład do Polski. Cenna jest również Karta Polaka, która daje sporo przywilejów, m.in. ułatwiony wjazd do Schengen czy zniżki na polskie koleje.

Tym akcentem kończymy nasz krótki grodzieński wypad. Ostatni rzut oka na Niemen, wspominamy najnudniejszą lekturę szkolną jaką zna świat i śmigamy świetną trasą wzdłuż kanału augustowskiego.

Rowerowo-pieszo-kajakowe przejście zadziałało bez pudła. Naszej odprawie po białoruskiej stronie przygląda się czujna sabaczka – na szczęście w klatce. Po naszej stronie wita nas solidny płot, a polscy pogranicznicy dokładnie kontrolują zawartość sakw. Cóż, strefa Schengen robi wyjątki tylko dla bobrów.

Wjeżdżamy w zielone płuca Polski. Spójrzcie na zdjęcia lotnicze tego regionu! Dziesiątki kilometrów gęstwiny Puszczy Augustowskiej. Robi wrażenie.

W sercu Puszczy Augustowskiej. Kilkanaście kilometrów lasu non-stop za nami. Kilkanaście przed nami!

Wigierski Park Narodowy

A na tym przecież nie koniec. W zasięgu jednego dnia jazdy rowerem mamy tutaj taką perełkę jak Wigierski Park Narodowy, a w nim chyba najpiękniejsze polodowcowe jeziora jakie znamy w Polsce z obłędnie błękitną wodą i pożerającym je torfowiskiem: Suchary.

Rowerem po mokradłach? Biebrzański Park Narodowy

Jest wreszcie Biebrzański Park Narodowy. Do jego serca łatwiej co prawda dostać się kajakiem niż rowerem, ale kilka fajnych wgryzających się w bagna dróg udało nam się odkryć.

Wiosną wypatrujcie tutaj ornitologów amatorów ze swoimi lunetami z 30-krotnym zoomem. W tokujące bataliony wpatrywać można się godzinami. Nie da się opisać słowami, co potrafi zrobić samiec tego ptaka, aby zdobyć partnerkę, to trzeba zobaczyć na żywo!

Bez specjalnego osprzętu damy za to radę wypatrzeć łosia. Raz samiec przemknął nam spłoszony przy jednej z bagiennych dróg. Drugi raz trafiliśmy na klępę, która pasła się na torfowisku niczym krowa, zaraz przy asfaltowej drodze. Ponoć kręciła się w tym miejscu już kilka dni i nic a nic nie robiła sobie z ludzi.

Okolice Biebrzy skrywają jeszcze jedną tajemnicę: pas radzieckich fortyfikacji  na linii Ribbentrop-Mołotow, łącznie około 1900 obiektów. Zbaczamy z asfaltowej drogi i odwiedzamy kilka wojennych konstrukcji, wyrastających pośrodku pól.

Wypatrywać bunkrów, łosi, ptaków, zabytkowych cerkwi, czy malowniczych wiosek można tutaj bez końca. BPN to największy park narodowy w Polsce, miejsce unikatowe w skali Europy, które doczekało się nawet swojej okładki i specjalnego albumu National Geographic. I już zupełnie na marginesie – miejsce prywatnie szczególne dla nas.

To tutaj wybraliśmy się na jeden z pierwszych naszych “podróżniczych” wypadów, w czasach gdy od przyrody trzymałem się raczej na dystans. Wstyd się przyznać, ale biebrzańskie bagniska doprowadziły mnie wtedy mieszanki furii, załamania, płaczu i desperacji. A wszystko za sprawą małego rozlewiska o głębokości ledwie ponad kostkę, które musiałem pokonać na boso (zimna woda, pijawki, komary jak żyć), co aktualna małżonka przy każdej okazji do dziś mi wypomina. Zatem uwaga – biebrzańskie bagna mogą wciągnąć nawet najbardziej zatwardziałego mieszczucha. A jak już wciągną, to na dobre. Będziecie chcieli tam wracać co weekend.

A może pójdziecie na taki układ?

„To się nazywa pech, trafić na chętnego do wymiany domu na samochód i nie mieć pod ręką żadnego starego samochodu na wymianę bo akurat przyjechało się rowerem.”

4 odpowiedzi do “Rowerem do Grodna. Podlasie, Biebrzański Park Narodowy, Wigry i Puszcza Augustowska”

  1. 8 czerwca 2017 roku, dzień kiedy niepozorne, otoczone potężną puszczą Brożane stało się sławne. Najpierw fotka na Instagramie u LosWiaheros.pl – Podróżuj, odkrywaj, inspiruj. potem u was ten drogowskaz, można spodziewać się tłumów tego lata 🙂 Fajnie, że potraficie te kilka dni na rowerze przekuć w przygodę. Świetne zdjęcia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *