W cieniu Kamaza – czyli jak nam się jedzie po Kazachstanie i Uzbekistanie

kamazPo przepłynięciu Morza Kaspijskiego w naszej podróży coś się zmieniło. Na początku nie czuliśmy do końca o co dokładnie chodzi, ale po przejechaniu kazachskiego rejonu Mangyustańskiego i uzbeckiego Karakalpakstanu, chyba już wiemy. Z całą pewnością zmienili się ludzie, ich nastawienie do nas, jak i do całej otaczającej rzeczywistości.

Nagle zniknęli ci wszyscy ludzie, pokrzykujący i machający przy drodze, by zaprosić do siebie, spytać gdzie już byliśmy, jak nam się podobało i zachwalać kolejne zakątki swojego kraju, kuchnię, czy kulturę. Jeżeli już wdajemy się w jakieś dyskusje, to najczęściej zaczynają się od tego ile możemy zapłacić Dolarów, bądź Euro. W sumie trudno się temu dziwić, kiedy w Uzbekistanie inflacja galopuje jak szalona. Wszyscy wokół taszczą i nerwowo przeliczają pliki z setkami tysięcy, milionami Somów, za które w sklepach biednych zachodnich prowincji i tak niewiele można kupić – trzeba wiedzieć gdzie i kiedy zapolować na towar i wziąć od razu na zapas. Kto ma głowę na karku, pozbywa się śmieciowej waluty i poluje na bazarku na chętnych do wymiany, oferując atrakcyjny – wyższy niż oficjalny – kurs.

kasa-za-rower

kasaLudzie rzadko są tutaj dumni z miejsca w którym żyją, to z kolei bardzo czuć było w Kazachstanie. Praktycznie cały Mangyustan to step, absolutne pustkowie, po którym radziecki planista rozrzucił wzdłuż gazrurki kilka miejscowości, składających się z identycznych szarych klocków. W miastach jest prąd i gaz, ale nie ma tego co najważniejsze, czyli wody. W jednym miejscu, za litr byle jakiej „kranówki”, przyszło nam zapłacić równowartość dolara.

Miejscami widać, że ktoś kiedyś chciał zadbać o minimum estetyki i komfortu dla ludzi, ale cała infrastruktura dawno już się rozpadła i nikt nie ma chęci, ani pieniędzy, aby coś z tym zrobić. Radziecka droga przez Mangyustan jest w tak opłakanym stanie, że czterdziestotonowe TIR-y mkną przez step na krechę, bo tak – mimo wszystko – szybciej i mniej trzęsie. Od lat twa projekt rekonstrukcji, ale asfalt udało się wylać tylko w okolicach miast (i są już w nim całkiem pokaźne dziury), a ponad stukilometrowe odcinki przez step dalej czekają na swoją kolej. Sprzętu i zapału do pracy jest tak mało, że w tym stuleciu Kazachom może się nie udać. Chyba, że pomogą im Turcy – jeden odcinek już udało im się skończyć (droga była rewelacyjna).

TIR-pyl

mostCiekawy szok kulturowy przeżyliśmy też podczas jednego z noclegów na stepie, razem z przyjaznymi lokalsami, konkretnie szok przeżyła Mażna, która wypaliła:

– A gdzie macie tu jakiś pojemnik na śmieci i toaletę (licząc oczywiście góra na dziurę w ziemi)?
– Mhm, my tutaj dobrodziejko to mamy jamę – odparli gościnni panowie. O, tutaj. Wykopaliśmy sobie i wszystko wrzucamy do jamy. Potem się zakopie i gotowe. To przecież tylko step!

Najbardziej jednak postsowiecką beznadzieję poczuliśmy w jednym z kazachskich miasteczek, Sayotesh. Wiecie, po stu kilometrach na rowerze przez step, człowiek wzdlędem tej kropki na mapie, zwanej miastem, ma zawsze jakieś minimalne oczekiwania. Tymczasem jedyną rzeczą, która jeszcze trzymała tam się kupy był dworzec. W godzinie przyjazdu dalekobieżnego pociągu do Astany, praktycznie wszystkie mieszkanki miasteczka ustawiały się na peronie, oferując podróżnym – zmęczonym długimi godzinami w telepiącym pociągu –  różne produkty. Równie przygnębiające wrażenie zrobił na mnie uzbecki port w Moynaq, o którym szerzej rozpisała się Mażna.

beyneu

sayotesh1 sayotesh2

dziurawy-dach

wioska-na-stepie

Oczywiście nie ma co przeginać i pisać o tych okolicach, jak o najstraszniejszych zakątkach na świecie, jak to swego czasu robili Brytyjczycy z Sunday Times. Jest ciężko, ale ludzie jakoś dają radę i organizują sobie tu życie, a my jak już wczujemy się w klimat lokalnych bazarów i wyłożymy odpowiedni plik waluty, to też z głodu i pragnienia nie umrzemy. A i przejawy spontanicznej drogowej gościny, też się znajdą. Raz na stepie przeczekaliśmy kilka godzin największego skwaru w cieniu Kamaza, z dwoma śmiesznymi facetami, sprzedającymi tam kierowcom TIR-ów jakąś niechybnie lewiznę, nie wnikaliśmy jaką.

– Zachodzicie! Tutaj przy maszynie! O, takie mamy wygodne legowiska i pod głowę się coś znajdzie – zapraszali.
– OK, ale musimy pojechać jeszcze do wioski po wodę.
– Eee, no co wy tak rowerami, zawieziemy was na zakupy Kamazem! – i to się nazywa rozmach.

Kilka chwil później, już z uzupełnionymi zapasami picia (pojechaliśmy jednak rowerami), wylegujemy się wygodnie. Jednak za każdym razem, kiedy zawiewał wiatr, coś przeraźliwie śmierdziało.

– Zdechły wielbłąd, rozjechał go pociąg – wyjaśnili panowie z Kamaza.
– Ale jak to? Kiedy to się stało? Nikt nie przerobił go na mięso? – dopytywała Mażna. Taki wielbłąd to przecież dla nich ogromny kapitał, kosztuje około dwa tysiące dolarów.
– A chyba jakieś piętnaście dni temu – odparli przydrożni sprzedawcy. Oczywiście posprzątać truchła zwierzaka nikomu się nie chciało. Odjechać kawałek Kamazem od smierdzącego miejsca też nie, przecież od zawsze stali tutaj…

ucieczka

Jedna odpowiedź do “W cieniu Kamaza – czyli jak nam się jedzie po Kazachstanie i Uzbekistanie”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *