Uwięzieni w Duszanbe, czyli jak nam się kibluje w hostelu

„Witamy w domu!” – takimi słowami przywitali nas mieszkańcy jedynego hostelu w Duszanbe, po tym jak po dwóch dniach wróciliśmy z powrotem. Śpimy tutaj w namiotach, dwa dni bez prądu to standard i jeszcze musimy za to płacić całkiem konkretne sumy. Mimo to czujemy się super. Wszystko oczywiście dzięki ludziom, którzy stworzyli w tym miejscu niepowtarzalny klimat.

Rekordowym rezydentem hostelu Adventurer’s Inn jest Thomas, który wjazd do Duszanbe miał rzeczywiście przygodowy. Niemiec kibluje już ponad dwa tygodnie po tym, jak w środku Pamiru w jego Volkswagenie „ogórku” nawaliło sprzęgło.  Zjeżdżał z gór wbijając biegi na siłę. Niesiony wysokim poziomem adrenaliny, cisnął przez całą dobę, aż dotarł w środku nocy do stolicy. Przywitali go funkcjonariusze tadżyckiej policji. Najwyraźniej nie w humorze, bo zafundowali mu stresującą podróż po komisariatach i dość niewybredne sposoby na wymuszenie łapówki.

Wszystko jednak skończyło się dobrze i możemy sobie kiblować razem, czekając na cenne przesyłki z Europy. My na piastę, on na tarczę sprzęgła. Z tą różnicą, że on na samą diagnozę w tadżyckim warsztacie musiał wcześniej czekać dwa tygodnie. Dziś, kiedy w Pamir ruszył kolejny „turnus” mieszkańców hostelu, Thomas z lekką goryczą skomentował: „już drugi, trzeci raz widzę jak znikają stąd wszystkie namioty, tylko mój stoi cały czas w tym samym miejscu”. Humor mu jednak dopisuje. Gość, który wcześniej – jeszcze na rowerze – wykręcił kilkanaście tysięcy kilometrów i wspiął się na 5300 m.n.p.m. w Himalajach, tak łatwo pokonać się nie da.

Obok Thomasa, na kanapie naprzeciwko nas, siedzi Bostjan ze Słowenii i nerwowo googla plan B podróży, jeśli nie dostanie wizy do Iranu. Tak, znamy ten ból. Jest już co prawda po wyborach, ale dalej aby dostać upragniony kwit trzeba mieć trochę szczęścia. Niektóre agencje turystyczne, które załatwiają kod uprawiający do otrzymania wizy, działają – łagodnie mówiąc – nieprofesjonalnie. Bostjan rzucił robotę jako inżynier i podróżuje już dwa i pół roku, zobaczcie jego galerię zdjęć. W samych Chinach spędził osiem miesięcy i bardzo pozytywnie nakręcił nas na ten kraj.

W przeciwieństwie do większości z nas, niczego rzucać, by tu dotrzeć na rowerze, nie musiał Amerykanin z greckim paszportem – Thono. Latem, przy orzeźwiających -40C pracuje na amerykańskiej stacji na Antarktyce. Kiedy przez pół roku panuje tam zima, ma wolne. Nie potrafię ocenić, na ile jego opowieści podkoloryzowała wódka „syberyjski standard”, ale po wysłuchaniu ich długo nie mogłem zasnąć.

Amerykanie to mają jednak rozmach. Wwiercili głęboko w czysty lód gigantyczny sześcian (jego bok ma kilometr!) z pięcioma tysiącami sensorów. Wszystko po to, aby na bieżąco badać wpadające do atmosfery neutrina. Naukowcy, w swoich wygodnych gabinetach, mogą co pięć sekund podglądać je zdalnie. Kosztuje to pracę kilkudziesięciu osób na miejscu i hektolitry paliwa zużyte na odwierty. Tymczasem, szeregowi pracownicy stacji mogą liczyć na trzy minuty prysznica na tydzień – trzeba oszczędzać zasoby! Życie umilić może im mecz rugby z Australijczykami, którzy swoją stację mają akurat obok. Stany Zjednoczone jeszcze nigdy nie zdobyły punktu…

Mogą też wybrać się do kiwi-sąsiadów na wycieczkę rowerem, choć – jak opowiadał Thono – po kilku głębszych powroty bywają ciężkie. Wiece, ten mróz, wiatr w mordę i jeszcze górka po drodze. Pamir? Phi.

Część ludzi taką pracę kocha i pasjonuje się Antarktyką, część podjęła ją tylko dla pieniędzy i po godzinach topi smutki w alkoholu. Najwięksi twardziele pracują w stacji w czasie zimy. Wtedy temperatura spada do -70C i nie ma już możliwości zwożenia paliwa. Żaden samolot nie jest w stanie wylądować w tej temperaturze – zamarzają wtedy układy hydrauliczne. Zapasy zgromadzone latem muszą wystarczyć. Aby załapać się na zimową zmianę, trzeba przejść typowo „amerykański” test psychologiczny z pytaniami w stylu: „Czy zdarza ci się słyszeć głosy w głowie?” lub „Wolisz wyścigi samochodowe, czy szydełkowanie?”. Trudność polega na tym, że w ciągu bardzo krótkiego czasu, trzeba odpowiedzieć na 700 podobnych pytań. Thono, jak tylko zakończy swoją podróż gdzieś w Chinach, też chce spróbować swoich sił zimą.

Fajnie słuchało się opowieści Amerykanina, zdecydowaliśmy się nawet razem wyruszyć w góry. Niestety, jak już doskonale wiecie, za daleko nie zajechaliśmy i więcej historii o Antarktyce już nie usłyszymy. No chyba, że uda nam się go dogonić 😉 Apropos, nasza upragniona, zamówiona część rowerowa,  kiblowała dzisiaj na sortowni w Belfaście, ale jest już „processed”, więc może jutro ktoś nada ją w końcu na samolot.

4 odpowiedzi do “Uwięzieni w Duszanbe, czyli jak nam się kibluje w hostelu”

  1. Witam
    Kibicujemy z całą załogą B3D :). A swoją drogą szkoda że nikt przed wyjazdem nie doradził zamiany piast na takie z łożyskami maszynowymi. jeden kłopot byłby z głowy. Mimo to trzymamy kciuki i pozdrawiamy

  2. Łożyska akurat były po 5K w najlepszym porządku, ale kompletnie rozleciał się bębenek. Uznaliśmy jednak, że jak i tak musimy płacić za przesyłkę DHL Express to odświeżymy całą piastę za jednym zamachem. Jedno piaście Deore XT trzeba też przyznać, jak działa, to bardzo sympatycznie, lekko się toczy 🙂

  3. To fakt. XT lekutko działa ale demon trwałości to nie jest i nie chodzi tylko o samo łożysko o czym niestety była okazja się przekonać. 🙂 Ważne że udało się naprawić i można jechać dalej. Powodzenia i już bez takich niespodzianek 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *