Australia: rowerowy raj, czy piekło?

Bezkresne horyzonty, ogromne przestrzenie, stepy ciągnące się niczym ocean. Taka jest Zachodnia Australia. Do czasu gdy zamarzy nam się zjechać z głównej drogi, w bok.

Jedziemy kilkadziesiąt metrów i koniec. Nadziewamy się na płot. Często jest to płot kolaczasty, nierzadko pod napięciem. Gdy ten płot ochraniał coś – plantację, stado krów czy owiec – mogliśmy jeszcze to zrozumieć. Teraz, gdy jesteśmy pół tysiąca kilometrów od najbliższego miasta, posród kompletnego pustkowia, nie rozumiemy już tego wcale. Domyślamy się, że chodzi o kasę. Kasa musi się zgadzać, a każdy porządny turysta każdą noc powinien spędzić na oficjalnym kampingu. Ile taka przyjemność kosztuje? W parkach dla karawaniarzy minimum 30 dolców za skrawek zielonej trawki. Bez prądu, o Internecie nie wspomnę.

Oj, chyba teraz dopiero doceniliśmy jak łatwo i bezproblemowo podróżuje się na rowerze po Azji. Nawet w Chinach, gdzie miejscami było naprawdę bardzo, bardzo ciasno nie było tyle bezsensownych przydrożnych płotów, zakazów i ograniczeń. Nie spodziewaliśmy się, że w Australii będzie pod tym względen aż tak źle. A jednak, mimo tych dających pozorną wolność gigantycznych przestrzeni, ktoś zaangażował absurdalnie duże siły i pieniądze, aby to wszystko dokładnie ogrodzić. Momentami wrażenie jest takie jakbyśmy jechali zamknięci w klatce. Nie można wejść na pobliskie wzgórze, nie można zejść do koryta rzeki. Jedyne co można to jechać prosto przed siebie. Dobrze, że w niektórych miejscach bramy są otwarte. Zdarza się też, że płot zdemolowały zwierzęta albo jakiś turysta, szukający darmowego miejsca do spania w swojej terenówce.

Tak, samych Australijczyków ta mania grodzenia też wkurza. Podobnie jak wysokie ceny. „Do Coral Bay nie jedźcie, albo rozbijce się gdzieś przed miasteczkiem” – radziła nam grupka siwych nomadów w czteromiesęcznej podróży wokół Australii, na którą wybrali się na emeryturze. Zgarnęli nas prosto z drogi i całkiem nieźle nakarmili. Na szczęście nawet w tak skomercjalizowanym kraju jak Australia ludzie potrafią sobie pomagać. Nie zliczę już ile razy, gdy wylegiwałem się przy drodze kierowcy pytali czy wszystko ze mną OK. Raz jeden facet w terenówce zagadnął mnie, czy aby na pewno nie brakuje mi wody. A wszystko przebił przemiły gość w ciuchach za dużych o trzy rozmiary, który zatrzymał się aby wręczyć nam puszeczkę Jim Beama.

„A znacie taki portal w necie warm-cośtam?” – dopytywali nas na parkingu siwi nomadzi. Warmshowers! Pewnie, że znamy. Bez niego byśmy chyba usiedli tu w rowie i płakali. Warmshowers, czyli darmowe noclegi tylko dla rowerzystów. W Australii działa to świetnie. To już chyba taki urok drętwych i poukładanych „zachodnich” krajów. Wszystko można, ale trzeba to wcześniej zaplanować i dogadać. Ale, gdy już to zrobimy możemy liczyć naprawdę na wspaniałą, przemiłą gościnę. Dzięki Warmshowers trafiliśmy do Damona i Fiony w Geraldton, i do Sari w Carnarvon, a jak się wszystko dobrze ułoży trafimy do Maxa w Broome. W końcu bez bariery językowej możemy plotkować i opowiadać o naszych podróżach do woli. I to chyba nawet, mieszkających na tym swoim koniuszku świata, Australijczyków interesuje. Niektóre ich reakcje są bezcenne: „A to wy mówicie po angielsku?”, „W Chinach mają telefony komórkowe?”.

Stety, niestety na gorący prysznic załapiemy się w Australii tylko kilka razy, a na co dzień musimy kombinować. Na szczęście sztukę darmowego kampowania mamy opanowaną całkiem nieźle. Do tej pory, nikt nas jeszcze nie przyłapał. „O tu jest skarpa, a tam dołek. Schowani za tymi za krzakami, gdzieś przy samym płocie przytulimy nasz namiocik”. Proste? Proste! Niestety dość blisko drogi. Bardzo to nie przeszkadza, bo jeździ tu jeden samochód na godzinę, a w nocy ruch zamiera kompletnie. A wieczory, zachody słońca i noce są w Australii fantastyczne. Tak. Najlepiej jest gdy zajdzie słońce i uspokoją się roje krwiożerczych meszek, które doprowadzają mnie w tym kraju to szału. Tutaj to nie człowiek dyktuje naturze warunki, ale to ona ustala zasady. Nam pozostaje się tylko przed tym żywiołem chować i czasem ukradkiem podziwiać jego piękno. Wpatrywanie się w drogę mleczną do góry nogami wciąga nieziemsko. Ja leżę plackiem i się gapię, Mażna szaleje z aparatem. I ta pustka i cisza. Czujemy się jak zamknięci w próżni. Znamy to już dobrze z Pamiru. Tęskniliśmy.

australia-niebo-czy-pieklo-20 australia-niebo-czy-pieklo-19 australia-niebo-czy-pieklo-18 australia-niebo-czy-pieklo-16 australia-niebo-czy-pieklo-15 australia-niebo-czy-pieklo-14 australia-niebo-czy-pieklo-13 australia-niebo-czy-pieklo-12 australia-niebo-czy-pieklo-11 australia-niebo-czy-pieklo-10 australia-niebo-czy-pieklo-9 australia-niebo-czy-pieklo-8 australia-niebo-czy-pieklo-4 australia-niebo-czy-pieklo-3 australia-niebo-czy-pieklo-2

15 odpowiedzi do “Australia: rowerowy raj, czy piekło?”

  1. Kolejne wspaniałe fotki. Gratuluję i zazdroszczę.
    Druty nie są przeciwko Wam, turystom, ale by bydło się nie rozpierzchło. Australia słynie z super wołowiny. Podobnie, jak Kanada, szczególnie Alberta (gdzie mieszkam). Najlepsza jakościowo wołowina jest nie z obór, ale z luźnego wypasu. Na dziko. Niektóre rancza mają tysiące, wiele tysięcy akrów. Nikt tych krów nie pilnuje. Łażą gdzie chcą. Niestety nie akurat przed obiektywem i nie przy drogach. Choć zdażają się wyjątki – pedałując po wschodniej Australi w ubiegłym roku wielokroć natrafiałem na grupy bydła pasące się o kilkadziesiąt metrów od drogi, na bezkrsnych ranczach, które przestraszone, w panice uciekały biegnąc… równolegle do drogi! Ze mną, przez wiele, wiele set metrów! Oczywiście wszystko to po tamtej stronie płotu. Nigdy, przenigdy nie przyszło mi do głowy kwestionować te płoty. Nie wiem czy to jest przegięcie, ale gdybybm był ranczerem, teź wolałbym mieć moje bydło raczej koło siebie, a nie 30 krów w Darwin, 73 w Adelaidzie, 39 w okolicy Brisbane, 18 w Melbourne, 56 w pobliżu Perth… no i tak dalej, dalej… 😉
    POWODZENIA I 3MAJCIESIE !!!

    1. Majchers: w okolicach Perth, Geraldton, Carnarvon owszem są ogarnięte rancza i australian beef biega sobie radośnie za nimi – wszystko jasne. Ale tutaj na północnym zachodzie grodzą także 100% pustostany. Im bliżej karawan parków, im bliżej takiego np. coral bay, tym płoty wyższe, lepsze i bardziej opancerzone. Zwierzaki nie mogą ich sforsować, biedne emu uciekało od nas w panice z kilometr nie mogło przeskoczyć… Nam się to zwyczajnie nie podoba, ale pewnie w zachodniej Europie, czy stanach byłoby dokładnie tak samo. Azja zmienia i rozpieszcza człowieka w niektórych kwestiach.

    2. Dla zwierząt płoty nie są aż tak wielkim problemem, jak chcieliby tutejsi farmerzy. Zwierzęta i tak przeskakują i pasą się w pobliżu drogi. Krowy w panice przeskakują górą, kozy i owce jakośtam nawet mieszczą się pomiędzy poszczególnymi drutami. Emu próbowało w kilku miejscach, ale w końcu ten płot sforsowało. Ale ile zwierząt przy okazji się pokaleczy, zwłaszcza, gdy jest drut kolczasty? I wykrwawi się kilkadziesiąt metrów dalej, albo złapie zakażenie?
      W dodatku w ogóle te zwierzęta nie boją się samochodów i road trainów, a w panice uciekają o dziwo na widok rowerzystów 🙂 Efekt widać do kilkaset metrów w rowie. Tylu potrąconych krów nie widzieliśmy nigdzie wcześniej, a przecież w Azji nie ma płotów i ludzie prowadzą stada czasem po ruchliwej drodze.

  2. Wow, nie słyszałam o tych płotach! Wybieramy się niedługo i chociaż o niebo łatwiej bo na czterech a nie dwóch kółkach to i tak mnie zmartwiliście, że nie można sobie zatrzymać się, gdzie się chce. Mimo, że pośrodku niczego… dziwna polityka. Australia nie po raz pierwszy pokazuje się od mniej słonecznej strony 🙂 Dzielcie się z nami swoimi spostrzeżeniami z drogi jak najczęściej. Powodzenia w dalszej wyprawie.

  3. Niestety, z tymi płotami i znakami ostrzegawczo-zakazującymi to tragedia… Nie tylko WA, w NSW i Queensland tam gdzie byłem też tego pełno. Dodam od siebie, że z tymi miejscami dla karawaniarzy nie jest aż tak źle cenowo – spaliśmy w jednym nad samym oceanem, z prądem, super czystymi prysznicami, BBQ, darmowymi komputerami z Internetem za $34. Oczywiście przy dłuższej podróży mój budżet by tego nie wytrzymał i zdecydowanie bardziej wole spać na dziko, ale czasami można znaleźć 🙂 Polecam aplikację WikiCamps Australia, tylko trzeba pamiętać że na odludziu nie będzie zasięgu i prądu, więc warto wcześniej posprawdzać miejscówki. Szerokiej drogi Wam nie ma co życzyć, braku płotów zatem! 😉

  4. Co do zatrzymywania, to zależy to od stanu. Nie pamiętam już w którym z nich (Victoria?) nie wolno zatrzymywać się (na noc) na żadnym z przydrożnych postoi. Ale w innym znowu, bodajże Queensland można to robić nawet i do 48 czy nawet 72 godzin (2-3 noce!). Jakkolwiek by nie było, to nigdzie, nigdzie nie spotkałem się z nieprzychylnością czy wręcz egzekucją tych zakazów! Wszyscy jesteśmy ludźmi przecież. A tak rozruszanego i wiercącego się narodu jak Australia nie widziałem !

  5. @M+J – Jakimś cudem przeoczyłem i nie doczytałem Waszych odpowiedzi z 19 maja. Sorry. Oczywiście, że zwierzaki nie „słuchają” płotów, oczywiście, że giną pod kołami… Azja jest dużo bardziej zaludniona i zagęszczona, zwierzaki są przyzwyczajone do „hałasu cywilizacji”. W Oz jest trochę inaczej, co zresztą zauważyliście już… Znalezienie jakiejś jednej logicznej odpowiedzi jest raczej mało prawdopodobne. Możemy więc śmiało przyjąć, że… widocznie coś musi za tym być, za tym stawianiem płotów. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wydwałby przecież dziesiątków tysięcy $ na budowę ogrodzeń tylko dla samej przyjemności ich budowania. Pedałujmy więc dalej… 😉
    P.S. Jak Wam idzie dotąd? Jak wiatry? Potrafią być irytujące…

    1. Wiatry mieliśmy świetne z południa na północ, za wyjątkiem dwóch dni, gdy pogoda szalała i nosiło się na burzę. Teraz na wschód raczej w paszczę irytująco-równo, ale nie jakoś szczególnie mocno i porywiście. Chociaż tyle 🙂

  6. Wracam do tych płotów. Może to jest uzasadnione lecz dla zwykłego wagabundy ohydne. Z moich doświadczeń wynika, że ogrodzona jest prawie cała Ameryka, Nowa Zelandia (a do tego jak piszecie dochodzi Australia) i spora część Europy Zachodniej. Paradoksalnie najbardziej wolna jest przestrzeń dawnego Związku Radzieckiego, Azja i Europa Wschodnia no i Afryka (choć znam tylko północną jej część). Nawet tak zróżnicowane Chiny są lepsze (tam występują inne problemy z biwakowaniem). Np. w takim Kazachstanie jest przepiękny zielony step a stada bydła zaganiane są przez pastuchów. Podobnie jest w Mongolii. Step zawsze był najszerszym gościńcem świata. Niestety czasy się zmieniają.
    Gratuluję pomysłu podróży. Podziwiam i życzę powodzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *