Uzbekistan: wiza, reżim, policja i… najwspanialsi ludzie na świecie!

Uzbekistan. Niby najbardziej „niszowy” (i reżimowy) kraj na naszej trasie, a jednak to o ten zakątek świata najczęściej pytacie nas w mailach. Obowiązkowe hotelowe meldunki, kłopotliwa wiza i wszechobecna policja odstraszają. Kuszą imponujące zabytki Jedwabnego Szlaku i wspaniali, niezwykle gościnni ludzie.

Wizę do Uzbekistanu załatwiamy w stolicy Azerbejdżanu, Baku. I już podczas pierwszego kontaktu z aparatem państwowym Uzbekistanu czujemy się dość… osobliwie. Gabinet konsula jest ogromny. Urzędnik zasiada majestatycznie przy biurku, a my możemy komunikować się z nim przez małe okienko w przeciwległym rogu. Ledwo przez nie Pana Konsula widać. Petencie, poczuj dystans! Zostawiamy paszporty w okienku i cierpliwie czekamy. Pan Konsul o twarzy dobrotliwego dziadka w końcu wstaje zza biurka i podchodzi do okienka by przyjrzeć się nam bliżej. W Baku krążą już o nim legendy. W sumie miły starszy facet, mówi bardzo powoli z dość zabawną manierą. Na stoliku rozkłada mapy i ulotki biur podróży. – Lądujecie samolotem w Taszkiencie, mamy tutaj dobry hotel. Zwiedzacie stolice, potem wasze biuro podróży podstawia autobus i dwupasmówką mkniecie w stronę Samarkandy. Dalej droga przez pustynię już nie jest tak dobra, więc lepiej będzie, gdy polecicie specjalnym czarterowym samolotem.

Ale o co chodzi?! To właśnie za taki, fałszywy program wycieczki zapłaciliśmy wcześniej po 40 dolców na głowę. Przelew poszedł do Stantours z siedzibą na Wyspach Dziewiczych Stanów Zjednoczonych. Oficjalnie nazywa się to listem zapraszającym. Jeśli chcecie zjechać Uzbekistan drogą lądową, załatwcie sobie taki list i oczywiście nie wspominajcie Panu Konsulowi o swoich prawdziwych planach. Niby da się i bez listu zapraszającego, ale formalnie Polski nie ma na liście państw zwolnionych od tego obowiązku. W praktyce większość ludzi załatwia listy, bo tak jest po prostu szybciej. Wizę dostaje się wtedy praktycznie od ręki. Gdy nie mamy listu, musimy czekać. Jak długo? Tydzień, może nawet dwa tygodnie. Witamy w postsowieckiej biurokracji.

Z wizami w paszportach pakujemy nasze rowery na prom i płyniemy przez Morze Kaspijskie. Za horyzontem znika „europejskie” Baku, przed nami zupełnie inny świat. Zanim przekroczymy granicę Uzbekistanu, pokonujemy pół tysiąca kilometrów przez step w kazachskim rejonie półwyspu Mangystau (ale to już temat na inny wpis, chcecie więcej Azji Centralnej?). Przejście graniczne z Uzbekistanem leży w środku absolutnego pustkowia. Mijamy długą kolejkę tirów i wchodzimy do posterunku pograniczników, aby wypełnić kilka deklaracji i papierów. Deklarujemy, że wwozimy do kraju po 400 dolców na głowę. Nikt tego potem nie sprawdza. Sprawdzają za to (bardzo dokładnie!) wszystkie leki. Uzbeckie władze są na tym punkcie bardzo wyczulone, lustrują każdą ulotkę i pięć razy pytają, czy przypadkiem nie są to psychotropy. Ostatecznie udaje nam się zachować całą apteczkę z kilkoma blistrami antybiotyków włącznie.

No to jesteśmy w Uzbekistanie, a właściwie to jeszcze w autonomicznej republice Karakałpakstanu. Udało się! Krajobraz przed nami nie zmienia się jednak ani trochę. Wąska nitka dziurawego asfaltu i płaski jak stół step po horyzont. Kilkanaście kilometrów od granicy pierwsze miasteczko – Karakalpakia. Szare post-sowieckie rozpadające się budynki i mieszkańcy, którzy obserwują nas, nasze rowery i kolorowe sakwy niczym przybyszów z kosmosu. Potrzebujemy wymienić trochę kasy na lokalną walutę. W środku miasteczka znajdujemy bank.

Waluta? W banku?! Poszukajcie kogoś, kto wymieni wam pieniądze na bazarze – odpowiada na nasze prośby zdziwiona pani w okienku. Jest środek dnia. Upał 46 stopni. Bazaru w okolicy nie widać. Jest za to prowizoryczny dworzec dla marszrutek. Bez kasy i jedzenia, mając w perspektywie 200km prostej drogi przez wypalony step, wymiękamy i z pomocą zielonych banknotów negocjujemy podwózkę do kolejnego miasta. W marszrutce stajemy się wydarzeniem miesiąca. Cały busik ochoczo rozmawia z nami po rosyjsku:

„Kuda, atkuda, skolka dziengi te weliki? A wasze gospodarstwo w Polszy płaci wam za tę ekskursję?” – pytania nie mają końca. Czuć wokół ogromną ciekawość i taką specyficzną atmosferę „końca świata”. Jeśli już ktoś pojawia się tu z zagranicy, to raczej przeskakuje ten rejon dalekobieżnym pociągiem.

Część marszrutkowej ekipy postanowiła też podszkolić swój angielski i przez długie godziny wyboistą drogą czyta mi przez ramię.

DSC06369

W końcu docieramy do stolicy Karakałpacji – Kungrat. Miasto sprawia miejscami upiorne wrażenie i nie poprawiają go wcale socrealistyczne murale.

DSC06381DSC06383

Jest już wieczór. Na ulicach egipskie ciemności, a my włóczymy się z jednego końca miasteczka na drugi, dalej bez lokalnej waluty. Sprzedawczyni w spożywczaku kategorycznie odmawia przyjęcia dolarów i opowiada, że grożą za to drakońskie kary. W końcu ktoś poradził nam, abyśmy po walutę udali się do… policjanta. 20 dolców wymieniamy na stokilkadziesiąt 500-somówek. Dopiero później zorientowaliśmy się, że cwaniak wcisnął nam stare banknoty. Wszyscy mają już wokół nominały tysiąc-somowe, dzięki którym siaty z pieniędzmi stały się nieco… lżejsze.

DSC06732
Przeliczanie plików banknotów to ulubiona rozrywka sprzedawców i sprzedawczyń na bazarach.

Po kilku dniach jazdy przez Uzbekistan zaczynamy łapać klimat. Bazar to rzeczywiście centrum życia każdego miasteczka. Tu zdobywamy walutę, kupujemy jedzenie, chowamy się przed pustynnym ukropem, a przede wszystkim – stanowimy atrakcję dnia dla Uzbeków.

DSC07692

Uzbekistan to najbardziej izolowany i reżimowy kraj na naszej trasie, w rankingu „demokratyczności” The Economist zajmuje 164. miejsce. Prezydent Karimov nie wahał się krwawo stłumić muzułmańskich antyrządowych demonstracji w 2005 roku. Łamanie praw człowieka w uzbeckich więzieniach to codzienność. Jednak z naszych obserwacji wynika, że im bardziej autorytarny reżim, tym bardziej otwarci, ciekawi świata, pomocni i przyjaźni są „zwykli” ludzie. W Uzbekistanie widać to dosłownie na każdym rogu. Praktycznie nie było bazaru czy przydrożnej czajchany, w której ktoś na chwilę by nas nie zagadał. Czasem zagadywaliśmy sami, prosząc o miejsce na rozbicie namiotu, choć szybko zauważyliśmy, że dla Uzbeków może być to kłopotliwe.

DSC06626DSC07989DSC08037DSC08014

DSC07218

Z tym przemiłym właścicielem udomowionego barana 15 minut debatowaliśmy o tym, gdzie moglibyśmy rozstawić namiot. Chcieliśmy na zielonej trawie na trawniku przed domem, ale on nalegał, abyśmy bardziej schowali się za ścianą jego glinianego domu. W końcu zrozumieliśmy. Chodzi o to, aby nie było widać nas z działki sąsiada, ani tym bardziej z drogi. Ktoś podkabluje albo wypatrzą nas policjanci i będą kłopoty.

DSC07213

A policję w Uzbekistanie spotykamy na każdym kroku. Stoją zawsze przy wjeździe i wyjeździe z miasta oraz w pobliżu „strategicznych” obiektów, na przykład mostów. Im dalej na wschód kraju i bliżej dużych miast, tym panów policjantów jest więcej. Pierwszą kontrolę policyjną zaliczamy na moście nad rzeką Amu Daria. Byliśmy już wtedy w Uzbekistanie kilka dni, jednak jeszcze ani razu nie nocowaliśmy w hotelu z tak zwaną „registracją”. Teoretycznie mamy obowiązek meldować się w hotelu każdej nocy. Na szczęście w praktyce wygląda to nieco inaczej. A może to po prostu efekt tego, że jedziemy rowerami? Pan policjant najpierw kategorycznie domaga się papierów. My głupkowato tłumaczymy się, że paszporty mamy zakopane gdzieś na dnie sakw. W końcu próbuję po prostu zmienić temat. Opowiadam łamanym rosyjskim, że gorąco, że pustynia, że ciężko rowerze, a już zbliża się noc i w sumie to już byśmy jechali, bo przed nami kilometrów mnogo. O dziwo – to działa! Policjant zapomina o papierach, dopytuje o naszą podróż i dalsze plany. Po kilku minutach takiej gadki rozstajemy się niczym dobrzy kumple.

DSC06623

DSC06557
Główny szlak tranzytowy przez Uzbekistan. Trasa A-380 biegnie z zachodu kraju na wschód na skraju dwóch postyń Kara Kum i Kyzyl Kum.
DSC07718
Na pustyni potrzeba matką wynalazku.

Pewnej nocy w Uzbekistanie bawimy się nawet z policjantami w chowanego, gdy jedziemy zabrani na stopa przez przemiłego kierowcę ciężarówki – Nemata. Nad ranem, przed wjazdem do Buchary, ciężarówkę zatrzymuje policja. Nemat poważnym głosem każe nam schować się pod kołdrą. „Gdy zobaczy was policjant, będziemy mieli kłopoty!”. Na marginesie: super facet.

Zgarnął nas w środku nocy 120 kilometrów przed Bucharą i podrzucił do miasta, po czym gościł u swojej rodziny przez dwa dni.

W popularnej wśród turystów Bucharze, gdy policjant zmusił nas do kasowania zdjęć z aparatu, przez chwilę nie było aż tak wesoło. Pamiętajcie, gdy puszczą wam nerwy na uzbecki aparat władzy, nigdy nie używajcie pod nosem słowa „baran”. Rozumieją doskonale. Jednak i tutaj skończyło się dobrze. Uzbecki policjant boi się przede wszystkim tego, że zrobi coś nie tak i będzie miał potem przechlapane. Nie podejmie interwencji – źle. Podejmie i będzie próbował zatrzymywać turystów, czy pakować ich do aresztu – jeszcze gorzej!

Na wszechobecną uzbecką policję mamy jeszcze jeden sposób, ale nie próbujcie tego w domu, albo raczej w… Uzbekistanie. W mieście Nukus bardzo nie chcieliśmy spędzić nocy w postsowieckim szarym, brzydkim i drogim hotelu. Marzyła się nam noc na pustyni ze śpiewem cykad w tle. Oczywiście, gdy próbujemy wydostać się z miasta, na chwilę przed zmrokiem, policjant stojący na posterunku już mierzy nas wzrokiem i macha lizakiem. Robimy dobry rozpęd i jadymy ile sił w nogach! Śmignęliśmy panu policjantowi przed nosem. Nie strzelał, nawet za nami nie krzyczał. Poważny funkcjonariusz nie będzie ganiał po pustyni jakiś świrów z Polski na rowerach. Jeszcze dowie się o tym jego przełożony i kłopoty w pracy gotowe. Najlepiej w takiej sytuacji udawać, że nic się nie widziało.

Wszystkie takie mniejsze lub większe występki uszły nam za każdym razem na sucho. Brali nas zawsze za niegroźną parę dziwaków i nie robili problemów. Pewnie, gdy chcielibyśmy zostać dłużej niż miesiąc i próbować przywieźć z Uzbekistanu bardziej profesjonalny materiał, zainteresowała by się nami już nie tylko policja, ale i uzbeckie służby specjalne. Tak jak Bartkiem Sabelą, który kręcił w Uzbekistanie film o katastrofie ekologicznej Morza Aralskiego. Przeczytajcie koniecznie tekst o jego perypetiach opublikowany w ostatnim numerze kwartalnika „Kontynenty”. Polecam! Zdradzę tylko, że podobnie jak u nas, wszystko skończyło się bez większych nieprzyjemności.

Na koniec przypominam: w Uzbekistanie teoretycznie mamy obowiązek każdą noc spędzić w hotelu. My wyjeżdżamy z kraju po miesiącu i mamy w paszportach ledwie dwa hotelowe kwitki dokumentujące sześć noclegów. Przed granicą z Tadżykistanem drogę zagradza nam posterunek większy niż wszystkie dotychczasowe. Zamiast policji – wojsko. Nie ma szans prześlizgnąć się niezauważenie. Żołnierz tonem nieznoszącym sprzeciwu zaprasza do budynku. Na rozmowę wybiera się Mażna. Mam nadzieję, że uda się jej zmiękczyć jego żołnierskie serduszko. Ja mam już trochę pełne spodnie. Tłumaczę, że muszę zostać na zewnątrz i popilnować rowerów. Myślę sobie, że trzeba będzie dać tym razem w łapę grube dolary. I co? Nic bardziej mylnego! Już w środku stróżówki: jak zwykle krótka rozmowa łamaną ruszczyzną. Rzut oka na te nasze dwie registracje… Rzut oka w paszport…

A to wy z Polszy, mam rodzinę z waszego kraju. „Gdzie teraz? Tadżykistan? Chiny? Na rowerach?! Powodzenia i do zobaczenia jeszcze kiedyś w Uzbekistanie. Szczęśliwej podróży!”

DSC07742
Cmentarz żołnierzy polskich z armii Andersa. Spotkamy Uzbeka, który regularnie na nim sprząta. Żali się, że ostatnio robi to społecznie, bo Polska zalega z opłatami…
DSC07690
Czyszczenie łańcucha w takiej scenerii? Tylko w Uzbekistanie!

PS. Apropos atrakcji i zabytków. Znacznie lepsza w pisaniu o nich jest Mażna. Zapraszamy też na nasze wpisy o:

Chiwie, uzbeckiej perełce na Jedwabnym Szlaku.

Bucharze. Radzimy jak uciec z pułapki na turystów.

Uzbeckich zamkach na piasku. Toprak Kala i Ayaz Kala.

A jeśli szukacie poradnika z krwi i kości, typu „co, gdzie, kiedy, dlaczego i za ile” to zamiast odkrywać koło na nowo, zapraszamy na blog Pawła Osmólskiego, gdzie znajdziecie całą kategorię o Uzbekistanie.

5 odpowiedzi do “Uzbekistan: wiza, reżim, policja i… najwspanialsi ludzie na świecie!”

  1. Super! Słyszałem różne opinie o Uzbekistanie (raczej niekorzystne w porównaniu do krajów sąsiadujących). Dobrze wiedzieć, że i tam są tak mili ludzie jak chociażby w Iranie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *