Wietnam nie dał nam się smucić

coverDo Wietnamu wjechaliśmy w złych nastrojach. Smutne miny, nosy na kwintę. Kto zna nas osobiście, dobrze wie, jak to wygląda. Chcieliśmy przelecieć ten Wietnam jak najszybciej i już myśleć o powrocie. Dziś już wiemy, że to się nie uda. Wietnamczycy nam na to nie pozwolą.

Zacznę jednak od tego, co nas tak wymęczyło. Marzena swoim wpisem trafiła w sedno, ale dorzucę jeszcze swoje trzy grosze. Ostatni etap drogi przez chińską prowincję Yunnan najpierw zachwycił widokami, aby po chwili zmieszać nas z dymem, kurzem i błotem. Zgadnijcie, gdzie Chińczycy wybudowali największą fabrykę nawozów sztucznych w kraju? Oczywiście przy granicy z Wietnamem. Ciężko było tam oddychać, a sama droga była przeraźliwie głośna i przepełniona ciężarówkami. Dodajmy do tego bezwzględnie tykający wizowy zegar i non-stop walkę z awariami mojego roweru.

Na dzień przed upływem terminu wizy zostaje nam do przejechania 200 kilometrów, a ja dalej mam głupią ambicję pokonania tego tylko i wyłącznie o własnych siłach. Na mapie widzimy dwie drogi: wygodną, nowiutką autostradę i krętą jak ślimak starą przeprawę przez sam środek gór. Ryzykujemy jazdę szerokim poboczem autostrady. Niby jest to nielegalne, ale bardzo często nawet w Chinach przymykają na ten przepis oko. Nie tym razem. Pięć kilometrów dalej zatrzymuje nas policja. Jestem już w kiepskim stanie, mam ochotę rozszarpać tego policjanta na kawałki albo utopić w pobliskiej rzece. W akcie desperacji próbuję jeszcze grać na litość. O nie, proszę państwa! Chiński policjant to nie człowiek, to robot przeznaczony do wykonywania ściśle określonych zadań. Kiedy kategorycznie każe nam wspiąć się z całym bagażem po kładce dla pieszych i zawrócić, coś we mnie pęka. Polski to naprawdę piękny język do obrażania ludzi, ileż mamy barwnych na to sposobów. Dobrze, że w Chinach kompletnie niezrozumiałych, bo inaczej pisałbym to zza krat aresztu. Ostatnia doba w Chinach to była już tylko walka z czasem. Kręciliśmy do późna w nocy, wstaliśmy przed świtem, i tylko dzięki temu następnego dnia po południu byliśmy już po drugiej stronie tej cholernej granicy.

Na szczęście czekał tam na nas zupełnie inny świat. Świat, który przywitał nas okrzykiem „Heeeeelooooo!” wydobywającym się z tysięcy gardeł. W północnej, górzystej części Wietnamu krzyczy, macha i uśmiecha się do ciebie dosłownie każda napotkana po drodze osoba. Nie wiem jak oni to robią, ale potrafią wypatrzeć rowerzystę ze stuprocentową skutecznością. Nawet, gdy mkniesz w dół krętą drogą, masz pewność, że zaraz ktoś do ciebie dobiegnie i się przywita. No tak, Azja Południowo-Wschodnia. W Indonezji też każdy krzyczał „Hello Mister”, po czym dodawał po swojemu „pieprzony białas” i cała wioska wybuchała śmiechem. Oczywiście cieszyliśmy się z tego, że ludzie są tutaj bardziej otwarci i nie mają już takiego kija w tyłku jak Chińczycy, ale nie liczyliśmy na wiele ponad „Hello!” i jechaliśmy dalej ze smutnymi minami.

wietnam-smucic-7 wietnam-smucic-11 wietnam-smucic-2 wietnam-smucic-1Wietnamczycy nie dali nam się długo smucić. Nasza kuracja antystresowa zaczęła się, gdy w sobotni wieczór szukaliśmy miejsca na namiot. Nie mieliśmy najmniejszej ochoty na interakcje z ludźmi, ale ci tak długo uśmiechali się, zagadywali, namawiali, aż w końcu daliśmy się skusić pewnej rodzinie, która zaciągnęła nas pod swój dach prosto na imprezę. Zeszli się na nią wszyscy, którzy w ciągu dnia pomagali gospodarzom przy budowie nowego, murowanego domu. Wyprowadzka z bambusowej chaty to w Wietnamie ogromny awans społeczny.

Impreza zaczyna się niewinnie przy maleńkiej filiżance piekielnie mocnej zielonej herbaty, ale to dopiero preludium do fantastycznej wietnamskiej gościnności. Chwilę później pan domu rozpala fajkę wodną, na podłodze ląduje bambusowa mata, a na niej kolacja i kieliszki. Ocho, ryżowy samogon będzie lał się litrami. Konkretnie, w zapasie mieli tych litrów dwadzieścia, co dumnie zakomunikował nam syn gospodarza. Zapowiada się długa noc.

Napitek znamy już z drogi. Knajpy serwują go do każdego posiłku w ramach dezynfekcji. Tym razem to jednak nie picie do obiadu, ale prawdziwy rytuał. Uśmiechnięty gospodarz podaje mi kieliszek z namaszczeniem, na dwóch otwartych dłoniach. No i jak tu odmówić i tłumaczyć się, że jutro przed nami wiele kilometrów? Trzeba pić do dnia za jego zdrowie, za dobro domu, czy polsko-wietnamską przyjaźń. Po spożyciu obowiązkowo uścisk dłoni, poklepywanie po plecach i niekończące się serdeczności. Mimo bariery językowej, z pomocą telefonów i słowników udaje nam się zamienić kilka zdań.

wietnam-smucic-3 wietnam-smucic-4 wietnam-smucic-5W takich chwilach nie można czuć się źle. Wietnamczycy tak długo pompują w nas swoje nieskończone pokłady pozytywnej energii (i ryżowego samogonu), aż zupełnie znika podróżna chandra. Przypomina mi się od razu Turcja, Gruzja, Uzbekistan, czy Kazachstan. Jadąc przez Chiny już zapomnieliśmy jakie to uczucie, gdy ktoś obcy zgarnia nas z drogi, zaprasza do siebie i traktuje jak brata i siostrę. Mażnie humor poprawia się do tego stopnia, że chce pokazać naszym gospodarzom, jak się pije u nas w Polsce. „Wiesz Janek, ci Azjaci to nie mają takich genów jak my. Łyk alkoholu i od razu padają”. Następnego dnia Wietnamczycy zaczynają robotę o świcie, a Mażna w okolicach południa wygląda tak:

wietnam-smucic-6Chyba znów osłabiliśmy legendę o polskich silnych głowach i zamiast podziwu wywołaliśmy uśmieszki politowania.

Gdy już w końcu decydujemy się wyruszyć w dalszą drogę, nagniatać, przesuwać granice, zdobywać szczyty… pokonujemy zawrotny dystans pięciuset metrów (tak, pół kilometra) i zjeżdżamy do pit stopu. Mażna układa się w pozycji bocznej ustalonej, a ja próbuję popisać coś w naszym podróżnym notatniku. Próbuję, bo po chwili wyrywa mi go z rąk Wietnamczyk, który wypatrzył nas odpoczywających przy drodze. Pyta, pisząc łamaną angielszczyzną, czy podoba nam się w jego kraju. Chce wiedzieć, czy czegoś nam nie trzeba, czy nie za głośno tu od ciężarówek. Może mamy ochotę pójść parę kroków dalej do jego domu. Gorąca kąpiel i kolacja już czeka. Nie odmawiamy, dzisiaj i tak już nic nie ujedziemy. Toczymy rowery w stronę kolejnej bambusowej chatki. Marzena z mocnym postanowieniem: „Już więcej nie piję”.

wietnam-smucic-8wietnam-smucic-10wietnam-smucic-12wietnam-smucic-13wietnam-smucic-14wietnam-smucic-9

5 odpowiedzi do “Wietnam nie dał nam się smucić”

  1. No fajnie, fajnie… Oby tak dalej. Dobre fotki.
    P.S. Tego typu podróże są oczyszczające. Także z Wiślanej megalomanii 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *