Zatoka Ha Long za 14 złotych

Hello Przyjacielu! Mam dla ciebie fantastyczną ofertę: trzy dni w rajskiej zatoce Ha Long za jedyne 14 złotych. Podejdź bliżej, kliknij więcej, zobacz zdjęcia. Halo?! Przyjacielu? Dokąd idziesz? Wracaj!

Turystyczny zgiełk zaatakował nas już w Hanoi, bazie wypadowej do słynnej zatoki. Centrum stolicy Wietnamu to jeden wielki stragan. Spacerując po wąskich, zadymionych uliczkach widzimy mnóstwo białych twarzy, wśród których uwijają się Wietnamczycy. Sprzedają wszystko co się da, za absurdalnie wysoką cenę. Najbardziej nachalne i bezczelne są starsze panie w tradycyjnych trójkątnych kapeluszach. Przemierzają centrum wzdłuż i wszerz z różnym badziewiem, najczęściej tacami pełnymi mikroskopijnych pączków, które w Polsce kupuje się na kilogramy. Mażna skusiła się, aby kupić kilka na spróbowanie. Pani była przecież taka miła i pomocna, wskazała nawet najbliższy bankomat. Babuszka najpierw dziarsko sypie pączki do siaty, ale kiedy orientuje się, że złotówka to cały nasz budżet na ten zakup, szybko zaczyna je odsypywać. W siatce zostają dwie sztuki.

ha-long-1

ha-long-2
Rosyjski rowerzysta rowerzysta przeganiający naganiaczy zdaniem w stylu: „A idź babuszka z tymi pączusiami wpizdu!” to widok bezcenny.

Podobnie jest z każdym innym produktem. Kupić tutaj bułkę czy butelkę czegoś do picia w normalnej cenie, to wyczyn. Nigdzie nie ma cen, nawet w spożywczaku. Lokalni ukradkiem wręczają zwinięte banknoty do ręki sprzedawcy, jakby zaopatrywali się w działkę u dilera.

My jednak wcale was nie naciągamy i naprawdę chcemy sprzedać przepis na objechanie zatoki Ha Long za 14 złotych.

Pierwsze, co musicie zrobić, to nie kupić w Hanoi wycieczki pakietowej za osiemdziesiąt dolarów od głowy, tylko o własnych siłach przejechać sto kilometrów ze stolicy do Hai Phong. Przed wyjazdem z miasta obowiązkowo robimy zakupy suchej karmy na drogę. Na szczęście poza centrum ceny bułek spadają do normalnego wietnamskiego poziomu.

ha-long-3Nasza trasa to jedna z najgłośniejszych, najbardziej śmierdzących i zatłoczonych ekspresówek jakimi jechaliśmy kiedykolwiek w życiu. Na otarcie łez mamy swój osobisty pas. No prawie, bo musimy go dzielić z wozami zaprzęgniętymi w bawoły.

ha-long-4

A jakby przyszło nam do głowy zawrócić? Proszę bardzo!

ha-long-5
Wschodnie rubieże Hanoi okazały się całkiem znośne. Miasto szybko się skończy, a przed nami rozpościerają się zielone pola. Niestety, im dalej w las, tym więcej przemysłu i fabryk. Okolice Ha Long zupełnie już nie przystają do przyrodniczego dziedzictwa Unesco. Zaczynamy zastanawiać się, czy na pewno dotarliśmy w dobre miejsce. Niestety tak. Rajski zakątek ma trudnego sąsiada – gigantyczny port, centrum wymiany handlowej z resztą świata. Przez kilkanaście kilometrów jedziemy w pyle i smrodzie razem z tysiącami ciężarówek, a wszędzie wokół nie ma nic, oprócz magazynów wyładowanych po brzegi kontenerami. Każdy magazyn jest oczywiście schowany za wysokim płotem i pilnie strzeżony. Pech chciał, że nie zdążyliśmy na prom i dopadła nas tam noc.

Dobra rada: nie marnujcie w takich miejscach czasu na pytanie portierów o zgodę na rozbicie się. No chyba, że jakoś wyjątkowo dobrze im z oczu patrzy. Przeganianie takich intruzów jak my, to ich robota. Pozostaje nam znów zabawić się w super tajnych agentów. Gasimy czołówki, chowamy się za bruzdą ziemi pod liniami wysokiego napięcia i obserwujemy trasy patrolowe dozorców oraz snopy świateł ich latarek. Życie to nie gra. A może jednak? W końcu znajdujemy miejsce dokładnie pomiędzy dwiema budkami ochrony. Obaj portierzy myślą sobie pewnie, że to już nie ich teren, i tak bez żadnych nieproszonych gości przesypiamy smacznie całą noc.

ha-long-6Dzień później czekają nas pierwsze wydatki. Przypominamy: budżet na Ha Long to 14 złotych na głowę. Musimy przeprawić się promem na wyspę Cat Ba, a stamtąd jest już tylko rzut oszczepem i przed nami otwiera się słynna zatoka Ha Long.

Zamiast łódki – prom

Prom samochodowy kosztuje 50.000 dongów, czyli około siedmiu złotych. Za 130.000 dongów przepłynąć można szybką łódką. Jako bagaż podręczny na łódkę bierzemy skuter, bądź w przypadku takich dziwaków jak my, rowery. Jest to zwyczajna usługa z oficjalnym cennikiem i oficjalnymi biletami, z której na co dzień korzystają Wietnamczycy. Prom wypływa co dwie godziny. Proste? Banalne! Turystyczni oszuści wciskali nam oczywiście, że dostać się tam na własną rękę jest bardzo, bardzo trudno.

ha-long-20

Trzy kwadranse później jesteśmy już na Cat Ba. Ale tu pięknie! Przewodnik Lonely Planet tym razem trafia swoim błyskotliwym porównaniem na każdą okazję w sedno. Cat Ba rzeczywiście przypomina wyspę z serialu Lost, przynajmniej jej tajemniczy i opustoszały (jak na wietnamską atrakcję turystyczną) południowo-zachodni kraniec.

ha-long-13

Wzdłuż wybrzeża prowadzi fantastyczna kręta droga, mijamy senne rybackie wioski, aż w końcu dojeżdżamy do plaży. I to jakiej! Ostatnią taką plażę widzieliśmy 11 tysięcy kilometrów temu w Turcji nad Morzem Czarnym. Azerskie wybrzeże Morza Kaspijskiego czy Morze Aralskie litościwie pominiemy. Resztę dnia spędzam z książką w ręku i słuchawkami na uszach. Od poranka do zachodu słońca gapię się na jeden senny nadmorski widoczek. Pamiętacie kiedy ostatnio mieliście taki dzień? Jeżeli nie, to czas najwyższy nadrobić zaległości.

Plaża jest nasza.

ha-long-8 ha-long-9

A przynajmniej prawie cała.

 

ha-long-10 ha-long-11

Wieczorem, kiedy przychodzi odpływ, kręcą się po niej tylko dwie Wietnamki poławiające owoce morza. Oprócz tego trzy krowy i dwa koguty. Szybko zdecydowaliśmy, że nigdzie się stąd dzisiaj nie ruszamy i po zmroku rozbijamy namiot na piasku. Kiedy ja dogorywam ósmą godzinę leżąc plackiem, Mażna robi dobry uczynek. Gołymi rękami grzebie w odsłoniętym przez odpływ dnie zatoki i zbiera muszelki z małżami, aby dać je na koniec jednej z poławiaczek w prezencie.

Niestety, tego dnia Wietnam nie odpłacił nam się dobrym serduszkiem, zrozumieniem, ani nawet obojętnością. Rano odkrywamy największy przejaw chamstwa i głupoty, na jaki natknęliśmy się przez te ponad osiem miesięcy w podróży. Ktoś rozciął nam tropik namiotu. Na szczęście tylko kawałeczek, ale sygnał był jasny: idźcie do hotelu, jeżeli zostaniecie tutaj jeszcze jedną noc, nacięcie będzie rosnąć.

Długo wpatrywaliśmy się w rozdarcie, debatując nad tym, jak mogło się ono zrobić tej nocy samo. Niestety, równiutkie cięcie wyglądało dokładnie, jakby ktoś zrobił je żyletką. Nie mogliśmy uwierzyć, że zdarzyło się to właśnie tutaj, w Wietnamie. W kraju, w którym ludzie na co dzień są przemili, w którym czujemy się naprawdę świetnie. Piszę to pod dachem skateparku, gdzie chłopaki z obsługi nie dość, że dali nam się rozbić, to jeszcze nakarmili, podciągnęli prąd do namiotu i podzieli się hasłem do Wi-Fi.

(Na pocieszenie możemy dodać, że nie tylko my mieliśmy niemiłe przygody na tej wyspie. Przeczytajcie historię Alicji i Andrzeja z Los Wiaheros)

Turystyczne zakątki, takie jak okolice zatoki Ha Long, rządzą się widocznie swoimi prawami.

Nie ma co liczyć, że ktoś potraktuje cię tutaj jak człowieka. Ile to musieliśmy się naszukać, żeby kupić za ustawową cenę 20.000 dongów nasze ulubione Pho Ga, czyli zupę z makaronem ryżowym i kurczakiem. Dla turystów cenę mnoży się razy dwa, czasem nawet razy trzy.

Największy cyrk czekał na nas w porcie Cat Ba. Od pań handlujących wycieczkami po Ha Long umiejętności sprzedażowych z powodzeniem mogliby uczyć się bankowi telemarketerzy. Są tak przebiegłe, uparte i natarczywe, że dosłownie nie da się od nich opędzić. Odmawiać można w nieskończoność, ale ani trochę ich to nie deprymuje. Milion dongów za rejs po Ha Long. Drogo? To może chociaż 800 tysięcy? A może wycieczka na Monkey Island? Czip prajs: 200 tysięcy! Nie chcesz zobaczyć małpek, dlaczego? Dlaczego?!

ha-long-14

W tym momencie pani rozumiała, że z rejsu nici. Uparcie biegnie jednak za mną i zagaduje. Wskazała mi nawet na mapie miejsce, z którego wypływa regularny prom do Ha Long, którym mogliśmy za kolejne siedem złotych wrócić z wyspy i jeszcze przy okazji zobaczyć słynne, wystające z wody formacje skalne. Oczywiście informacja została nam sprzedana tylko po to, żeby po chwili wciskać miejsce w pensjonacie. Nie? A może jesteście głodni? Zapraszam na owoce morza w mojej knajpie? Nie?! Dlaczego?! Turysto! Przyjacielu! Wracaj!!!

ha-long-18

ha-long-16

 

ha long

 

Ale czy z powodu tych uciążliwości lepiej było sobie odpuścić? Nie!

Szkoda tylko, że nie dopisała nam pogoda. Zamiast rajskich widoczków oglądaliśmy bramy Mordoru.

 

 

 

12 odpowiedzi do “Zatoka Ha Long za 14 złotych”

    1. A Wam jaki numer odwalili?
      Btw, o tym, jak bardzo zatoka Ha Long jest przereklamowana, dowiedzieliśmy się kilkaset kilometrów dalej, śmigając Ho Chi Minh Highway pośród podobnych formacji skalnych.

  1. 14 zł. Naprawdę fajnie, że udało Wam się przyoszczędzić ale chyba na ha long płynie się po to, żeby pływać, a nie siedzieć na wyspie:) z drugiej strony to pewnie dlatego, że ta zatoka jest przereklamowana i jesli celem nie jest pływanie, to krajobrazy, statki są takie sobie. W Tajlandii, na Filipinach w niektórych miejscach formacje skalne wyglądają identycznie. Też się rozczarowałam. Żałuje najbardziej, że nie udało mi się jej zobaczyć jeszcze kilka lat temu jak statki miały klimat. nie jak teraz- brudne, białe, syf i generalnie autostrada miedzy wyspami. Może wtedy rejs statkiem byłby wart tych 60 dolków.
    A co do przeganiania tych wszystkich osob próbujących wcisnąć ci coś na siłę za grube (jak na tamtejsze, bo na pewno nie polskie warunki)- spoko, sama też tak samo robie ale mimo wszystko mam potem troche wyrzuty sumienia, że „dziaduję”.
    pzdr
    Karolina

    1. Pływać owszem – i płynęliśmy! Promem, przez około godzinę, ale za to pośród przepięknych formacji skalnych! Może to nie były te najbardziej fikuśne skałki znane z pocztówek, ale nie popadajmy w przesadę 🙂 Inna sprawa, że w dniu „rejsu” trafiliśmy na fatalną pogodę, choć jeszcze dzień wcześniej taplałam się w wodzie. A widoczność tak beznadziejna, że szczerze mówiąc szkoda by było płacić więcej niż te tytułowe 14 zeta (choć naganiacze dwoili się i troili, by mimo wszystko coś w tym dniu zarobić).
      Cóż, wizja błogiego lenistwa na pokładzie tych charakterystycznych łódek (btw, też nie widzieliśmy ani jednej, były za to… kontenerowce i barki przewożące węgiel!) jest kusząca, ale nie można mieć wszystkiego, gdy się jedzie w roczną podróż. Już raz pływaliśmy w podobny sposób w Indonezji – poszła kupa kasy i było fajnie, ale gdy poobserwować, jak takie wycieczki wyglądają od kuchni, kto naprawdę stoi za tym biznesem, gdzie idzie kasa, to naprawdę wyrzuty sumienia z powodu przeganiania tych cwaniaków są zupełnie niepotrzebne.
      „Dziadowanie” czasem jest zabawne – jest jak gra przygodowa, rozwiązywanie łamigłówek, wyszukiwanie rozwiązań, przechytrzanie cwaniaków. My to akurat lubimy. Choć odmawianie sobie niektórych spraw, które kuszą w podróży nieustannie, przychodzi mi czasem z bólem serca…

      1. Potwierdzam – nie ma sie co wybierać na Ha Long jak nie ma pogody, bo wtedy to już tylko wygląda wszystko groźnie a nie pięknie. Byłam 2 dni i pierwszego dnia była piękna pogoda, więc zachwycaliśmy się skałami, a drugiego chmury, deszcz, mgła – wszystko wyglądało zupełnie inaczej… Tak jak mówię, skałami byliśmy zachwyceni, ale jak potem zobaczyliśmy podobne w Tajlandii czy na Filipinach za darmo, to nie zostało nam nic, jak tylko się uśmiechnąć:)
        Ja też podróżując staram się to robić możliwie jak najtaniej, ale czasem jest mi zwyczajnie głupio, bo gdybyśmy byli w Polsce 10 groszy czy „nawet” 50 nie zrobiłoby na mnie wrażenia, a np. w Azji już tak. No ale podróże rządzą się własnymi prawami, a pułapek jest mnóstwo. Grosz do grosza i zbiera się spora sumka, mimo, że Wietnam czy Kambodża są jak dla nas tanie, to pod koniec dnia robi się rozliczenie i… myśli się… wydałam dziś 50zł zupełnie bez sensu na 10 różnych rzeczy, których tak naprawdę nawet mi nie było trzeba:) Dobra, już nie ględzę i bardzo pozdrawiam 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *