Rzucić wszystko: jak to właściwie się robi?

DSC02468s
To jest wyjątkowo osobisty wpis. Dotyka on spraw, które wyjaśniają, jakie były początki mojego dojrzewania do decyzji pt. „rzucam wszystko”. Mam pełną świadomość, że sformułowanie „rzucić wszystko” jest w moim przypadku bałamutne, ale ładnie ono brzmi, jest zuchwałe, po prostu podoba mi się. Nie chodzi o desperacką próbę ucieczki. W rzeczywistości tę decyzję przychodzi mi podejmować z dość wygodnej, bezpiecznej pozycji.

A zaczęło się od tego, że skończyłam studia socjologiczne, i wbrew tym wszystkim analitykom rynku pracy, od razu zdobyłam bardzo dobrą pracę w firmie z tzw. „Wielkiej Czwórki”. Praca zgodna z wykształceniem, ciekawa, pełna wyzwań, z pensją powyżej średniej krajowej. Można powiedzieć, że osiągnęłam pewien rodzaj stabilizacji i bezpieczeństwa. Moje problemy powoli zaczęły się stawać problemami pierwszego świata. Oczywiście, cieszyłam się. Na statystyce i na realiach życia polskiego społeczeństwa znam się na tyle, by docenić własne położenie.

Ale było coś, co psuło krew. Coś, co zostało zresztą szczegółowo opisane przez współczesnych socjologów. To ten rodzaj lęku przed zamianą ról, odwróceniem porządku, przed utratą tego pozornego bezpieczeństwa i wszystkiego, co udało się z trudem zdobyć w tym świecie, w którym przecież dla wszystkich nie wystarcza. Na swój sposób fascynujące było przeżywanie w moim własnym życiu tego, o czym pisał w swoich książkach np. Zygmunt Bauman.

Przez niemal trzy lata w PwC, nie dopuszczałam w ogóle myśli, że mogłabym z własnej woli opuścić tę bezpieczną przystań. Choć w międzyczasie praca niemal doszczętnie pochłonęła moje życie osobiste, i zaczęła zabierać się za moje zdrowie, nie byłam w stanie (a raczej nie chciałam) nic z tym zrobić. Ale, jak głosi powiedzenie, owcę należy strzyc, a nie ją zarzynać. W pewnym momencie w pracy zostałam postawiona wobec na tyle poważnej decyzji, że nie dało się obok niej przejść obojętnie. I tutaj nastąpił ten moment otrzeźwienia. Choć wiązało się to z ogromnym stresem i zachwianiem tego złudnego poczucia bezpieczeństwa, postanowiłam przeciwstawić się mojemu pracodawcy. A wiadomo, co to w praktyce oznacza.

Wbrew obawom, dość szybko udało mi się znaleźć nową, bardzo satysfakcjonującą pracę. Paradoksalnie, ten proces utraty i szukania był dla mnie doświadczeniem wyjątkowo pozytywnym. Dzięki temu udało mi się umocnić fundamenty mojego poczucia własnej wartości oraz przejąć kontrolę i odpowiedzialność za własne życie. Właśnie wtedy po raz pierwszy na dobre poczułam, że dam radę! Że sobie po prostu poradzę. Że wszystko zależy ode mnie. To jest niesamowicie budujące uczucie!  To dzięki temu teraz jestem w stanie z własnej woli pożegnać się z moją kolejną pracą i podjąć ryzyko w imię realizacji własnego pomysłu na życie.

A poza tym, bądźmy szczerzy, w tamtej pracy byłam zwykłym szaraczkiem, żadną niezastąpioną „panią manager”. Owszem, polubiłam koszule i spódnice ołówkowe, ale nie zdążyłam zbytnio obrosnąć w piórka. Największym snobizmen było chyba kupowanie w Almie ryb i awokado (te pierwsze zresztą niewarte swojej ceny) oraz regularne wypady do europejskich miast, na które rzeczywiście, szło sporo kasy (wtedy jeszcze nie znałam couchsurfingu). Nawet trochę popróbowaliśmy z Jankiem zakosztować „lajfstajlowego” stylu życia, jednak ani trochę nie wciągnął nas hipsterski klimat Charlotty i tym podobnych miejsc, choć przyznam, że podsłuchiwanie dialogów przy barze było fajną rozrywką. Zmiana pracy pozwoliła mi znów wskoczyć w wygodniejsze obuwie i nabrać trochę dystansu.

Innymi słowy: nie zdążyłam jeszcze przekroczyć Rubikonu, choć było blisko. Mam na myśli również zaciąganie finansowych zobowiązań, które stanowią z jednej strony potwierdzenie osiągniętego jakiegoś tam statusu, a z drugiej – są sposobem realizacji własnych (?) aspiracji.  Mam przed oczami osoby, które wzięły kredyty hipoteczne „na górce”, w tym takie, które poza comiesięcznymi ratami muszą opłacić jeszcze prywatne przedszkole swoich dzieci. Przypominają mi się wtedy te kierowane do mnie pytania z ukrytą tezą: „a wy, kiedy bierzecie kredyt?”, i zdziwienie, gdy odpowiadałam, że wolę wynajmować, bo tak czuję się bezpieczniej i jest mi lżej na duchu. Na moją zdolność kredytową ostrzył sobie ząbki również mój bank, zasypując mnie różnymi bzdurnymi ofertami. Wyraźnie widziałam tę ścieżkę, z której nie można już zawrócić. Kredyt hipoteczny to nie jest bowiem coś, co można ot tak, „rzucić”. Mam pełną świadomość, że gdybym rok czy dwa lata temu poszła tą drogą, zdecydowała się na tę kredytową pętlę na szyi, wtedy w poprzedniej pracy nie potrafiłabym stanąć w obronie mojego życia osobistego, i pewnie dalej pokornie, co rano, szukałabym dla siebie jakiegoś wolnego biureczka na „ołpen spejsie”.

A dzisiaj nie mogłabym zuchwale „wszystkiego rzucać”.

8 odpowiedzi do “Rzucić wszystko: jak to właściwie się robi?”

  1. Fajnie, że można zajrzeć tu trochę głębiej – wreszcie zaczyna do mnie docierać czym żyjesz i za to „coś” bardzo duży szacun. Trzymam kciuki za Waszą wyprawę 🙂

  2. Zaintrygowała mnie odważna decyzja i socjologiczne spojrzenie. Lubię wykształciuchów w podroży, więcej widzą 😉 Będę śledzić! Pozdrówki.

    1. Fakt, w Indonezji przydało się trochę socjo-spojrzenia. W naszej najbliższej podróży pewnie bardziej przydatna będzie znajomość języka rosyjskiego, ale jakoś damy radę.

  3. Dzisiaj młodośc jest odważniejsza niz kiedyś – podziwiam i trzymam kciuki 🙂
    Ja dorastałam do takiej decyzji 30 lat – he he he – jak to brzmi 🙂
    Dziś rzucam wszystko, ale dosłownie i ruszam na kilkuletnią przygodę,
    oczywiście po wieloletnich próbach smakowania świata –
    zapraszam http://okiemwiewiorki.blogspot.com/
    pozdrawiam
    Ruda

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *