Rowerowe okno pogodowe. Co to znaczy dobra i zła pogoda na rower?

Hej, jedziecie w złym kierunku! – wołają do nas nadjeżdżający z naprzeciwka rowerzyści. – Niezły wiaterek, co?
Odpowiadam z przekąsem, że owszem, zdążyliśmy już ten wiaterek zauważyć, bo wieje nam od miesiąca.


Wszyscy obcokrajowcy, których spotykamy, jeżdżą w złą stronę. Niemcy, Nowozelandczycy… – dwaj mężczyźni kontynuują ze śmiechem. – My jesteśmy z Australii, więc wiemy, jak tutaj planuje się trasę.
Po krótkiej pogawędce oni odjeżdżają – powinnam powiedzieć – odfruwają, my tymczasem siadamy na rowery i z trudem ruszamy. Pod wiatr.
Spodziewaliśmy się, że Australia da nam w kość z różnych powodów. Ale nie przewidzieliśmy, że to wiatr będzie tym najważniejszym czynnikiem.

Zastanawiasz się, czy to wyjątkowo dzisiaj tak wieje? Rozejrzyj się dookoła... Tutaj, w okolicy Geraldton, mieliśmy jeszcze wiaterek w plecy
Zastanawiasz się, czy to wyjątkowo dzisiaj tak wieje? Rozejrzyj się dookoła i wyciągnij wnioski…
Tutaj, w okolicy Geraldton, mieliśmy jeszcze wiaterek w plecy

Nierówna walka z wiatrem zaczęła się mniej więcej w połowie naszej trasy przez Australię. Wiatr w mgnieniu oka z niewidzialnego pomocnika stał się naszym największym wrogiem. Silnie, nieustępliwie, dmuchał dokładnie z kierunku, w którym teraz jechaliśmy. Jakby tego było mało, powróciły upały i podjazdy. Zatrzymywaliśmy się co kilka kilometrów by na chwilę odsapnąć w cieniu. Nasze dzienne przebiegi drastycznie zmalały, walczyliśmy o każdy kilometr. To, co kiedyś mogliśmy nagnieść w trzy godziny, teraz zajmowało nam cały dzień. Krajobraz przewijał się przed naszymi oczami coraz wolniej, a my zamiast cieszyć się nim, przeklinaliśmy te wzgórza, na które dodatkowo musieliśmy się wspinać, i przeklinaliśmy ten licznik, który jak na złość jakoś tak wolno się kręcił. A przecież odległości nadal były „australijskie”. Trzeba było wziąć się w garść i jakoś dotoczyć się do tego najbliższego miasteczka, gdzie czekał upragniony sklep i jedzenie.
Czy będzie tak już do końca? Czasem mieliśmy nadzieję, że jednak nie. Kładliśmy się spać i wsłuchiwaliśmy się w tę ciszę. Aż do następnego poranka, gdy soczystym polskim bluźnierstwem witaliśmy nadejście pierwszego podmuchu, który szarpnął naszym namiotem, zwiastując kolejny dzień mordęgi.
Szybka kalkulacja, i staje się jasne, że w takim tempie nie ma szans, byśmy zdążyli na samolot do domu.
To wiatr dyktuje nam warunki. My możemy co najwyżej spróbować go przechytrzyć. Pierwszy krok to cierpliwie, wnikliwie obserwować zwyczaje przeciwnika: wyłapywać prawidłowości, uczyć się, kiedy się pojawia, kiedy ustępuje, jak zmienia (a raczej – nie zmienia) się jego kierunek. Z naszych obserwacji wyniknęło, że nasze okienko pogodowe zaczyna się po zachodzie słońca. Więc postanowiliśmy: od dzisiaj jeździmy w nocy.
Już raz jechaliśmy nocą – w Uzbekistanie. Ale to była jednostkowa akcja. Tym razem sprawa jest poważniejsza. Musieliśmy przeprogramować się z naszego dotychczasowego rytmu dnia podporządkowanego słońcu, na rzecz regularnego zarywania nocek i nagniatania – mimo zmęczenia, mimo zamykających się oczu. Musieliśmy także nauczyć się wypatrywania po ciemku miejsc do spania pośród krzaków i wysokiej trawy.
Do zadania podeszliśmy poważnie, i już pierwszej nocy tranzytem pokonaliśmy okrągłe 200 km, bijąc przy okazji nas życiowy rekord.
Naszą taktykę nocnej jazdy kontynuowaliśmy przez kolejne tygodnie, udoskonalając ją i dostosowując do co rusz zmieniających się warunków pogodowych. Bo na przykład czasem wiatr jak na złość powracał koło godziny 20-22, i nasze okienko pogodowe kurczyło się do marnych trzech godzin dziennie, które musieliśmy maksymalnie wykorzystywać. Z czasem zaczęliśmy analizować, jaki związek z siłą i kierunkiem wiatru ma księżyc, którego zmienne fazy obserwowaliśmy przez kolejne noce. Ale tutaj już zabrakło nam kompetencji. Do legendarnych Górali wciąż nam daleko.

W Azji silny wiatr tylko parę razy dał nam w kość. Czasem było wręcz przeciwnie – sprawiał, że biliśmy rekordy prędkości. Azjatycki wiatr zdawał się być bardziej nieprzewidywalny, zmieniał kierunki, czasem znikał na całe tygodnie. Ale wtedy jeszcze nie zaprzątało to nam głów. Ot – jak wieje w mordę, trzeba się wziąć w garść i napierać, jak wieje w plecy – korzystać, żadna filozofia. Wtedy ważniejsze były inne czynniki: to przede wszystkim słońce i deszcz wyznaczały nasze okienka pogodowe.
Z sentymentem przypominamy sobie, jak to było na samym początku. Wtedy, w Turcji, głównie jeszcze walczyliśmy z własnymi słabościami i mniej zwracaliśmy uwagę na to, co się święci nad naszymi głowami. Oswajaliśmy się z rowerami objuczonymi bagażem, z bólem nóg i tyłków, z niewygodą i „życiem w drodze”. A że turecka wiosna bywa kapryśna, powitała nas strugami deszczu. Nasze nowiutkie, lśniące ortlieby, nieprzemakalne kurtki i buty z goretexem zdawały wtedy pierwsze testy odporności, przy okazji łapiąc pierwsze plamy i otarcia. A my bez względu na okoliczności zaciskaliśmy zęby i nagniataliśmy do przodu przekonani, że po prostu czasem musi być ciężko. I tylko ci Turcy patrzyli na nas z politowaniem i co rusz oferowali pomoc. No bo jak to? W taki deszcz? To nie jest pogoda na rower!
I mieli rację. Właśnie teraz, u kresu naszej podróży, jak nigdy wcześniej, czujemy, że sił przyrody nie wolno ignorować. Prędzej czy później, metodą niezliczonych prób i błędów, trzeba nabrać respektu i nauczyć się odczytywać te wszystkie sygnały, które wysyła Natura.
Na szczęście deszcz szybko nas przytemperował. Kilka poważniejszych ulew w Gruzji czy Azerbejdżanie, i już wiedzieliśmy, że w takich okolicznościach jazda nie ma sensu, zwłaszcza, że nie byliśmy przecież na krótkiej wyciecze za miasto. Po kilku kilometrach rowery są ubłocone, i co chwila trzeba się zatrzymywać na czyszczenie łańcuchów i ponowne smarowanie, bo drobinki piasku zapychają napędy. Deszcz najlepiej cierpliwie przeczekać.
A co wtedy, gdy deszcz zaskakuje w czasie biwaku? Po kilku miesiącach nasz namiot coraz gorzej znosił ulewy. I wtedy zaczęło się kombinowanie: gdy tylko czuliśmy, że deszcz wisi w powietrzu, desperacko szukaliśmy jakiegoś dodatkowego schronienia. Altanka, przystanek autobusowy, wiadukt – cokolwiek, byle tylko oszczędzić namiot i nie obudzić się w mokrej szmacie, byle tylko na drugi dzień można było sprawnie się zwinąć i jechać dalej.
W Malezji pojawiły się burze i tropikalne ulewy. Obserwowaliśmy gęstniejące granatowe chmury, które z reguły po południu wylewały z siebie hektolitry wody. Bolesna lekcja pokory miała miejsce na wjeździe do Kuala Lumpur. Chcieliśmy przechytrzyć burzę, ale nie doszacowaliśmy czasu potrzebnego na dojazd do celu. Wiadra wody wylały się na nasze głowy, gdy mknęliśmy autostradą. Na okienko pogodowe musieliśmy więc czekać pod wiaduktem, w towarzystwie kilkunastu skuterzystów. Na szczęście pół godziny później było już po wszystkim.
ulewa_w_kl
W Australii piękne, bezchmurne niebo potrafiło dość szybko schować się pod grubą warstwą deszczowych chmur, z których deszcz zaczynał padać dokładnie w momencie, gdy się budziliśmy. No i nici z jazdy, zamiast zwijać obozowisko, trzeba było prędko wracać do namiotu i odczekać. Wyciągnęliśmy z tego wnioski i kilka razy udało nam się bardzo wcześnie wstać i ekspresowo spakować, zanim przyszedł poranny deszczyk. Takie nasze rowerowe okno pogodowe.
Słońce to też ciężki zawodnik. Pierwsze promyczki, pierwsza delikatna opalenizna… Wyciągaliśmy w stronę słonka nasze blade jeszcze pyszczki. Do czasu, gdy wjechaliśmy na kazachskie stepy. Było już lato, a to w Azji Centralnej stoi pod znakiem bezlitosnego słońca, które przypala, rozgrzewa do nieprzytomności i sprawia, że woda znika z butelek w błyskawicznym tempie. Kilka zuchwałych (naiwnych?) przejazdów w skwarze i szybko przekonaliśmy się, że tak się po prostu nie da. Pokornie dostosowaliśmy nasz zegar biologiczny: pobudka przed wschodem, pierwsze kilometry jeszcze we względnym chłodzie, potem przeczekujemy godziny południowe gdzieś w cieniu, i dalsza część jazdy do zmroku.
Słońce do spółki z dużą wilgotnością powietrza dyktowały nam swoje warunki także w Azji Południowo-Wschodniej. Znów jedynym sensownym wyjściem było: przeczekać środek dnia. Ten „środek” czasem rozrastał się do pięciu, sześciu godzin, zwłaszcza, gdy udawało się znaleźć jakąś przytulną kafejkę z wifi i klimatyzacją. Aż chciało się wtedy zastosować naszą sztuczkę wypracowaną w Azji Centralnej, czyli wstawanie przed wschodem, by ugrać te dwie chłodne godziny naszego okienka pogodowego więcej. Ale nic z tego. W Kazachstanie czy w Uzbekistanie powietrze było suche jak pieprz. Ale im byliśmy bliżej morza, tym robiło się bardziej wilgotno. Nasz namiot każdego ranka był tak mokry, jakby przeszła nad nami ulewa. Zamiast więc szybko się zwijać, trzeba było czekać na pierwsze promyki słońca, by wysuszyły namiot. A to oznaczało, że w trasę ruszaliśmy w upale. Tak źle tak niedobrze. Trudne są te przepychanki z pogodą.
* * *
Tymczasem my dojechaliśmy właśnie do tego wyczekiwanego punktu na mapie. Katherine – małe miasteczko na skrzyżowaniu dróg jest najdalej na wschód wysuniętym miejscem, do którego dojechaliśmy na rowerach. Zaglądam do dziennika. Pod wiatr jechaliśmy dokładnie 31 dni, robiąc łącznie ok. 2200 kilometrów. Było ciężko. Traciliśmy siły, traciliśmy motywację, skakaliśmy sobie do gardeł. Ale to już za nami. Już jutro odbijamy na północny-zachód w stronę Darwin. A to oznacza, że nasz ostatni odcinek drogi pokonamy Z WIATREM W PLECY!

Dziś mamy pomyślne pomiary: przed nami idealna pogoda na rower!
Papier toaletowy, najlepsze urządzenie meteorologiczne, ma dzisiaj dla nas dobre wieści.. 🙂
Papier toaletowy, najlepsze urządzenie meteorologiczne, ma dzisiaj dla nas dobre wieści.. 🙂

9 odpowiedzi do “Rowerowe okno pogodowe. Co to znaczy dobra i zła pogoda na rower?”

  1. Ale mokry namiot mozna zwinac rano i suszyc w poludniowym sloncu, wtedy nie traci sie chlodu poranka, ani w ogole nie siedzi sie bezczynnie patrzac jak schnie 😉 Z wiatrem te 316km z Katherine do Darwin to pewnie w jeden dzien zrobicie, powodzenia!

    1. Mhm, nie raz wiozłem mokrą szmatę, którą suszyłem potem czekając na Mażnę 😉 Problem w tym, że jak jest z rana mokro, zimno, a wszystko jest oblepione wilgocią to nie zawsze się chce…

  2. Jak nic, staliście się meteorologicznymi ekspertami i to na paru kontynentach;-) Zebrać to wszystko razem i gotowy poradnik rowerzysty ekstremalnego;-)
    Nieustający podziw i szacun!!!

  3. Uffff…!!! Katherine – rzut beretem i w domu (Darwin). Gratuluję raz jeszcze i miłego żeglowania do Darwin.
    P.S. Niejaki Erik S. za każdym razem jechał w kierunku przeciwnym do zegara. Coś w tym musiało być. Co? Już teraz wiecie. 😉
    P.S.S. Ale jestem parszywa wesz, co? 😉

  4. Ojej – przez tyyyyyyyle czasu, zawsze gdy mi było źle zaglądałam tu i świat na powrót nabierał sensu… Niby wiedziałam, ze kiedyś skończycie tę drogę, ale i tak smutno.

    Wymyślcie jakiś ciąg dalszy – proszę.

  5. Szczerze, to czasem boimy się pisania dalej, bo kto to będzie czytał… Ale po przeczytaniu TAKIEGO komentarza musimy się chyba zmobilizować i coś wymyślić 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *