Rowerem w krainie petrodolarów – Oman i Zjednoczone Emiraty Arabskie

Mówisz Półwysep Arabski, myślisz: petrodolary, drapacze chmur, szejkowie i supersamochody. A co gdyby do Zjednoczonych Emiratów Arabskich i Omanu zabrać dwa rowery, sakwy, namiot? Cel: poszukać starych górskich i pustynnych ścieżek sprzed paliwowego boomu. Czy to już tylko naiwne marzenie niepoprawnych romantyków, czy realny pomysł na podróż? Tej zimy postanowiliśmy to sprawdzić.

Po emirackiej autostradzie rowerem?!

Al Maktoum. Lotnisko tanich linii 60 kilometrów od centrum Dubaju. Tam gdzie kończy się pas startowy, zaczyna się już goła pustynia. Piloci przeklinają lądowanie tutaj podczas burz piaskowych. Nam się spodobało: pusto, kameralnie, spokojnie można składać graty, a najemni budowlańcy z Bangladeszu obchodzą nas szerokim łukiem i nie zadają setek pytań. O 23:00 wytaczamy się na Emirates Road. Morze ciężarówek. Siedem pasów w jedną stronę. Znak ostrzega przed zwężeniem do sześciu.

Nie tak to sobie wymarzyliśmy…

Na poboczu policja zaparkowała swoje śnieżnobiałe BMW. Panowie policjanci są tak skupieni na lataniu dronem, że nie zwracają na nas uwagi. I dobrze, bo jeżdżenie rowerem po autostradach nie jest tutaj zbyt legalne. Pierwsze kilometry za nami. Przed nami wiadukt i zwężenie do jednego wąskiego pasa. Nie ma siły, aby zmieścić się tam razem z ciężarówką. Na przerwę w strumieniu tirów czekamy w nieskończoność. W końcu trafia się okazja. Krótki sprint, serce w przełyku i jesteśmy po drugiej stronie. Uff.

„W Emiratach i Omanie nie zawsze mniejsza droga znaczy lepsza, uważajcie na truck roads” – pisała nam jeszcze wczoraj ekspatka Catherine, u której zatrzymamy się za 200 kilometrów. Szybki rzut oka na mapę – truck road, oczywiście. Na szczęście mamy kawałek pobocza, po którym da się jechać. Choć i tak nie polecamy tego doświadczenia. Jeśli przyjdzie Wam kiedyś jechać po emirackich „truck roads” rowerem w nocy, kupcie najdroższe i najmocniejsze lampki rowerowe jakie znajdziecie w sklepie. Z pozytywów: czuć przyjemny piętnastostopniowy chłodek pustyni (13 grudnia). Po horyzont ciągną się zarysy piaszczystych wydm – jesteśmy na pustyni!

Mijamy gigantyczny obóz pracy dla przyjezdnych drogowców i budowlańców. Oświetlony i doskonale oznakowany ze wszystkich stron. Ot tak, jak gdyby nigdy nic – „labour camp”. Za kampem zjeżdżamy w boczną drogę. Jest już koło drugiej, więc wypadałoby iść spać. Tylko gdzie, skoro po jednej stronie jest idealnie szczelny, wysoki metalowy płot, a po drugiej jeszcze wyższa betonowa ściana? Przez długie kilometry wpatrujemy się w te zasieki w świetle czołówek. W końcu poddajemy się. i rozbijamy byle gdzie, przy samej drodze. Zasypiam wspominając panią z bujną trwałą na głowie, która jeszcze w Polsce na lotnisku, wzięła mnie na stronę i ze szczerym zainteresowaniem zapytała – „A co pan w tym pudle wiezie do tego Dubaju, telewizor?”. Może to rzeczywiście nie był najmądrzejszy pomysł, aby brać tutaj rowery.

W Emiratach nawet podrzędne drogi w górach mają iluminację 24/7.

Wielbłąd – pan i władca arabskiej pustyni

Poranek, dzień drugi. W świetle dnia to pustkowie nabiera kolorów. Ludzie, raczej zamknięci w klimatyzowanych autach, przemykają szybko, więc gadamy głównie z nimi, ale na brak interakcji i ciekawskich spojrzeń nie narzekamy:

No cześć!

Bierzemy przykład z wielbłądów i jesteśmy optymistami. Mówią tutaj, że wielbłądy to jedyne stworzenia na świecie, które poznały setne imię Allaha i stąd ten uśmiech, który nigdy nie schodzi im z twarzy. A czym się tu przejmować, gdy nawet w największy ponad pięćdziesięciostopniowy letni upał wytrzymamy bez wody dwa tygodnie, a na jednym tankowaniu przejdziemy spokojnie 160 kilometrów. Zimowe przebiegi wielbłąda przy małym wysiłku można już liczyć w miesiącach. A do tego ten szósty zmysł, dzięki którym wielbłąd wyczuje oazę nawet z dwóch kilometrów, a w chłodniejszy dzień instynktownie pokieruje nas w stronę chmur.

Na galowo

W nomadycznym życiu beduinów, jeszcze kilkadziesiąt lat temu, wielbłądy oznaczały być albo nie być. Dziś pełnią głównie rolę kulturową – biorą udział w wyścigach i „konkursach piękności”. Proszę się nie śmiać, w Emiratach na takich imprezach za najlepszy okaz zgarnąć można w przeliczeniu nawet ponad dwa miliony złotych. W Omanie nagrody kończą się w okolicach skromnego miliona.

Empty Quarter – gigantyczna czerwona piaskownica

Są wielbłądy, jest i pustynia. I to jaka, jedna z najpiękniejszych i najbardziej rozległych na świecie! To głównie dla niej tu przyjechaliśmy. Empty Quarter ciągnie się od Omanu daleko wgłąb Arabii Saudyjskiej. Brytyjski podróżnik Wilfred Thesiger przetrawersował ją ze swoimi beduińskimi przyjaciółmi i karawaną wielbłądów dwukrotnie w latach czterdziestych XX wieku. Niesamowity wyczyn, który mocno rozpalił naszą wyobraźnię.

My o przekroczeniu tej gigantycznej piaskownicy rowerem możemy jedynie pomarzyć. Super grube opony i przyczepka na wodę wydają się minimum potrzebnym do takiej zabawy. A najlepiej w ogóle porzucić dwa kółka i ciągnąć za sobą specjalny wózek z ekwipunkiem, tak jak zrobiła to dwójka Brytyjczyków, którzy w 2015 roku zdecydowali się pójść w ślady Thesigera. Na ich filmie świetnie widać, jak ogromnym wysiłkiem na Empty Quarter jest oddalenie się od utwardzonej drogi choćby o kilkaset metrów. Gdy dwukrotnie udało nam się zbliżyć do tej pustyni – raz po stronie emirackiej, raz po omańskiej, szukanie idealnej miejscówki na biwak zajmowało nam mnóstwo czasu. Pchanie roweru z sakwami przez wydmy kosztuje sporo sił, ale dla spędzenia nocy w tak magicznych miejscach – warto!

Sami Omańczycy i Emiratczycy dobrze pamiętają o swoich beduińskich korzeniach. Bardzo często wymykają się ze swoich pełnych przepychu willi, aby spędzić noc pod gwiazdami na pustyni. Czasem samotnie, czasem z całą rodziną. Wielbłądy zostały oczywiście zastąpione przez lśniąco białe Toyoty Landcruiser z ośmiocylindrowymi silnikami. Narodowym sportem jest driftowanie autem po piachu czy asfalcie, na granicy dachowania.

Najwięcej głośnych kempingowych sąsiadów sąsiadów mieliśmy w czwartkowe wieczory (przed wolnym muzułmańskim piątkiem). Ponoć cisza i spokój na pustyni to rzecz święta i Arabowie raczej szanują tam naszą i swoją prywatność. W praktyce różnie z tym bywało.

Poza ciągnącym się przez trzy czwarte kraju skrajem Empty Quarter, Oman ma także na wschodzie kraju drugi imponujący pustynny fragment, który rozciąga się przez 200 kilometrów i malowniczo zderza z Oceanem Indyjskim – Wahiba Sands. Zdecydowaliśmy się okrążyć tę wielką hałdę piachu asfaltową drogą i tym samym na kilka dni uciec z rozwiniętej północy w bardziej dzikie – południowe rejony kraju.

Oman: ze średniowiecza wprost do XXI wieku

Odwiedzenie tego zakątka kraju pozwala poczuć, jak żyło się w Omanie jeszcze do końca lat sześćdziesiątych przed wprowadzeniem reform sułtana Qaboosa, który przy wsparciu Brytyjczyków dokonał zamachu stanu (na swoim własnym ojcu!). Stary sułtan był zdania, że mimo odkrycia złóż ropy naftowej, Omańczycy dalej powinni żyć w tradycyjny  sposób. Doprowadziło to do dość unikatowej w skali świata sytuacji, w której kraj kontrolujący cieśninę, którą transportowane jest 90 procent ropy z Półwyspu Arabskiego, jeszcze w 1969 roku wyglądał, jakby cywilizacyjnie zatrzymał się w średniowieczu. Dziś każda nawet najmniejsza omańska miejscowość ma okazałą szkołę. Za dawnych rządów była tylko jedna – w stolicy.

Szkoła na krańcu świata
Wioska nad Oceanem Indyjskim na skraju Wahiba Sands

Oman w XXI wieku zmienił się nie do poznania, ale na południu kraju znajdziemy jeszcze osady, złożone z kilku jurt i zbiornika na wodę. Omańczycy z rozwiniętej północy parę razy przekonywali nas, aby niekoniecznie zapuszczać się w tamte rejony. Jak się okazało, nie były to tylko puste przestrogi bez pokrycia, na zasadzie „wszędzie indziej jest źle, zostańcie w naszym regionie”. To właśnie na omańskim południu przeżyliśmy najbardziej niebezpieczną sytuację w historii naszych podróży.

Niebezpieczne sytuacje

Spotkanie z tymi chłopakami zaczęło się całkiem miło. Wspólne zdjęcia, wymiana kilku zdań po angielsku. Gdy zakopali się jadąc za nami pickupem, pomogliśmy im. Wszystko w dobrej atmosferze, choć z nutką łobuzowania, popisywania i pokrzykiwania (jak to u młodzieńców), którą naiwnie zignorowaliśmy. Kłopoty zaczęły się gdy zaszło słońce i szukaliśmy osłoniętego od wiatru miejsca na nocleg. Niby zgodzili się na to, abyśmy się tutaj rozbili, niby sami pomagali nam w rozstawieniu namiotu. Jednak coś od początku było nie tak. Chcieliśmy iść spać, tymczasem trąbieniu, zaczepianiu nie było końca. Szybko zrozumiałem, że może być to nieprzespana noc i zrobiłem najgorszą rzecz z możliwych. Podniosłem na nich głos i niewybredną polską wiązanką kazałem im się… oddalić. Owszem pojechali, ale po kilku minutach wrócili z drugim samochodem i starszymi braćmi. Potem było już tylko paniczne zwijanie się i ucieczka przez piaszczyste wydmy w świetle czołówek. Na szczęście nasi „oprawcy” po jakimś czasie przestali nas śledzić.

Lekcja? W bardziej odległych, południowych regionach Omanu, mniej ufać, trzymać na dystans i nigdy-przenigdy nie rozbijać się w bezpośrednim sąsiedztwie wiosek, chyba że wcześniej uda się dostać autoryzację u jakiegoś starszego mężczyzny. Na pewno nie warto ryzykować i podejmować takich rozmów z wyrostkami poniżej osiemnastego roku życia.

Góry Hadżar (Hajar) – rowerem pod pionową ścianę

Oman to nie tylko pustynia i ocean, ale też wypiętrzające się niemal wprost z wody, suche jak pieprz, rozgrzane gorącym słońcem zbocza Gór Hadżar. Zbocza dodajmy usłane jednymi z najbardziej stromych górskich dróg na świecie. Lubimy długie rowerowe podjazdy, kochamy góry, ale uczciwie musimy przyznać, że już od pierwszej wspinaczki na Jebel Shams – najwyższy szczyt Omanu (2970 m n.p.m), Hadżar niemiłosiernie nas sponiewierał. Na Omańską „górę słońca” wybraliśmy się razem z poznanym przez portal Warmshowers Omańczykiem Sulaimanem. Tak, tak – moda na rower w wydaniu sakwiarskim dociera powoli także na Półwysep Arabski. Kilka razy mijaliśmy lokalnych biegaczy, rolkarzy, czy rowerzystów w lajkrowych ciuchach. Sport to już tutaj nie tylko zabawa dla dzieciaków.

Sulaiman był szczególnie zakręcony na punkcie roweru i sakw, miał już za sobą kilka dłuższych podróży, więc gdy Mażna mimochodem rzuciła w rozmowie, że może wybrałby się na wycieczkę z nami, podjął wyzwanie. Mocno musiałem go pocieszać, gdy po może dwustu metrach wspinaczki, ledwo łapał oddech, wycierał pot z czoła i sapał w rytm arabskiego disco płynącego z słuchawek. Niestety to był już koniec jazdy siłami własnych mięśni dla naszego omańskiego przyjaciela. Na dwa tysiące metrów podrzucił go potem pickup, ale gdy zakomunikowaliśmy, że chcemy uparcie jechać jeszcze wyżej, poparzył na nas jak na wariatów i wrócił do domu.

Jebel Miszt

Pomysł wjechania na dwóch kołach na sam szczyt istotnie był dość wariacki i nie chodzi o same kąty podjazdów, ale o szlaban i posterunek omańskich sił powietrznych, na który trafiliśmy gdzieś na dwóch tysiącach metrów. Na marginesie, omańskie lotnictwo jest całkiem dobrze rozwinięte i blisko współpracuje z RAF. To pozostałość czasów mało znanej wojny w Zufarze (1963-76), w której wspólne siły Omanu i Iranu (wspierane m.in. przez Brytyjczyków) pokonały rebeliantów dozbrajanych przez kraje bloku komunistycznego (Chiny, ZSRR, Wietnam), mające zakusy na tutejsze zapasy ropy.

Rower vs. Omani Air Force

Wróćmy jednak na Jebel Shams – wojskowi okazali się być nadzwyczaj serdeczni jak na mundurowych. Poczęstowali owocami, wypytali o naszą podróż, a nawet pozwolili nam rozbić namiot zaraz obok posterunku. Szkoda, że nazajutrz byli już bardziej stanowczy. „Rower to taki pojazd, czyli jak samochód, musicie mieć przepustkę, aby jechać dalej. Ewentualnie możecie iść dalej pieszo”. Podejrzewam, że miało nas to zachęcić do zawrócenia, jednak ku zdumieniu wojskowych nie odniosło najmniejszego skutku. Do foliówki (turystyka górska w stylu „siata z biedry”) spakowaliśmy ostatnią butelkę wody, batoniki i ostatnie tysiąc metrów przewyższenia pokonaliśmy na nogach. Warto było, aby spojrzeć niemal dwa kilometry w dół! Był i radar omańskich lotników, jak się okazało, niezbyt skrupulatnie strzeżony.

Na szczycie Jebel Shams (2970 m n.p.m. – najwyższy szczyt Omanu)

Oman – oślimi ścieżkami przez góry Hadżar, z Sur do Muscat

Drugi raz udało nam się wedrzeć wgłąb Hadżaru, gdy opuszczaliśmy portowe miasto Sur na północno-wschodnim krańcu kraju i kierowaliśmy się w stronę stolicy kraju – Muscat. Dziś te dwa miasta łączy wykuta w klifowym wybrzeżu dwupasmówka. Jednak jeszcze pięćdziesiąt lat temu, gdy przedstawiciel miasta Sur był wezwany przed oblicze sułtana, z oślą karawaną musiał przedzierać się przez góry. Podróż do oddalonego o 200 kilometrów miasta zajmowała minimum tydzień. W tym czasie sułtan zdążył już dwa razy zapomnieć o sprawie.

Dziś ośle ścieżki w najbardziej stromych miejscach są wybetonowane, ale i tak wspinaczka po nich rowerem jest niemałym wyzwaniem. Góry w tym rejonie wypiętrzają się niemal pionowo z Morza Arabskiego. Piekielnie stromo jest już od pierwszych metrów wspinaczki. W jednym miejscu naliczyłem sto metrów przewyższenia na ok. 300-400 metrów drogi (!). W najbardziej stromych miejscach, z najwyższym trudem dawaliśmy radę pchać rowery, a mieliśmy przecież całkiem lekkie sakwy, tylko z najbardziej potrzebnymi rzeczami i ciut ponad dziesięcioma litrami wody.

A jest po co się tu pchać? Fragment drogi trawersujący niemal dwutysięczne zbocza gór z taflą morza w tle przekonuje nas, że tak. Zostawiamy za sobą pędzące samochody, głośne i zabiegane miasteczka skwierczące odgłosami spawanej stali i aluminium (ozdobne płoty i bramy to dla szanującego się Omańczyka chyba druga najważniejsza rzecz po samochodzie), a w zamian dostajemy przestrzeń i kompletną ciszę. Przez całą drogę minęliśmy tylko kilka maleńkich miejscowości, do których nie dotarł jeszcze asfalt, kolorowe szyldy ani inne symbole reform Sułtania Quaboosa. Ze wszystkimi tego – także negatywnymi – konsekwencjami.

W górę z pustakiem w bagażniku

Międzyludzko – nie oszukujmy się – drugi raz w Omanie, jest nam ciężko. W okolicach jednej z wiosek mijamy grupkę żebrzących dzieciaków. Na odchodne, gdy tylko ustawieni jesteśmy już do nich plecami, w naszym kierunku lecą kamienie. Ale to nie koniec. Najgorzej było, gdy z wioski wybiegły do nas dzieciaki. Początkowa nieśmiałość i przyjazne gesty szybko ustąpiły miejsca natrętnym zaczepkom. Próbowaliśmy uśmiechać się, częstować słodyczami, zagadywać, ale w końcu dzieciaki i tak weszły nam na głowę. W takich sytuacjach najlepiej po prostu wsiąść na rower i szybko odjechać. Tym razem jednak jedyne drogi odwrotu prowadziły pod piekielnie strome podjazdy… Uciekać pod górę nie było jak. W pewnym momencie szła z nami grupa około 20 osób z dwóch okolicznych wiosek, głównie młodych dzieciaków płci obojga, ale była też kobieta wymachująca piłą (tępą), czy pewna staruszka, która usilnie kładła mi na bagażniku kawałek pustaka (tak w ramach żartu). Gdy poziom naszej frustracji sięgał już zenitu, uratował nas kierowca pickupa, na widok którego agresywna grupa natychmiast rozpierzchła się w góry, a facet był na tyle miły, że podrzucił nas kilka kilometrów.

Z bardziej pozytywnych historii: w sercu gór, udaje nam się spotkać grupę kobiet – pasterek, wyglądających jak z dawnych nomadycznych czasów, ubranych zupełnie inaczej niż dotychczas spotykane Omanki. Na mój widok uciekają w popłochu (wiadomo – obcy mężczyzna), ale względem Marzeny są nieco bardziej ufne i co najważniejsze – przyjazne.

Niszczycielska siła przyrody, czyli wielki górski skrót bez wylotu

Ostatnie kilometry górskiej przeprawy do Muscat to droga przez przełęcz, wręcz niemożliwie pokręcona na mapie i rozpalająca moją górską rowerową wyobraźnię do czerwoności. Jest z nią tylko jeden problem – panują na niej podejrzane pustki. Napotkany Omańczyk opisuje moją wymarzoną trasę krótko: „broken”. Tłumaczę sobie, że oni zawsze mylą angielskie przymiotniki i mówią, że rowerem się nie da, więc nie ma sensu się tym przejmować i trzeba jechać.

Tradycyjnie jest piekielnie stromo, ale powoli posuwamy się do przodu. Idziemy spać w sercu gór, jak się okazało zaraz obok zagubionego na tym pustkowiu domu pasterzy. Po wcześniejszych omańskich przygodach chowamy się dobrze i rozbijamy namiot bezszelestnie. Następnego dnia mijamy dom i z coraz większym niepokojem przyglądamy się drodze. Od tego momentu porasta ją coraz to bardziej bujna roślinność. Znikają już zupełnie ślady ludzi i samochodów. Naszej nierównej walce z górami przyglądają się już tylko osiołki i wszędobylskie kozy.

A my coraz mniej jedziemy, coraz więcej pchamy rowery. Prawdziwe schody zaczynają się, gdy już nie da się nawet pchać, bo drogi po prostu… nie ma. Wprawdzie kiedyś była, ale deszcze wypłukały całą piaskową warstwę, odsłaniając kamienie. Ściągamy sakwy i w amoku nagniatania dalej i dalej, zaczynamy kursować z całym naszym szpejem na raty. Jeden rower, powrót, drugi rower, powrót, trzy sakwy, powrót, reszta sakw, powrót… i tak w kółko. Pot leje się strumieniami, płuca i serce harują na maksa, ale zaraz, zaraz. Czy to w ogóle ma sens, może ta droga rzeczywiście jest „broken”? Marzena idzie na zwiady, a ja w tym czasie mozolnie noszę dalej. Zużywam na tę bezsensowną walkę kolejne setki kalorii i kolejne litry cennej wody, aż w końcu Mażna wraca z wieściami – „jesteśmy debilami, ta droga , wspina się jeszcze daleko w górę, po czym traci całą wysokość i wraca na poziomicę, z której zaczęliśmy”.

Wracamy do punktu wyjścia i mozolnie pchamy wzdłuż kamienistego koryta rzeki. Idzie równie wolno, ale przynajmniej nie jest tak stromo. W końcu dochodzimy do miejsca, w którym zgodnie mówimy – pass. Drogę najprawdopodobniej już kilka lat temu zniszczyła wezbrana rzeka. W Omanie pada kilka dni w roku. Ale gdy już dochodzi do ulewy, jej niszczycielska siła jest ogromna. Wykuta w pionowej skale ośla ścieżka, która kiedyś prowadziła na przełęcz, została przerwana przez lawinę kamieni. Nawet pieszo, bez rowerów i bagażu, niezwykle trudno byłoby sforsować to miejsce. Pozostaje nam jedno – zawrócić do asfaltu, zjechać z gór i nadrobić ponad 150 kilometrów drogi. Prawie się udało. Muscat było dosłownie na wyciągnięcie ręki, po drugiej stronie przełęczy.

I to było na tyle, jeśli chodzi o nasze górsko-offroadowe wyzwania w Omanie. Trochę siebie na tych drogach zostawiliśmy. Z resztą zobaczcie sami nasze miny na filmie:

Oman – kraj niezwykle gościnnych ludzi

 

Wspomnieliśmy o dwóch skrajnie negatywnych doświadczeniach z ludźmi: z południa kraju i z serca gór Hadżar. Czy jest to reprezentatywne dla Omanu jako całości? Absolutnie nie! Tamte historie potraktujcie jako przestrogę. Na co dzień, poruszając się po bardziej uczęszczanych drogach, czeka Was w tym kraju całe morze serdeczności. Nie jestem w stanie zliczyć tych wszystkich zaproszeń do domów, jakie usłyszeliśmy. Jedno jest pewne: gdybyśmy zawsze z nich korzystali, nie dojechalibyśmy nigdzie. A jak wygląda taka gościna? Na stole lądują zawsze daktyle, piekielnie mocna omańska kawa (wypada wypić przynajmniej dwie) i talerz pełen owoców (liczi, winogrona, granaty – pyszne!). Słodko-soczystej konsumpcji oddajemy się w przyjemnych oparach kadzideł – towaru eksportowego Omanu. Zapraszają często osoby wykształcone, które pracowały z obcokrajowcami w Abu Dabi, czy Dubaju, albo odwiedziły kiedyś Europę. Swobodnie można się dogadać po angielsku.

Omańczycy są Ibadytami, sektą islamu o wiele mniej radykalną niż np. w Arabii Saudyjskiej, ale mimo to w ich domach panuje z reguły tradycyjny patriarchalny porządek. Rozmawiamy tylko z mężczyznami. Rządzi senior rodu, do tego stopnia, że nie można np. dać prezentów bezpośrednio kobiecie czy dziecku, bo każda rzecz przejść musi najpierw przez jego ręce. Kobiety trzymają nas (a przede wszystkim mnie) na dystans. Tak zwany kobiecy madżlis w muzułmańskim domu odwiedzić może tylko i wyłącznie Marzena, ale i ona absolutnie nie może robić tam zdjęć. W niektórych domach czuć jednak powiew zmian i radykalno-światopoglądowej odwilży. Kobieta np. nie siada jeszcze oficjalnie do „stołu”, ale krząta się gdzieś w okolicy, ukradkiem przygląda się, nie jest zupełnie zakryta nikabem, ale tylko symbolicznie przewiązana chustą, czasem może nawet odważy się sama o coś zapytać. Dwukrotnie to same kobiety próbowały zapraszać nas do domu, niestety zawsze wtedy gdzieś mi się spieszyło, czego do dziś nie może mi wybaczyć Marzena, bo z pewnością byłoby to ciekawe spotkania.

Jedzenie

Gdy pokonujemy rowerem setki kilometrów na skraju rozpalonej pustyni, albo walczymy z kilkutysięczną górską przełęczą, nasz mózg przełącza się na zupełnie inne fale. Ciężko to wytłumaczyć komuś, kto nigdy nie spróbował tego typu podróży. W skrócie – po kilku godzinach dosłownie jedyną myślą, która zostaje nam w głowie jest – „kiedy w końcu będzie przy drodze jakieś żarcie?!” I pod tym względem Oman rzadko kiedy zawodzi. Nawet na kompletnym pustkowiu, co jakiś czas trafić można na zajazdy dla kierowców ciężarówek. W menu jest praktycznie zawsze to samo – birjani, czyli kopiec ryżu, ostry sos, prosta surówka i kawałek kurczaka, bądź gdy jesteśmy gdzieś blisko morza – ryby.

 

Umówmy się, w Omanie nie żyje się po to, aby jeść, ale raczej je się po to, aby żyć. Choć nam akurat ryżowo-kurczakowa dieta bardzo przypadła do gustu. W większych miasteczkach, zawsze znajdzie się też coś z kuchni indyjskiej i pakistańskiej. Samosy, różne fantazyjne tandori – rewelacja! Prosto, kalorycznie, zdrowo – idealnie na rower. Kuchenka w Omanie jechała na samym dnie sakw. Przydała się może raz czy dwa w górach. Ciekawostka: Omańczycy rzadko kiedy jedzą w środku knajpy. Podjeżdżają pod restaurację autem, trąbią i obsługa natychmiast przybiega, aby zebrać zamówienie przez uchyloną szybę samochodu. Cóż, oficjalnie od dawna nikt nie używa w Omanie słowa niewolnik czy służący, ale nierzadko można odnieść wrażenie, że tak właśnie traktuje się tutaj kucharzy-hindusów, czy domowe gosposie z Erytrei.

Wadi

 

Bardzo charakterystyczną rzeczą dla gór Hadżar są doliny rzek z niemal pionowymi ścianami, tak zwane Wadi. Dla turystów, ale i samych Omańczyków jest to w godzinach największego skwaru nie lada atrakcja. W środku wadi z kilkusetmetrowymi skalnymi ścianami przez cały dzień panuje przyjemna temperatura, często jest woda i gaje palmowe. W omańskich górach znajdziemy mnóstwo takich miejsc. Nam udało się wjechać tylko w kilka, bo najczęściej jest to droga w jedną stronę, co gdy podróżujemy w stu procentach rowerem, zawsze boli.

Awarie sprzętu

 

Dziś większość dróg w Omanie to wielopasmowe, czarne i gładkie jak stół ekspresówki. Ale gdy zamarzymy sobie wjechać gdzieś wgłąb pustyni, czy gór, omańskie trakty mogą być naprawdę mordercze dla rowerów. Przedzierając się przez Hadżar złamałem dwie szprychy w tylnym kole, urwałem zaczepy przedniej sakwy, złamałem przedni bagażnik (!) i mocno nadwyrężyłem mechanizm bębenka w tylnej piaście. Jak na w sumie może 200-300 kilometrów nieutwardzonych dróg, jest to mój osobisty rekord. Koniecznie zabierzcie tu solidny zapas części, srebrnej taśmy i tak utalentowaną rowerową mechaniczkę jak Marzena.

Stare miasta, kanały, zamki i forty

Współczesne omańskie miasteczka nie zachwycają architekturą. Szeroka droga przez środek, po obu stronach drogi, kurz, piach i rzędy identycznych budynków z szyldami – warsztat aluminium, warsztat stali, fryzjer, pralnia, targ żywych zwierząt, knajpa… I tak w kółko. Zero finezji. Co innego, gdy trafimy na miasto ze starą tradycyjną zabudową, skupioną wokół kanałów rozprowadzających wodę, takich jak np. Al Rustak. Plątaniny uliczek wciągają bez reszty. Warto pamiętać, że miasta na dobre budzą się do życia dopiero późnym wieczorem, a w środku dnia (mniej więcej od 13 do 16) nie załatwimy, ani nie zjemy nic – sjesta.

 

Znakiem rozpoznawczym Omańskich miast są również forty obronne. Prawie w wszystkie zostały odbudowane. Największy i najbardziej monumentalny fort znajduje się w miejscowości Bahla. Najciekawszy pod względem wnętrza jest zamek Jabreen.

Finisz w Dubaju: rower vs. policja

Naszą rowerową przygodę na Półwyspie Arabskim zaczęliśmy od nocnej przeprawy przez autostradę. Finisz w Dubaju wyglądał podobnie, choć tym razem w świetle dnia. Niewiele ono jednak daje, gdy miasto jest tak skrajnie nieprzyjazne jakimkolwiek innym środkom transportu od samochodu (rower miejski w Dubaju to jakiś ponury żart). Jest to problem dla garstki rowerowych turystów, ale przede wszystkim dla dziesiątek tysięcy najemnych pracowników z Pakistanu, Sri Lanki czy Bangladeszu, których po prostu nie stać na własne auto.

Wjazd do Dubaju ciągnie się przez około 60 kilometrów. Jest przygoda, jest stres, ale nie ma też jakiegoś skrajnego szaleństwa. Przy odrobinie planowania i zdrowego rozsądku – da się do Dubaju wjechać rowerem, choć jest to raczej jedna z tych rzeczy, którą będziecie chcieli zrobić tylko raz w życiu. Praktycznie na ostatnim dużym skrzyżowaniu, przed samym hotelem zatrzymała nas policja (nagrali się nam na kamery). Cierpliwie i z pokorą wysłuchaliśmy pouczenia o odblaskowych kamizelkach, kaskach, konieczności jeżdżenia chodnikiem. Obyło się bez mandatu, ale historie o tym, że turyści na rowerach są tutaj jakoś specjalnie traktowani przez policję można włożyć między bajki. Przechlapane mają wszyscy na dwóch kółkach niezależnie od zasobności portfela, czy koloru skóry.

Nie brzmi zachęcająco, prawda? Ale czy mimo wszystko warto pakować się na Półwysep Arabski w środku zimy z rowerem? Na to pytanie pewnie już musicie odpowiedzieć sobie sami, w zależności od własnego stopnia zaawansowania cyklozy (uzależnienie od roweru, choroba nieuleczalna).

Jedno jest pewne, nie ma zbyt wielu miejsc tak dobrze skomunikowanych z Polską (Wizz Air z Katowic bezpośrednio do Dubaju), gdzie w środku polskiej zimy macie praktycznie gwarancję idealnej pogody – błękitnego nieba, przyjemnych niespełna trzydziestu stopni ciepła i prawie zerowego prawdopodobieństwa deszczu. Gdy już przemęczymy się w miastach i na bardziej ruchliwych drogach i dojedziemy na prowincję, zaczyna się zabawa. Jazda rowerem wzdłuż pustyni, oceanu, czy majestatycznych ścian gór Hadżar, to czysta frajda. Oczywiście można zrobić dokładnie to samo autem i już na lotnisku udać się do jednej z sieciowych wypożyczalni, ale czy da to dokładnie takie same wrażenia? Pozwólcie, że zacytuję na koniec, wspomnianego już wcześniej brytyjskiego podróżnika Wilfreda Thesigera, który dręczony halucynacjami, czekając w środku pustyni przez trzy dni na ratunek, napisał swoim dzienniku tak:

„Wolę być tu i głodować, niż miałbym siedzieć w wygodnym fotelu, najedzony do syta, słuchać radia i być zależnym od samochodu podczas mojej podróży przez Arabię”.

Szczegółowa mapa trasy – dzień po dniu

Bibliografia, warto przeczytać:

  •          Wilfred Thesiger, Arabian Sands
  •          W cieniu minaretów – Oman, Marek Pindral
  • Oman – Under Arabian Skies, Rory Patrick Allen
  • In the Service of the Sultan – A first hand account of the Dhofar Insurgency, Ian Gardiner
  • Beduinki na Instagramie, Aleksandra Chrobak

22 odpowiedzi do “Rowerem w krainie petrodolarów – Oman i Zjednoczone Emiraty Arabskie”

  1. syta, konkretna lektura. Dobrze się to czyta! 😉

    PS. nie wiem czy tylko u mnie, ale wszystkie foty mają rozdziałkę 600×399 – na moim ekranie 1600×900 wszystkie zdjęcia wyglądają dosyć słabo.

    1. Hej! Dzięki za uwagi. Lubimy duże zdjęcia ale z drugiej strony zjadają one transfer mobilny u czytelników, stąd w WordPressie jest opcja automatycznego skalowania obrazków dla mniejszych ekranów i urządzeń mobilnych. Jednak nie powinno się tak zmniejszać przy Twojej rozdziałce… Właśnie próbujemy z tym walczyć, to jakiś paskudny bug…

    1. Jedzenie to jeszcze nie jest wielki problem, czasem u Hindusów jest nawet taniej niż w Polsce 😉 Gorzej, jeśli ktoś miałby ochotę na Oman w wydaniu hotelowym. Oni się tam nie kryją z tym, że stawiają na turystykę premium i hotele poniżej 200zł to rzadkość (głównie burdele ;). Takie ceny dachu nad głową skutecznie filtrują backpackersów, rowerzyści są uparci i śpią na pustyni 😉

  2. Wy to jednak jesteście wariaci! 😀 Świetny tekst, dzięki za przejażdżkę po Półwyspie Arabskim 😉 Jednak z roweru inaczej musi się odbierać te miejsca 🙂 Widzę, że trafiliście też do fortu w Al Ain na wystawę zdjęć Thesigera – jak tam dotarliśmy to nie miałam o nim pojęcia, a wystawa bardzo mi się spodobała i teraz muszę poczytać o nim więcej. Pozdrawiam!

    1. Dzięki za miłe słowa. A co do broken drogi to może i głupie (z perspektywy ktogoś zmotoryzowanego na pewno ;), ale pod tą przełęczą to prawie miałem łzy w oczach. Taki kawał przez góry, w prostej linii 10 kilo do celu no i klops.

    1. Nie udało nam się niestety wyczaić dzikiej plaży, przy której byłaby rafa i można by posnorklować. Choć same plaże nad Oceanem Indyjskim też mają klimat, trochę jak zachodnie wybrzeże Australii (rozmarzam się…). Ale tak – znajdą tam się bardziej pro miejsca nurkowe, choć ceny mogą pewnie zwalać z nóg. Wizz Airem do Dubaju to można za 160zł polecieć, więc lot to raczej najmniejszy problem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *