Zaskakujące spotkania

dymiacy-czaj

Jak z okropnych, przemysłowych przedmieść trafić wprost do willi z basenem w nadmorskim kurorciku? A także – jak wbić się do czyjejś chaty „na bolące kolano”?

Zaczęło się od tego, że nie mogliśmy wyjechać z Zonguldaku. Co tu dużo pisać: nogi bolą, brzuchy puste, słońce zachodzi, podjazdy nie odpuszczają.

Nagle, obok Janka zatrzymuje się mała ciężarówka. Z kilkudziesięciu metrów obserwuję krótką wymianę zdań, po czym widzę Janka ekstatycznie machającego i mobilizującego mnie do szybkiego pedałowania.

– Złapaliśmy podwózkę! Po raz pierwszy udało się!

Okoliczności sprawiły, że takiej okazji nie mogliśmy przepuścić.

rowerki-ciezarowka

Gdy rowerki zostały załadowane, a my wsiedliśmy do środka i ruszyliśmy w drogę, zaczęły nachodzić nas wątpliwości.

– Wywiozą nas i zrobią krzywdę.
– Okradną.
– Porwą dla okupu.

Mijaliśmy okropne tereny przemysłowe, kopalnię, elektrownię, wertepy, las.  Siedzieliśmy w kabinie z kierowcą oraz drugim gościem. Ten drugi, o imieniu Ismail, mówił dość dobrze po angielsku i był wyjątkowo rozmowny. Wypytywał nas o to, kim jesteśmy, jakie są nasze plany. Przy okazji ostrzegał, że niektóre rejony Turcji są niebezpieczne dla turystów. Zaproponował, że zabierze nas do takiej małej nadmorskiej wioski, w której on wraz z ekipą remontuje wakacyjne domki. Zjemy razem tradycyjną kolację, oni przygotują nam miejsce do spania, a rano pójdziemy na spacer nad morze.  Chcąc być uprzejma, przypomniałam sobie, że cały czas w sakwie mamy małą buteleczkę polskiej wódki, którą wieziemy jako prezent. Ale nasz rozmówca odmówił prezentu, wyjaśniając, że jest Kurdem, a Kurdowie są bardzo religijni i alkoholu nie piją.

Przypomniało mi się, że gdzieś czytałam o kurdyjskich bojownikach porywających turystów, by w ten sposób wymuszać na władzach tureckich realizację swoich postulatów. No ładnie…

Nasz rozmówca kontynuował rozmowę. Zapytał, czy mamy konta na Facebooku, i zaproponował przeniesienie naszej nowej znajomości w świat wirtualny. My tymczasem wciąż zastanawialiśmy się, czy jest w tym jakiś podstęp?

Dojechaliśmy na miejsce. Faktycznie, wszystko się zgadza. Jest plaża, są domki, jest nawet basen, ale woda zielona. W środku zastajemy ekipę. Ismail po kolei przedstawia nam każdego z robotników – wszyscy okazują się jedną wielką rodziną. Dostajemy apartamencik świeżo po remoncie, ale jeszcze bez mebli i wody. A potem kolacja.

kurdyjska-ekipa-papu

Ismail okazał się świetnym gościem, z którym przegadaliśmy cały wieczór i pół następnego dnia.

ismail-portrecik

Ismail skończył studia na politechnice w Istambule. Miał dużą wiedzę na temat historii, znał się na literaturze, pokazał kolekcję filmów kurdyjskich reżyserów. Rozmawialiśmy mnóstwo o najnowszej historii, polityce, migracjach, kryzysie, sytuacji panującej w Turcji, Polsce, i szerzej w Unii Europejskiej. A przede wszystkim – był szczególnie skupiony na przedstawieniu nam sytuacji Kurdów w Turcji. Opowiadał o problemach z używaniem kurdyjskiego języka. Stwierdził, że owszem, w pewnym momencie kurdyjscy radykałowie wybrali ścieżkę przemocy, ale obecnie zwyciężyła opcja pokojowa, której Ismail był gorącym orędownikiem. Optymistycznie twierdził, że za kilka, kilkanaście lat, Kurdowie doczekają się autonomii. Wyrażał jednak żal z powodu braku postępów Turcji w akcesji do Unii Europejskiej – najprawdopodobniej właśnie w UE upatrywał on szans na lepszą sytuację mniejszości kurdyjskiej.

Jednak zanim to się stanie, Kurdowie muszą jeszcze przed jakiś czas znosić absurdalne uciążliwości ze strony tureckich władz. Przykład? Kurdyjskie symboliczne barwy to czerwony, żółty i zielony. Zupełnie przez przypadek są to kolory drogowej sygnalizacji świetlnej. Co zatem robi władza? Na terenach kurdyjskich zamienia w sygnalizatorach zielony kolor na niebieski!

Ismaila, oraz jego ekipę z żalem dzień później pożegnaliśmy, by udać się w dalszą drogę. W pamięci zostanie nam ogromna gościnność i czas spędzony na wspólnych rozmowach. Zostanie też kontakt na Facebooku.

[hr color=”gray” width=”50%” ]

A jak było z tym bolącym kolanem? Cóż, kolano bolało Janka naprawdę, ale miało do tego prawo, po przepedałowaniu z ciężkimi sakwami pół tysiąca kilometrów. W pewnym momencie Janek obwieścił koniec drogi na dzisiaj, usiadł obok studni i wyciągnął maść do smarowania bolącego miejsca. Traf chciał, że studnia znajdowała się u progu domostwa niejakiego Mustafy i jego rodziny. Zbliżał się wieczór, tak czy inaczej trzeba było rozbić gdzieś namiot, zapytałam więc gospodarza, czy nie ma nic przeciwko temu, byśmy rozlokowali się gdzieś w ogrodzie, wskazując na cierpiącego Janka.

– Namiot?! Nie ma mowy!

Mniej więcej to wyczytałam z gestów gospodarza, który bez chwili namysłu zaprowadził mnie do swojego domu i pokazał pokój, w którym mamy spać.

Rowery trafiły więc do garażu, a my do ogrzewanej izby. Po chwili pojawiła się herbata i kolacja.  Janek, z racji niedyspozycji – mógł jeść leżąc jednocześnie na łóżku.

nocleg-ekipa

W rodzinie Mustafy, poza gospodarzem, był jeszcze na oko trzydziestoletni syn i dwie nastoletnie córki/wnuczki. Nikt nie mówił po angielsku, więc ponownie google translate umożliwiało nam jakąkolwiek komunikację. Była to jednak komunikacja głównie w jedną stronę – dzięki słownikowi my mogliśmy cośtam wydukać. Nie przeszkadzało to jednak naszemu gospodarzowi kierować do nas rozbudowanych i pełnych ekspresji wypowiedzi, z których niemal nic nie zrozumieliśmy.

Wizyta gości była w domu Mustafy nie lada wydarzeniem. Gospodarz, niemalże nie ruszając się ze swojego wysokiego łóżka, poganiał resztę rodziny, by wszystko dla nas przygotować. Dziewczynki nerwowo biegały po domu przynosząc kolejne porcje jedzenia, ostro strofowane przez Mustafę, gdy przegapiały moment, w którym w naszych szklankach kończyła się herbata. Była to dość niezręczna sytuacja, bo naprawdę ostatnią rzeczą, jakiej oczekiwaliśmy, było takie usługiwanie. I tak byliśmy ogromnie wdzięczni za możliwość przenocowania i odpoczynku.

Mamy nadzieję, że tym razem bilans zysków dla obu stron interakcji był podobny – my zyskaliśmy spanie i jedzenie, a  on +10 do lansu.

W czasie naszego pobytu Mustafa obdzwonił bowiem chyba całą swoją rodzinę i znajomych, z nieskrywaną dumą oznajmiając, że właśnie gości pod swoim dachem parę turystów z Polski, którzy przyjechali na rowerach, i jadą od Istambułu aż do Trabzonu!

Jedna odpowiedź do “Zaskakujące spotkania”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *