Higiena w podróży i inne zbytki

Nie ma co owijać w bawełnę. Z higieną nie jest lekko.

Spodziewałam się, że będzie z tym sporo kłopotów, ale na początku optymistycznie zakładałam, że przecież wszystko da się zorganizować, jeśli tylko się chce. Pamiętam, że szykując się do wyjazdu wertowałam poradniki urodowe w poszukiwaniu różnych ciekawych patentów na higienę w podróży. Tak zainspirowana kupiłam w drogerii suchy szampon. Ponoć idealne rozwiązanie, gdy nie możemy umyć włosów, a chcemy, by dłużej zachowały świeżość. No i próbowaliśmy bawić się tym szamponem jeden raz czy dwa, po czym daliśmy sobie spokój. Po kilkuset kilometrach pozbyliśmy się puszki, a wraz z nią – części naszych pierwotnych, naiwnych wyobrażeń o tym, jak ma wyglądać nasza higiena w podróży. Po prostu nie ma sensu udawać, że jest się czystym, jeżeli wcale się nie jest. Po co te pozory? Trzeba to zaakceptować. Przyzwyczaić się. To nie jest tak, że lubimy być brudni i jest nam z tym świetnie. Ale bez pewnego poziomu akceptacji, tego typu podróż byłaby udręką.

Jedziemy na rowerach i w miarę niskobudżetowo. W hostelach czy hotelach śpimy nieczęsto, ok 90% nocy spędzamy pod namiotem. To oznacza, że z myciem i praniem musimy się nieco nakombinować. Rzeka? To + 10 do higieny. Bardzo cenimy także Couchsurfing oraz gościnność spotykanych po drodze ludzi, którzy goszczą nas po królewsku, udostępniając również swoje łazienki.

Kombinacja hoteli, rzek, ludzkiej gościnności i nawilżanych chusteczek sprawiły, że na samym początku, w Turcji, pasek higieny nigdy nie spadał nam zbyt nisko. Ale wtedy jeszcze mieliśmy inne standardy.

Potem zaczęły się góry, pustkowia, temperatura albo spadała bardzo nisko, albo szybowała w okolice 45 stopni Celsjusza. W pewnym momencie woda zaczęła być na wagę złota, a odległości pomiędzy miejscami, w których „jest jakaś cywilizacja” rosły. I dopiero wtedy higiena stała się wyzwaniem. Kilkaset kilometrów kazachskiego stepu, na którym „nie ma niczego”, a woda służy tylko do tego, aby nie umrzeć z pragnienia, i tak przez niekończący się tydzień – te okoliczności przełamią największego nawet czyściocha.

Gdy wyjeżdżaliśmy z Polski, zabrałam nie tylko suchy szampon, ale spakowałam też dwa słoiczki ulubionego kremu nawilżającego, lekki puder, jeden cień do powiek i trzy kolorowe lakiery do paznokci. Myślałam sobie: raz na jakiś czas, gdy będziemy w mieście, na pewno najdzie mnie ochota, by trochę się umalować, tak dla poprawy samopoczucia.

Tiaaa. Kosmetyków do makijażu nie użyłam ani razu (zresztą, umalowana twarz śmiesznie komponuje się z rowerowymi ciuchami, butami czy obciachową rowerową torbą na ramię), ale ponieważ są małe, nie podzieliły losu suchego szamponu. Pewnie wrócą z nami do Polski, o ile wcześniej się nie popsują. Miałam nawet świetną okazję, by pozbyć się całego tego balastu i zrobić ogromną przyjemność kobietom z pewnej ubogiej pasterskiej rodziny, u której gościliśmy w Azerbejdżanie. Wszystkie panie rzuciły się na moje sakwy, przeczesując je w poszukiwaniu kosmetyczki. A potem patrzyły proszącymi oczami to na mnie, to na wygrzebane słoiczki i tubki. Zareagowałam dość bezsensownie. Z czystej chyba próżności i zachłanności bardzo nie chciałam się z tymi pierdółkami rozstawać, i przyparta do muru „dałam” im tylko jeden krem.

Jest tylko jeden wyjątek – lakiery do paznokci. To jest ta jedna mała próżność, na którą sobie regularnie pozwalam. Bardzo poprawia samopoczucie.

Łańcuch zmieniony, kaseta wyczyszczona, manikiur zrobiony. Higiena w podróży rowerowej to dodatkowe wyzwania.
Łańcuch zmieniony, kaseta wyczyszczona, czas na manikiur.
Niczego się nie tykam, nigdzie nie jadę, lakier mi schnie.
Niczego się nie tykam, nigdzie nie jadę, lakier mi schnie.

Z tą higieną jest czasami nawet trochę śmiechu. Zabawne są momenty, gdy nasz wygląd (wiecie, te umorusane twarze, tłuste włosy, przykurzone ubrania, wiecznie umazane smarem łydki) i nasz styl podróżowania (kampowanie pod mostem, ubłocone rowery) kłócą się z tym, jak spotykani po drodze ludzie wyobrażają sobie zachodniego turystę. Patrzą na nas, komentują, śmieją się, pokazują palcami i nie mogą się nadziwić. Wykonują gest obmywania twarzy sugerując „ej, jesteście brudni”. Czasem ktoś wspaniałomyślnie proponuje nam wtedy łazienkę. I parę razy nawet z tej propozycji skorzystałam: „kąpałam się” więc w toalecie wagonu pocztowego w Kazachstanie czy w uzbeckim zajeździe, w którym zatrzymaliśmy się tylko na obiad.

usmarowane_lydki

Czasem zdarza się też sytuacja niczym z Kopciuszka.

Są oczywiście momenty zmęczenia, zwątpienia, gdy te niby oswojone sprawy na nowo zaczynają irytować. Wkurzam się wtedy sama na siebie za to, że przyzwyczaiłam się do tego brudu. I nagle mówię „dość!”, stawiam sprawę na ostrzu noża: choćby nie wiem co, dzisiejszy nocleg ma być nad rzeką, bo jak nie, to foch! Co było zupełnie do przewidzenia – Janek o wiele lepiej znosi nową sytuację. Ba! Zaczyna teraz zastanawiać się, po co były człowiekowi te codzienne prysznice. W dodatku takie marnotrawstwo zasobów!

Jest natomiast jedna bezdyskusyjna sprawa:

Łapki muszą być czyste. Zawsze.

Zainspirowana urodowymi propozycjami kupiłam też – poza oczywiście suchym szamponem – żel dezynfekujący do rąk. Podobno praktyczna rzecz w podróży. Gdzie tam! Nie znoszę uczucia lepkich rąk po zastosowaniu tego specyfiku, w dodatku ten zapach. I niby mogę takimi rękami brać jedzenie? Nigdy w życiu!

Dość szybko jeden z naszych bidonów został przeze mnie przeznaczony do arcyważnej funkcji. Otóż w bidonie zawsze i wszędzie, bez względu na okoliczności, wiozłam tak zwaną „wodę higieniczną”, która służy do mycia rąk (i paru innych kluczowych części ciała). Mogło nam się kończyć picie na środku pustyni, ale „woda higieniczna” zawsze musiała być. Uzupełnialiśmy ją w strumieniach, w ogólnodostępnych ujęciach wody, a gdy ich nie było – prosiliśmy ludzi, którzy nigdy nie odmawiali. Bidon do tego celu jest świetny, bo w przeciwieństwie do odkręconej butelki, woda z małego dziubka płynie niewielkim strumieniem, dzięki czemu te trzy czwarte litra wystarcza na długo. „Woda higieniczna” w komplecie z mydłem w kostce (i oczywiście niezastąpionymi chusteczkami nawilżającymi) pozwalała nam godnie przetrwać w miejscach, w których nie ma zwyczaju (albo możliwości) mycia rąk po wizycie w „toalecie”, a o przyjemnym prysznicu można tylko pomarzyć.

Higiena w podróży rowerowej. Podstawią jest tzw. woda higieniczna. Najlepiej sprawdzał się bidon (który w końcu nam zginął), ale łatwo można wykombinować coś zastępczego
Woda higieniczna. Najlepiej sprawdzał się bidon (który w końcu nam zginął), ale łatwo można wykombinować coś zastępczego

W pewnym momencie przychodzi po prostu ten etap przyzwyczajenia się. Okazuje się, że naturalny zapach ciała po kilkudniowym, zdrowym wysiłku, ciała opiekanego słoneczkiem i smaganego przyjemnym, chłodzącym wiaterkiem, jest całkiem sympatyczny, zwłaszcza, gdy jest to zapach ukochanej osoby. I ma niewiele wspólnego z z zapachem zestresowanego korpoluda, który niezdrowo się odżywia i poci się „na śmierdząco” po byle gonitwie za uciekającym autobusem czy po wspinaczce schodami na drugie piętro.

Dzisiaj, gdy pomiędzy jednym Couchsurfingiem a drugim hostelem mamy dwutygodniowe odcinki „w trasie”, a worek na brudne ciuchy zaczyna podpadać pod konwencję o zwalczaniu broni chemicznej, ten czekający na nas prysznic jest swoistą nagrodą i motywacją do szybszego pedałowania. A wtedy tekst: „Jankuuu, jestem czysta…” staje się jednym z tych najbardziej romantycznych.

14 odpowiedzi do “Higiena w podróży i inne zbytki”

Odpowiedz na „domelAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *