Wehikuł czasu

474 dni zajęła nam podróż z Polski do Australii. A na końcu jakby ktoś wcisnął przewijanie. Wróciliśmy w 90 godzin i zlegliśmy w łóżeczkach w naszych rodzinnych domach. Ale jak to? To już koniec?!

No, ale zacznijmy od początku. Strasznie emocjonujący był ten powrót. Noc przed wylotem jakoś kiepsko mi się śpi. Koło trzeciej po wycieczce na siku coś mnie podkusiło i zaglądam do netu. Świetny sobie wybrałem moment, kilka minut po informacji o katastrofie MH17. Przez najbliższe dwie-trzy godziny wsiąkam w serwisy informacyjne i o śnie mogę już zapomnieć.

Nad ranem w końcu udało mi się zdrzemnąć na chwilę. Dosłownie na chwilę, bo zrywamy się z samego rana już w lekkiej panice. Do wylotu pozostało tylko kilkanaście godzin, a my jesteśmy kompletnie nieogarnięci, niespakowani, nie mamy nawet toreb, do których moglibyśmy wpakować sakwy. W australijskim Darwin siedzieliśmy ponad tydzień. Nasz złom leżał sobie rozrzucony na podłodze i cały czas nie mogło do nas dotrzeć, że tym razem zamiast wrzucić to wszystko na rowery i jechać dalej, musimy jakoś spakować się do samolotu.

I wrócić do domu.

Rzutem na taśmę udaje się nam kupić wielkie kraciaste torby na zamek – obowiązkowe wyposażenie wszystkich podróżujących rowerzystów. Na polskich ryneczkach mówią na nie ruskie torby bazarowe, w Stambule są to już torby arabskie, a w Darwin – jak się okazało – chińskie. Do kupienia w sklepie „wszystko za dwa dolary”. Długo się ich naszukaliśmy, ale w końcu są. Radość i niedowierzanie. Mażna z tego wszystkiego chowa się w jednej z nich z okrzykiem „Janek zrób mi zdjęcie!”, a nasi przewspaniali gospodarze Iwona i Peter stwierdzają, że to będzie niezły obciach jechać z nami na lotnisko. Oj będzie nam brakować poczucia humoru Petera.

wehikul-czasu-5Ba, będzie nam brakować Darwin w ogóle. Ani trochę nie żałowaliśmy, że odpuściliśmy Sydney i skończyliśmy właśnie tam. Pierwsze wrażenia po wjeździe zawaloną samochodami dwupasmówką mieliśmy beznadziejne. Stoimy sobie grzecznie na światłach, aż tu nagle… z ciężarówki wychodzi gość i wygania nas na pobliską ścieżkę, bo rowerem po ulicy to się przecież nie jeździ! Posłuchaliśmy. Ścieżka po kilkuset metrach wyprowadziła nas w pole i skończyła się. Niestety poruszanie się rowerem po Darwin to męka. Ale gdy daliśmy się porwać na przejażdżkę po knajpkach wielkim SUV-em – nie ukrywamy – leniwy, tropikalny klimat miasta coraz bardziej zaczynał nam się podobać.

A zauroczył mnie już do reszty, gdy odkryłem pięciokilometrową ścieżkę nie-dla-samochodów wzdłuż wybrzeża. W Australii gdy już ktoś wpadnie na pomysł, aby coś takiego zrobić, robi to najlepiej na świecie! Plaże, klify, przystrzyżona zielona trawka, basen, toalety, poidełka z wodą, molo, orzeźwiający wiatr od morza… Może jestem dziwny, ale dla czegoś takiego mógłbym się do tego miasta przeprowadzić.

wehikul-czasu-3
Niby, że tak patrzę się na morze. A tak naprawdę to lans na rowerową łydkę 😉

wehikul-czasu-4 wehikul-czasu-2 wehikul-czasu-1

Tymczasem koniec sielanki, trzeba się zwijać. Wstajemy o trzeciej. Mażna jak zwykle pakowała się rzutem na taśmę. Spała pół godziny. Wrzucamy jej sakwy na wagę – dwa kilo za dużo. Wywalamy kilka niezwykle przydatnych przedmiotów, siłą woli wtłaczamy się do auta, a potem do samolotu. Spać!

Budzimy się już w innym świecie w malezyjskim Kuala Lumpur i witamy uśmiechnięte azjatyckie twarze. Każda, dosłownie każda osoba na lotnisku jest do bólu uprzejma i pomocna. Oj, będzie nam brakować tej ich pogody i siły ducha. Zwłaszcza w takim beznadziejnym momencie, gdy w tak krótkim czasie stracili dwa samoloty. Biedni Malezyjczycy. Mimo to nigdzie nie widać minorowych nastrojów i żałoby. Jeden mały transparent przypomina o modlitwie za ofiary katastrofy, a życie toczy się dalej. Polegujemy gdzieś w kącie zabarykadowani naszymi dwoma ogromnymi kartonami, obok nas ludzie rozwiesili sobie hamaki (!). Podchodzi do nas jakiś facet i ot tak wręcza nam dwa egzemplarze książki o Islamie. To jest właśnie Malezja. Kraj, w którym przeczekaliśmy dwa tygodnie do wylotu do Australii w sklepie rowerowym, a właściciel nie miał nic przeciwko.

wehikul-czasu- Powrót z podróży

Kilkanaście godzin później znów wszystko wokół nas zmienia się nie do poznania. Powrót z podróży – kolejny etap.

Lądujemy w Dubaju.

To już druga doba bez wychodzenia z klimatyzowanych pomieszczeń. Niedospani, ledwo snujemy się już przed siebie. No, ale przed nami noc w Dubaju – nie spać, zwiedzać, idziemy na miasto! Lotnisko jest monstrualne. Tunele i kolejne hale ciągną się w nieskończoność. Znudzony urzędnik imigracyjny w tradycyjnym białym stroju i słuchawkami w uszach wbija nam do paszportów stempelek i już pakujemy się do metra. Czy wyjdziemy w końcu na świeże powietrze? Akurat! Przed nami dobry kilometr klimatyzowanych tuneli. Pod nami ze trzy-cztery gigantyczne autostrady. Tunel się kończy, wchodzimy prosto do centrum handlowego, co oznacza kolejne kilometry w oczopląsie świateł wśród niekończących się witryn sklepów. Gdy ledwo już przebieramy nogami i tracimy nadzieję na wyjście z tego labiryntu, w końcu pojawia się światełko w tunelu. Jest! Wyjście na zewnątrz! Pierwszy haust powietrza i… szybko chcemy wracać do klimy. Jest już koło północy, a temperatura dalej utrzymuje się w okolicach czterdziestu stopni. Szybka fotka z 829 metrowym apartamencikiem paliwowych szejków i spadamy stąd.

wehikul-czasu-8 dubaj-noca

Europa wita nas przyjaźnie, przytulnie, zielono, chłodniej, ale słonecznie, a przede wszystkim – rowerowo!

Amsterdam

To miasto, o którym marzyliśmy przez całą tę azjatycko-australijską drogę. Strasznie szkoda, że byliśmy tam tylko na chwilę i zabrakło czasu na rozpakowanie naszych złomów i przejażdżkę po mieście na spokojnie. Nie będę oryginalny pisząc, że na rowerze jeździ tutaj prawie każdy, infrastruktura jest fenomenalna, a kierowcy uprzejmi jak nigdzie indziej. W porze dojazdów do pracy ulicami ciągną się niekończące sznury rowerów. Faceci w garniturach, dziewczyny w krótkich spódniczkach i szpilkach, rowery do przewozu dzieciaków, przyczepki, sakwy i setki różnych innych oryginalnych konstrukcji.

wehikul-czasu-10 wehikul-czasu-9 rowery-parking-mandacik

Od czasu do czasu muszę się uszczypnąć, aby uwierzyć, że to miasto istnieje naprawdę. A czy ma jakieś wady? No cóż, chwilę człowiek posiedział, popatrzył na te wszystkie rowery (i rowerzystki) po czym zebrały się na niebie ciemne chmury, a

Europa wylała na nas kubeł zimnej wody.

wehikul-czasu-11

Po osiemdziesięciu godzinach w podróży nieznanym nam dotychczas rytmem jesteśmy już prawie na finiszu. Jeszcze tylko dziesięć godzin w aucie i

meldujemy się w domu, w Łodzi.

Oj, wypiękniało nam to nasze miasto. Nie wierzycie to sprawdźcie sami, zapraszamy! Na głównej ulicy mamy nawet namiastkę Amsterdamu. Fajnie się złożyło, że dwa dni po powrocie mogliśmy wpaść akurat na masę krytyczną i obejrzeć fantastyczne rowerowe konstrukcje Pana Rowerskiego. Ba, nie tylko obejrzeć, ale i napić się kawy czy lemoniady wprost ze stoiska zamontowanego na rowerze, a nawet powiedzieć parę słów w Radiu Łódź (jesteśmy od 3 minuty). No i jeszcze jedna rzecz, najważniejsza w tym całym wielkim powrocie: po raz pierwszy od 16 miesięcy możemy jechać sobie ulicą i co chwila przebijać piątkę z kimś znajomym. Tego właśnie najbardziej brakowało nam podczas życia w podróży.

Dobrze jest czasem wrócić do domu.

wehikul-czasu-15 wehikul-czasu-13 wehikul-czasu-12

A wiecie co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? Gdy obudziłem się następnego dnia po tym szalonym powrocie – jeszcze koszmarnie niewyspany i nie do końca świadomy tego co się stało – miałem wrażenie jakby cała ta podróż trwała co najwyżej jeden wieczór. Albo może był to tylko sen? Ej, zaraz, na dysku leży przecież te kilkanaście tysięcy zdjęć.

Przejechaliśmy na rowerach Azję z zachodu na wschód i pół Australii!

To się wydarzyło naprawdę!

30 odpowiedzi do “Wehikuł czasu”

  1. niesamowici jesteście… szkoda, że tak późno na Was trafiłam, szok, że to już koniec! Każdy pewnie pyta, co dalej, jakie plany? No i co z blogiem? 🙂 powodzenia

  2. Znam to uczucie snu po powrocie do Polski, zdarzyło mi się to kilka razy… nie jest to przyjemne. Wracasz do tak innego świata, że to co przeżyłeś przez ostatnie miesiące wydaje się wręcz nierealne. Opowiadasz znajomym i rodzinie z wielkim podnieceniem i entuzjazmem o tym co widziałeś, gdzie byłeś, co robiłeś, a oni na Ciebie dziwnie patrzą i nie do końca wiedzą o czym mówisz. Sen.
    A jeśli chodzi o Was to jesteście wielcy! Brawo, gratulacje i czekam na więcej zdjęć i teksów, bo bardzo fajnie się Was czyta, aż ciarki przechodzą momentami 🙂 Trzymajcie się!

  3. jeszcze jesteśmy w Indonezji, ostatnie chwile naszego rocznego pobytu……tym bardziej gratuluję Wam odwagi i drogi 😉
    uwielbiamy podrózników, wariatów, pasjonatów
    też jesteśmy łodzianami
    pozdrawiamy

  4. Super! Planujecie kolejne podróże? Pewnie teraz czeka Was troche odpoczynku, Maźna czy w sierpniu uda mi się Cię złapać jeszcze w Łodzi?

  5. Witajcie w kraju:-) To cudnie że wróciliscie cali i zdrowi!!! Ale co ja teraz będę czytać?!?! Bardzo proszę nie zawieszać bloga i dalej zamieszczać wspominki z podróży, bo naprawdę, świetnie sie was czyta i „ogląda” 🙂 Zdjęcia super!

  6. Zaglądam tu już od kilku miesięcy i jestem pełen podziwy dla Was.
    Podróż na rowerze to nie tylko fascynujące miejsca, uśmiechnięte twarze i wiatr we włosach. Wojaże to także frustracje, zmęczenie, problemy ze sprzętem i przede wszystkim harówa. Dziękuję, że dzieliliście się swoją podróżą z nami.
    Chylę czoła

  7. super, gratulacje dla Was! czytałem, czytałem a tu koniec. Jak sen…
    też mam to wrażenie jak wracam z podróży.
    Czekam na kolejną wyprawę bo wiem, że nie usiedzicie na miejscu.

  8. Gratulacje! Trafiłem na Waszego bloga z wykopu i przeczytałem wszystkie artykuły z zapartym tchem. Podziwiam Was i darzę wielkim szacunkiem za pasję, determinację w realizacji swoich celów i sposób w jaki zdajecie relację z podróży. Z każdego artykułu i zdjęcia widać jak wspaniałą parą jesteście i jak bardzo kochacie to, co robicie. Życzę Wam dużo zdrowia i siły na kolejne wyprawy!

  9. Jak widać najlepsza droga dla rowerów na świecie to Pietryna 🙂 Gratulacje za odwagę i ogromne dzięki za super bloga! Biking rules!

  10. Gratuluję szczęśliwego powrotu i dziękuję za super interesującą relację z Waszej trudnej, ale fascynującej podróży. Pozdrowienia dla Rodziców 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *