Rowerem po Tajlandii?

rowerem_po_tajlandiiTajlandia to świetne drogi, mili kierowcy, wspaniałe widoki. A co kilka kilometrów czyha… mnóstwo pokus!

Śmigasz tajską ekspresówką, pod kołami idealnie gładki asfalt. Jak na ekspresówkę, jest całkiem przyjemnie. Jedziesz szerokim poboczem, a obok – wyjątkowo kulturalni kierowcy. Tacy, którzy wiedzą, jak zachować się na widok roweru, wyprzedzają w bezpiecznej odległości, a gdy to my mamy pierwszeństwo – cierpliwie czekają(!), aż przejedziemy. Tak, po raz pierwszy od bardzo dawna kierowcy przestrzegają przepisów! Na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje, gdy w Tajlandii ktoś wymusił pierwszeństwo czy zajechał drogę, tymczasem w innych krajach azjatyckich to była plaga.

tajlandia_ekspresowka
Tajska droga ekspresowa

Tajowie są obeznani z ideą rekreacyjnego jeżdżenia rowerem, dlatego my nie wzbudzaliśmy aż takiej sensacji. Będąc w tym kraju, zwłaszcza w jego północnej części, nie sposób nie zauważyć mnóstwa rowerzystów: profesjonalne ciuchy, obowiązkowy kask, bardzo fajny, zadbany rowerek szosowy. Są to w 99% mężczyźni z tajskiej klasy średniej, którzy wyjeżdżają na trasę po południu, po pracy, lub w każdej innej wolnej chwili, na kilkugodzinny trening. Jadą szybko, ale nie aż tak szybko, by czasem nie udało się ich wyśmigać naszymi osakwionymi, brudnymi „góralami”. Zawsze wymieniamy z nimi rowerowe uprzejmości. Czasem spotykaliśmy cyklistów-ekspatów oraz sakwiarzy. Ci ostatni na ogół jeździli bez namiotu – w Tajlandii, z dobrze rozwiniętą infrastrukturą i tanimi noclegami, jest on niepotrzebny (choć daje mnóstwo wolności).

Ale o co chodzi z tymi pokusami? Jesteśmy przecież w Tajlandii! W tym kraju nie ma szans na szybki tranzyt. Co chwila mijamy: a to znaki kierujące na plażę, a to informacje o atrakcjach turystycznych i parkach narodowych. Tablice opatrzone są zdjęciami, by dodatkowo zachęcić. Dasz się skusić? Zjeżdżasz w boczną drogę. Asfalt wcale nie znika, ale nad głową pojawia się baldachim z drzew. Idealne rozwiązanie na upał.

Większą część naszej trasy pokonaliśmy właśnie takimi kuszącymi bocznymi drogami. Skręcając z ekspresówek, nadkładaliśmy kilometrów, ale kto by się tym przejmował! Przecież nigdzie się nie spieszymy!

Droga 4012:
Jechaliśmy nią kilkadziesiąt kilometrów – niby wzdłuż morza, ale wody nie było widać. Droga wiodła pośród nadmorskich bagien, po których przechadzały się ptaki i warany, a potem pośród kwadratowych „basenów” służących do pozyskiwania soli z wody morskiej. Malowniczo!

ludzie_usypuja_kopce

solanki

kolorowe_lodki

Droga 1020:
Jechaliśmy w najlepsze przez tę część Tajlandii, którą na ogół przelatuje się samolotem lub przejeżdża dalekobieżnym autobusem. Zachęceni znakiem, skręciliśmy w stronę Parku Narodowego Khao Sam Roi Yot. A tam porzuciliśmy na chwilę rowerki by podziwiać nasze pierwsze, porządne rajskie widoczki i spektakularne jaskinie.

pierwszy_rajski_widoczek

jaskinia

nie_karmic_malpek

sciezka_rowerowa

Droga 4004:
W Tajlandii najwyraźniej rozumieją, o co chodzi w turystyce rowerowej, i w ogóle w „road tripach” – dlatego niektóre odcinki biegnące wzdłuż wybrzeża miały takie oto oznakowanie pionowe i poziome:

scenic_route

pas_dla_rowerow

Droga 4006:
Gdy przyszło nam pożegnać się z wodami Zatoki Tajskiej, zjechaliśmy w środek górzystego półwyspu. Było jak w wesołym miasteczku: góra-dół, góra-dół.

ko-phiphi-tajlandia-2

tajlandia-gora-dol

Dawno nie mieliśmy takich podjazdów, kolana cierpiały, a smaczku dodawał jeszcze upał – okazuje się, że ten straszny wiatr w mordę od strony morza jednak ma swoją ważną funkcję, wystarczyło kilka godzin w ponad czterdziestostopniowym zaduchu, by za nim zatęsknić. Po stu kilometrach, na ostatnim szalonym zjeździe, przez chwilę przed oczami mignęły nam wody Morza Andamańskiego. Ale na kąpiel musieliśmy czekać jeszcze dwa dni – większość wybrzeża gęsto porastał mangrowiec.

Droga 3050:
Południowe prowincje Tajlandii słyną z rajskich plaż, wysepek i skalistych klifów. Ale warto też zgubić się w plątaninie lokalnych, wąskich dróżek wijących się pomiędzy plantacjami kauczuku i oleju palmowego.

drzewka_kauczukowe

droga_posrod_plantacji

A pokusy innego rodzaju? Stacje benzynowe! Miały niemal wszystko, czego nam było potrzeba: nie tylko czyste toalety, ale i tanie, dobrze wyposażone sklepy Seven Eleven, i oczywiście kawiarnie Amazon Cafe, w których za cenę frappe mieliśmy Internet i prąd dla naszych elektronicznych zabawek. Na takie stacje zajeżdżaliśmy na kilka godzin w środku dnia, gdy upał sprawiał, że nie dawało się już jechać. Wówczas spacerek pomiędzy sklepowymi półkami, w przyjemnej klimatyzacji, był wybawieniem.

Czego chcieć więcej?

11 odpowiedzi do “Rowerem po Tajlandii?”

  1. Jeszcze większej ochoty nabrałam na rowerową podróż po Azji… Tymczasem zamulam się w korpo! Pozdrowienia!!!

      1. Ha, moja też 😉 Ostro oszczędzamy i tylko temu w tej chwili służy korpo, a potem siup w kolejną podróż – kto wie jak długą tym razem 🙂 Przynajmniej jest na co czekać, a to duża motywacja, żeby o 7 siedzieć przy biurku w korpo… Pozdrówcie w moim imieniu Langkawi – w zeszłym roku pławiliśmy się tam 4 błogie dni (miła odmiana do niealkoholowej Malezji kontynentalnej…).

        1. O taak, Langkawi to alkoholowo-czekoladowy raj. Tyle pysznej, i w dodatku taniej czekolady dawno nie widzieliśmy! Wyszukane europejskie piwa też uśmiechały się do nas z lodówek, ale raczej nie mieliśmy ochoty

          1. Ha! My po 3 tygodniach półwyspu wciągaliśmy lokalne piwko i chińskie chrupki o smaku krewetkowym, że aż miło! Ale kurcze czekolady nie widzieliśmy… Nie byliśmy też na kalorycznym niżu po rowerowym rajdzie 🙂 Więc bardziej ciągnęło nas do browarów…
            Bardzo Wam kibicuję i serdecznie pozdrawiam!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *