Świat z dołkiem w klatce

Kim trzeba być, aby przejechać z jednego końca Azji na drugi na rowerze? Sportowcem, twardzielem, okazem zdrowia? Nic z tych rzeczy. Równie dobrze można być największym chuchrem jakie widział świat. Z kilkucentymetrowym dołkiem w klatce.

Z problemem z klatką piersiową zmagam się już od wczesnej podstawówki. Matka natura jest złośliwa. Statystycznie u jednego pechowca na tysiąc klatka zamiast rozwijać się prawidłowo, wraz z wzrostem kości zapada się w miejscu splotu słonecznego. Klatka wklęsła, lejkowata, szewska, pectus excavatum – jak zwał tak zwał. Gdy dołek jest mały, problem jest co najwyżej kosmetyczny. Gdy jest większy, wpływa to już mocno na pracę serca, płuc, i co za tym idzie na nasze ogólne samopoczucie i wydolność.

Lekcja WF była od zawsze moim największym życiowym dramatem. Weźmy na przykład licealny sprawdzian z biegania, który polegał na drałowaniu z jednego końca sali gimnastycznej na drugi. Im więcej ktoś obrócił takich rundek, tym wyższa była ocena. Pamiętam to uczucie, gdy po trzydziestu przebieżkach ledwo ruszałem nogami, dyszałem, serce waliło mi jak młot, a oczy nerwowo wypatrywały kogoś, kto także ma już dość. W tej dyscyplinie miałem akurat tę wyjątkową szansę nie być tym najgorszym. Zawsze znalazł ktoś, kto szybko chciał usiąść na ławce, bo po prostu nie chciało mu się tak bezsensownie biegać.

Równie źle, albo nawet gorzej radziłem sobie w sportach wymagających ogarnięcia piłki, ale ten temat może już litościwie dla samego siebie przemilczę. Umówmy się, WF to nie była i nie jest moja dziedzina. Był jednak taki moment w moim życiu, gdy czując się jak ktoś po trzech zawałach, po kolejnej zakrapianej wódką „politechnicznej imprezie”, zdecydowałem, że muszę wziąć się w garść. Trafiłem na forum pectus.pl, które wertowałem non-stop przez kilka dni czytając historie podobnych sobie pokracznych osobników. To niesamowite uczucie czytać słowa ludzi, których losy toczyły się dokładnie tak samo jak moje. Koszmarne kompleksy, brak pewności siebie, nieistniejące życie osobiste.

I co z tym fantem zrobić? Można iść pod nóż i zwalczyć problem raz na zawsze. Jest kilka dość wyrafinowanych metod operacyjnych, po których klatka może wyglądać jak nowa. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wydolnościowo nie każdy po takim zabiegu czuje się od razu jak Lance Armstrong, rehabilitacja bywa długa i bolesna, zdarzają się nawroty. Bałem się bólu i powikłań. Nie miałem na to jaj. Zdecydowałem się zaakceptować, że moja klatka wygląda tak a nie inaczej i zrobiłem sobie jedno mocne postanowienie. Od dziś żadnego niezdrowego żarcia, żadnego alkoholu. Od teraz tylko mój ulubiony sport: bieganie! Wezmę się za siebie i zobaczę, ile się da wyciągnąć z mojego organizmu bez użycia skalpela.

Decyzja była o tyle dobra, że bieganie jest najprostszym sportem na świecie. Można być największą pierdołą i panicznie bać się każdej piłki większej od tej od ping-ponga, a jednocześnie całkiem nieźle biegać. Początki były oczywiście dramatyczne. W małym parku niedaleko mojego bloku nie byłem w stanie truchtać nawet przez połowę pętli. Zawziąłem się. Powiedziałem sobie, że się nie poddam. Były niezliczone pęcherze na stopach, co chwilę skręcona kostka, hektolitry potu. Było też trochę łez. A w końcu pierwszy wielki sukces, gdy udało mi się już przebiec całe kółko bez zatrzymywania się. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że coś da się jeszcze z tego mojego organizmu wykrzesać. Klatka, serce, płuca czasem pobolewały, ale powoli i konsekwentnie pracowały coraz lepiej. Po kilku miesiącach znudziło mi się dreptanie wokół stawu. Przeniosłem się na większą pętlę wokół pobliskiego szpitala Matki Polki. Dwa kilometry wydawały się wtedy niezłym kilerem. Za pierwszym razem w bólach wymęczyłem jedno okrążenie.

Po kilku latach wykręciłem wokół mojego szpitala dystans niemal półmaratonu. Parę razy udało mi się nawet wyprzedzić jakiegoś truchtającego emeryta, dzięki czemu pierwszy raz w życiu poczułem, czym jest sportowa rywalizacja. Wcześniej każdy wyprzedzał mnie już na starcie. Przy okazji przestali mnie poznawać dawni znajomi. No cóż, troszkę mnie ubyło od tego biegania. A gdy po zrzuceniu zbędnego balastu przesiadałem się kiedyś na rower, ze zdumieniem odkryłem, że da się na nim jeździć także pod górę! Niesamowite. I można tak wspinać się i wspinać przez długie kilometry. Wtedy pojawiły się chyba pierwsze marzenia o zdobyciu przełęczy z Tour de France, Altiplano, czy Pamiru.

Dziś dużą część tych marzeń udało się już spełnić, a przy okazji jeszcze kawałek dalej przesunąć granicę własnych ograniczeń i słabości. To jest dla mnie w tej podróży strasznie ważne, i gdy tylko jest okazja do jakieś dłuższej rowerowej wspinaczki, zawsze cisnę na maksa. Chyba nauczyłem się tego dziewięć lat temu biegając wokół mojego stawu i trudno mi się już tego oduczyć. Ach, to uzależnienie od endorfin krążących potem w nogach. Czasem pewnie warto by było odpuścić i cieszyć się po prostu widokami i podróżą, tak jak Mażna. U mnie to jednak tak nie działa. Dla mnie każdy podjazd to małe wyzwanie. A jak do tego pojawi się jakiś inny rowerzysta, to już w ogóle nie ma zmiłuj. Paru z nich pewnie zastanawiało się, czemu ten spocony, sapiący gość za nic nie chce dać się wyprzedzić. Sprint pod każdą przełęcz, pokonanie każdej pustyni z moją dziurawą klatą daje niesamowitą frajdę i satysfakcję. Zaczęło się już w Gruzji na przełęczy Goderdzi. Mało serca nie wyplułem, aby utrzymać mordercze równe tempo nigdy nie zatrzymującego się Francuza Lionela. Nie zapomnę też, jak ścigaliśmy się z Danielem z Belgii na jedną z przełęczy z Tadżykistanie. To znaczy ja się ścigałem, a on jechał swoim tempem i ledwo mu się spociła broda. Ale co tam, i tak miałem sporo frajdy z bycia pierwszym na górze.

A jak taki wysiłek na dłuższą metę odbija się na zdrowiu? Świetnie, nigdy w życiu nie czułem się lepiej. Przed wyjazdem, po dwóch latach spędzonych głównie przy biurku, było słabo. Przy siedzącym trybie życia połączonym z regularnym zarywaniem nocek nie raz wyglądałem niczym zombie nad laptopem. Od czasu do czasu ktoś musiał szturchnąć mnie kijem, żeby zobaczyć czy żyję. Tymczasem gdy człowiek wstaje o świcie, jest cały czas na powietrzu i wykręca swoją codzienną dawkę kilometrów, żyje się zupełnie inaczej. Poprawia się krążenie, organizm pracuje jak jedna wielka tryskająca energią bateria. Na klatkowo-sercowe problemy nie ma nic lepszego niż niezbyt intensywny, ale długotrwały wysiłek. Wszystkie sporty wytrzymałościowe mile widziane.

Długo zastanawiałem się, czy jest sens o swoich przypadłościach tutaj wspominać. Wcale nie lubię publicznie się nad sobą użalać. W końcu jednak zdecydowałem się na mój mały coming out. Myślę, że to może być dobry impuls dla kogoś, kto tłumaczy sobie, że nigdy nie zdecyduje się na taką podróż, bo jest za gruby, za chudy, za słaby, chorowity i tak dalej. Otóż słuchajcie, w 99% przypadków nie ma, że się nie da. Da się! Nawet, gdy wasze zdrowie jest równie mało szałowe jak moje. Wszystko to tylko kwestia motywacji, aby ruszyć tyłek. Kiedyś w jednej z pamirskich wiosek pewien starszy człowiek spytał mnie, po co przyjechałem tutaj rowerem? Wtedy coś mu tam odpowiedziałem moją łamaną ruszczyzną, ale raczej niezbyt sensownie. Dziś powiedziałbym, że chodzi właśnie o pokonywanie własnych słabości i ogromną satysfakcję, jaką to ze sobą niesie. To jest najlepsze uczucie na świecie.

26 odpowiedzi do “Świat z dołkiem w klatce”

    1. A wyobraź sobie, że latem od jednego dobrego człowieka Michała, który wspinał się w Tien-Szan, dostaliśmy bańkę izotonicznego koncentratu w prezencie. Rocket fuel wprost ze sklepu dla koksów, dobrze się na tym jechało 🙂

    1. może zbyt lakonicznie się wyraziłam… chodzi mi o to, że „twardość twardzieli” nie koniecznie leży w kondycji fizycznej. dołek może być twardszy od mięśnia. a to pewnie właśnie dlatego, że „utwardzenie” go, kosztuje więcej determinacji.

  1. Niemożliwe staje się możliwe. Dzięki za szczerość, podziwiam jeszcze bardziej. Moja przyjaciółka ma wspaniałego syna 🙂

  2. Jasiek, przybij piątkę, bo ja cię znam z tych wuefowych czasów (no, co prawda wuefu wtedy razem nie mieliśmy siłą rzeczy, ale.). I też niedawno odkryłam, że z astmą i po dwóch operacjach siatkówki, po których to „już tylko szachy”, jak usłyszałam (a nie jest zbyt zajebiście usłyszeć to, kiedy się ma 17 lat), da się jednak i jeździć, i pływać, i biegać i tysiąc rzeczy innych robić. Może maratonu już nie wygram, ale w taką podróż bym się wybrała kiedyś, jak wasza. Dlatego podziwiam i gratuluję. I zazdroszczę.

  3. Myślę, że ci takzwani „kołczowie” od motywacji mogą Ci czyścić buty.
    Te ich wytrenowane ruchy topnieją przy autentyczności tego wpisu. Mega ! 🙂

  4. I to jest to! Wiele razy zastanawialam sie, jakby to bylo byc zdrowa w 100 % i co bym wtedy mogla robic:) Pewnie to samo co teraz! Co prawda wyczynowo niczego nie trenuje, ale tez nie siedze na tylku i nie narzekam. Trzymam kciuki za Twoje kolejne rowerowe wojaze!

  5. Wspanialy post! Moj synek tez ma pectusa i bardzo sie martwie o to jak wlasnie bedzie w przyszlosci przez ta wade. A Panama post jest bardzo motywujacyi przynosi nadzieje na spelnienie marzen: ) pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *