McDonald’s: poproszę największy zestaw

ronald-mcdonald-tajlandia„Marzy mi się jechać do Boliwii, bo jest tam zakaz otwierania McDonaldów” – przeczytałem ostatnio w komentarzach na jednym z blogów podróżniczych i pomyślałem sobie – rany, ile razy w tej podróży dałbym się pokroić za hamburgera.

Tak, po trzech miesiącach w Wietnamie, Laosie i Kambodży, gdy zobaczyłem gigantyczny przydrożny znak reklamujący Tesco i KFC, mało co oczy nie wyszły mi z orbit. Ostatni taki przybytek widzieliśmy w chińskim Kunming, kilka tysięcy uczciwie wykręconych kilometrów temu. Możecie sobie więc wyobrazić, że dosłownie przeleciałem te kilka kilometrów i z piskiem opon dumnie zajechałem pod lśniącą szybę marketu i oparłem o nią moją ubłoconą, styraną i objuczoną gratami kozę. O dziwo nie zgarnęła mnie ochrona – tajski kapitalizm, liberalny kapitalizm.

„Dzień dobry, poproszę największy kubełek jaki macie”, 39 złotych na blat (w Kambodży ponad dwa razy tyle, spasowaliśmy) i po chwili już mogłem zatopić kły w wiaderku pełnym kawałków kurczaka. Porcję skalkulowaną dla czterech Azjatów wciągnąłem prawie w całości, wyrywając Mażnie należne jej kawałki z rąk, po czym zalałem wszystko czterema colami i beknąłem donośnie. No co, czasem człowiek musi mieć coś z życia.

kfc-thailandChwilę później kurczaki spłynęły do mojego żołądka. Ten, po diecie kambodżańskiej prowincji był co najwyżej wielkości orzeszka, więc teraz przeżywał gruby szok i niedowierzanie. Pamiętajcie, nigdy nie zakładajcie się z głodnym rowerzystą, że czegoś nie zje. Przegracie. Lepiej założyć się na przykład o to, że po posiłku nie będzie mógł się ruszyć. Białkowa bomba skutecznie unieruchomiła mnie na najbliższą godzinę. W tym czasie Mażna obskoczyła całe Tesco dziesięć razy i za całkiem małe pieniądze kupiła kilka rzeczy, za którymi od dawna się rozglądaliśmy i nie mogliśmy nigdzie ich dostać. Na przykład moskitierę. A, no i wszystkie możliwe rodzaje amerykańskich czekoladek Hershleys, Reeses i M&Msów. Zjadłem z papierkami.

Oprócz wspomnianych Tesco, w Tajlandii są dobrze – korporacyjnie – ogarnięte stacje benzynowe. Stacje jak kraj długi i szeroki identyczne, z obowiązkowym sklepem Seven Eleven. To nic, że hot-dogów to zawsze „no have”. Zawsze można wciągnąć dwa croissanty z serem żółtym i szyneczką. Dwa złote 50 groszy. Tak, porcja jest bardzo mała i trzeba kupić od razu trzy. Tak, tajszczyzna wychodzi taniej. No, ale ile można jeść ryż czy makaron. Croissanty pani podgrzewa w mikrofali, po czym konsumujemy je przed sklepem z laptopami na kolanach. Przed każdym sklepem, zgodnie z procedurą, jest gniazdko dla państwa klientów i darmowe Wi-Fi. Net i ostatnie częste wpisy na blogu sponsoruje Amazon Cafe, prawie zawsze zaraz obok Seven Eleven. To w tej kafejce jakoś tak nam się kilka dni temu zasnęło na twardej ławeczce w świetle kamer monitoringu. Policji nikt nie wzywał. Ba, nawet śmieci nad ranem wywozili cichaczem, na paluszkach, żebyśmy się nie pobudzili.

Tajski kapitalizm ma trochę ludzkiej twarzy. Razem z nami przy koro-stacji bumelują zawsze sprzedawcy tajskiego żarcia na skuterach. Nich ich stąd nie przegania. Co ważne, na te croissanty z serem i szyneczką stać nie tylko nas, ale i wielu Tajów. Nie raz wystałem swoje w kolejce umierając z głodu. Nie jest za drogo, może plastikowo i bez szału, ale zawsze dokładnie tak samo, w miarę czysto, przyzwoicie. Jak w MacDonaldzie. Właśnie – czysto. Zmusić Azjatów do używania mydła to sztuka, której nie opanowały do końca nawet amerykańskie korpo. Co z tego, że w kibelkach są dozowniki na mydło, skoro nikt ich nie napełnia.

W takim Burger Kingu w Bangkoku, inna sprawa. Zobaczyć jak w białych rękawiczkach, z aptekarską precyzją pani układa trzy kotleciki (100% Imported Australian Beef, 155 gram) to rzecz bezcenna. Do tego pomidorek, cebulka, sałata i sosiki dozowane co do miligrama strzykawkami. Kompozycja wszystkich składników była tak perfekcyjna, że pierwszy raz w życiu po wyjęciu hamburgera z papierka stwierdziłem, że wygląda identycznie jak na obrazku. W najmniejszych nawet detalach i proszę – zdarzyło się to w Azji. Da się? Da się.

Z drugiej strony, rozumiem te marzenia o Boliwii. Sami decydując się rok temu na tę podróż też chcieliśmy kontestować zachodnie korpo, też uciekaliśmy przed makdonaldyzacją wszystkich sfer naszego życia z pracą na czele. Kierunek też wybraliśmy nieprzypadkowy. Pojechaliśmy w stronę bardzo Niezjednoczonych Stanów Azji Centralnej. Rok czasu, 16 tysięcy kilometrów i 16 zatruć pokarmowych później, doceniam te tak znienawidzone przez niektórych McDonaldy i cieszę się jak dziecko na widok znajomego logo przy drodze. Kuchnia w Chinach, czy Azji Południowo-Wschodniej jest OK, ale można się po niej srogo pochorować. Zwłaszcza, gdy głód dopadnie nas w rejonach, gdzie ludziom żyje się naprawdę ciężko. W takim McDonaldzie w końcu wiem, co zamawiam, a podnosząc pokrywkę w garku z mięskiem nie zobaczę głowy psa (Kambodża i raczej nie był to przysmak, a smutna konieczność). W końcu, gdy proszę o coś do jedzenia nikt nie robi wielkich oczu i nie mówi: „nie ma, skończyło się, może puszkę rybną za dziesięć złotych?”

McDonald's Uzbekistan
McDonald’s Uzbekistan

Owszem, jakbym miał wciągać makdonaldowe jedzenie codziennie szybko by mi obrzydło. Dwa, ciężko sprawnie jeździć na rowerze z 20kg majdanem, gdy człowiek jest aż tak nażarty. Ale od czasu do czasu, czemu nie? Super, że coś takiego jest i można od czasu do czasu zaserwować sobie kaloryczną bombę. Wszystkim marzącym o ucieczce ze zmakdonaldyzowanego świata proponuję przejechać swoje wymarzone antykorporacyjne kraje rowerem (albo jeszcze lepiej przejść pieszo) i jeść codziennie tylko to, co jedzą mieszkańcy tamtejszych prowincji. Zwiedzanie zza szybki Łady, czy klimatyzowanego LandRovera się nie liczy.

Acha, McDonaldy traktujcie symbolicznie, bo w Tajlandii akurat wiele ich nie ma. Przy drodze trafiliśmy na Maka raz. Było menu śniadaniowe – tyle przegrać!

12 odpowiedzi do “McDonald’s: poproszę największy zestaw”

  1. Po pierwsze – uśmiałam się przednio. Po drugie – doskonale Cię rozumiem. Wielokrotnie podróżując (na przykład w Brazylii i Malezji) zdarzyło nam się zajadać Maca albo Burger Kinga z desperacją w oku. W Europie nie zdarza nam się to w zasadzie nigdy, w dalszych podróżach – prawie zawsze. Chyba dobrze od czasu do czasu odpocząć od „egzotyki”, które całkiem często jest zwykłą koniecznością. W Peru na przykład zabiłabym za hamburgera z MacDonalda, szczególnie po wszystkich tamtejszych kurczakowniach. To ciekawe jak zmienia się punkt widzenia! Serdecznie pozdrawiam!

    1. Naszą ostatnią sztabówkę zwiał nam wiatr na pamirskiej przełęczy 🙂 od tego czasu tylko gps na offlajnowych mapach googla cachowanych w telefonie gdy akurat jesteśmy przy wifi (mamy simkartę z Polski, raczej nie kupujemy lokalnych, więcej było z tym problemu niż pożytku)

  2. Dawno temu gdy ten Azjatycki Podróżnik (Janek) wynurzył się z australijskiego outbacku na utwardzona drogę i zobaczył McD zakrzyknął „CYWILIZACJA!!” 😉

  3. Moim ulubionym fastfudem jest KFC i Tim Horton’s (kanadyjska sieć, rewelka!). Kanadę przejechałem praktycznie na „meal No.5” u Tim’a za (wtedy) ledwo $3.75 (czy jakoś tak) = zupka, bułka, pączek, kawa, masełko… No, a KFC (wszędzie na świecie jest niestety! ostatnio w Australii stołowałem się u nich okazyjnie) – porcja 2 lub 3 kawałków kurczaka z frytkami + cola = mniam… mniam… I tak tego za godzinę, dwie już nie ma w brzuchu ! 😉

  4. Świetny wpis jak zawsze. Odnośnie zatruć pokarmowych. Macie w planach przygotowanie jakiegoś wpisu jak sobie z tym radzicie w podróży i czego unikacie w menu ?? :). Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.