Są takie chwile, gdy nie chcę wracać do Polski

linka_rowerowaChwile, w których przypinam na ulicy rower i muszę tłumaczyć się z zażenowaniem, że jesteśmy z Polski, a to taki kraj gdzie kradną.

Ile to już razy ludzie widząc co robimy i słysząc takie tłumaczenie reagowali jakby zobaczyli kosmitów. Zaczęło się już w Turcji, gdy nasze złomy chcieliśmy spiąć ze sobą na noc. Człowiek, u którego spaliśmy, potraktował to nie tylko jako dziwactwo, ale wręcz brak zaufania do niego, czy jego sąsiadów. Nie rozumiał nas, mało się nie obraził.

Podobne scenki działy się praktycznie w każdym z dwunastu przejechanych przez nas krajów. Nasi gospodarze w pamirskiej chacie pewnie nie potrafiliby sobie nawet wyobrazić kradzieży czegokolwiek spod ich domu. Wtedy odpuściliśmy te głupie zapięcia, nie chcieliśmy po raz kolejny stawiać siebie i ich w kłopotliwej sytuacji.

W Kazachstanie w jednej z przydrożnych knajp, przez którą przewijało się pełno ludzi, zostawiłem swoją „nerkę”, a w niej wszystkie karty płatnicze i kredytowe, paszport, a nawet hasła jednorazowe. Zorientowałem się kilka kilometrów dalej, gdy rozbijaliśmy namiot. Wróciłem. Właściciele knajpy wypatrywali mnie już z daleka. Czekali przy drodze ze zgubą w rękach. A kraj renomę ma u nas raczej średnią, pewnie niejedna osoba nie pojechałaby tam, bo „rabują, kradną”.

W stolicy Kambodży rowery zostawiliśmy w zamykanej graciarni przy hostelu. Kiedy wyciągnąłem nasze dyżurne dwa zapięcia chłopak, który nas tam zaprowadził, zaczął mocno protestować „Nie spinaj, proszę! Nie będę miał potem jak ich wygodnie przestawiać”. I tak spiąłem.

Za każdym razem, gdy śpimy pod namiotem zostawiamy rowery spięte przed samym wejściem. Jak najbliżej, aby dobrze słyszeć skradających się złoczyńców złodziei. Najbardziej wyczulona jest na tym punkcie Mażna, która regularnie budzi mnie w środku nocy i wszczyna alarm „Janek! Słyszysz to? Rowerów nam nie kradną?”

A już najwięcej zdziwionych twarzy na nasze obawy, że ktoś mógłby nam ukraść rower, widujemy w Tajlandii. W końcu nawet i my tracimy powoli polskie nawyki. Złapaliśmy się parę razy na tym, że chodzimy sobie swobodnie po sklepie, podczas gdy cały dobytek stoi sobie ot tak na ulicy. Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że dla Tajów wydaje się to być zupełnie normalne, naturalne, oczywiste (niepotrzebne skreślić).

Jasne, nie znaczy to, że w tych wszystkich krajach ludzie nie kradną. Pewnie, że kradną, jak wszędzie. Nikt jednak nie robi z tego wielkiego halo. Każdy wychodzi z założenia, że prawdopodobieństwo kradzieży jest przecież znikome. Żaden rowerzysta nie popada w taką paranoję jak w Polsce.

W sumie nie ma się czemu dziwić. Napisał do nas ostatnio czytelnik z naszego pięknego rodzinnego miasta Łodzi z pytaniem. Zgadnijcie jakim. „Jak zabezpieczacie swoje rowery? Bo wiece, miałem taką linkę jak wy. Co prawda jej nie przecięli, ale zamek rozwalili”.

Pamiętam, jak w jeszcze piękniejszym mieście Warszawie, w robocie przenosiliśmy się do innego biura, w którym nie było już strzeżonego, podziemnego parkingu dla rowerów. Już pierwszego dnia jedna osoba straciła swój jednoślad.

Ale to wszystko nic wobec kradzieży, której doświadczyli niedawno Kajtostany – rowerzyści podróżujący z dziećmi, sakwiarze z pięknego miasta Krakowa. Ich rowery były spięte ze sobą linką. Złodziej także nie dał sobie z nią rady. Ba, nie dał sobie nawet rady z zamkiem. Więc co zrobił? Przepiłował ramę jednego roweru i podpierdzielił drugi! Rower szczególnie dla jego właścicieli ważny, z bagażnikami i mocowaniem do przyczepki, w której wozili dzieciaki.

Za każdym razem, gdy czytam takie wieści z Polski, zastanawiam się jaką trzeba być tępą dzidą, żeby coś takiego zrobić? Więcej, jaką trzeba być jeszcze bardziej tępą dzidą, żeby potem taki rower kupić na bazarku po „dobrej cenie”?! No bo przecież znikąd się te kradzieże nie biorą. Czy w naszym pięknym kraju na nas rowerzystów padło jakieś fatum? Kiedy ostatnio w Polsce powiedzieliście komuś – „Weź wyluzuj, nie przypinaj roweru, przecież u nas nie kradną”?

Tia, w takich właśnie chwilach nie mam ochoty wracać.

26 odpowiedzi do “Są takie chwile, gdy nie chcę wracać do Polski”

  1. Dla pocieszenia, w Chinach też kradną;) Kumpel kupił rower, żaden szał, ot używane 2 kółka. W drodze do domu postawił rower pod sklepem i wszedł coś kupić, dosłownie po 2minutach roweru nie bylo. Po kilku dniach kupił najtańszy szrot jaki był na stanie, wyłożył 50zł i bardziej się(roweru) pilnował. Ukradli po tygodniu z klatki schodowej na teoretycznie chronionym kampusie. Kradna wszędzie, problem jest w natężeniu zjawiska, atu Polska chyba faktycznie ma miejsce w czołówce…pzdr

    1. Fakt, Chiny to chyba ten jeden kraj, w którym nikt nie namawiał nas do zostawiania rowerów ot tak. A Urumczi to już w ogóle ma tak złą sławę, że trzymaliśmy je cały czas pod kluczem.

    2. czyli rozumiem, że msłyszeliście o rowerach LosWiaheros…Ujgurzy mają kiepską opinię, a do tego co jakiś czas albo starcia u nich, albo jakieś incydenty na terenie kraju z ich udziałem:/ Plan mam latem to sprawdzić osobiście, ale nie na rowerze;) pzdr

    3. Pewnie, że słyszeliśmy, a nawet obiły mi się o uszy inne podobne historie z tego miasta. Tylko nie pamiętam, czy po drodze od innych mijanych rowerzystów, czy gdzieś w necie.

      1. LosWiaheros stracili rowery w Urumczi, a nasi przyjaciele dwa kółka w Bangladeszu. Kuzynowi ukradli nowy rower w centrum Hamburga, a nasz samochód „spodobał się” komuś w Krakowie (wszystko historie prawdziwe!). Co z tego wynika? Niewiele. Czasem się zdarza.

        Od lat jeździmy do Sinciangu, a ostatnio przejechaliśmy te tereny na rowerach. Zarówno pod względem geograficznym, kulturowym, jak i społecznym jest to niezwykle ciekawy region, którego rdzenni mieszkańcy są tłamszeni przez rządzących, czasem oczerniani, innym razem niepochlebne historie są wyolbrzymiane. Władzy zależy na popularyzacji negatywnego wizerunku Ujgura. Podróżując przez Sinciang spotkaliśmy się tam z dużo większą otwartością i gościnnością niż w pozostałych częściach Chińskiej Republiki Ludowej. Radzimy nie ulegać chińskiej propagandzie.
        Pozdrawiamy,
        Aśka i Kuba
        PS Już z Berlina śledzimy dalszą część Waszej wyprawy. Trzymajcie się ciepło!

        1. Sinciang też ubóstwiamy, pisaliśmy nawet ciut o tym. Chodziło mi konkretnie o Urumczi i gang jaki tam działa/działał. Gdzieś tam po różnych Warmshowers i tym podobnych krążyły historie podobne do Wiaherosowych, w którymś hostelu też żywa osoba płakała nad swoim eks-rowerem i nie była ona raczej wytworem chińskiej propagandy.

          A w ogóle to w tym wpisie chciałem bardziej zapłakać nad tym jaką w Polsce mamy obsesję nie-śpię-bo-pilnuję roweru, zapinam zawsze 10-kg linką albo spawam ramę do słupa. Może to już taki urok całego zachodniego świata, o którym po roku w podróży łatwo i z ulgą się zapomina. W każdym razie tajski, buddyjski spokój w tych sprawach jest niesamowity. Ja im strasznie tego zazdroszczę.

  2. Hm… A w Belgii czy Niemczech to nie kradną? Może na wschód gdzie się udaliście jest deko lepiej a może (i bardziej właśnie to obstawiam) po prostu trafiliście na porządnych ludzi/rejony? Odsetek „tępych dzid” na całym świecie jest raczej podobny 😉 Obstawiam, że zostawiając nie spięte/przypięte/schowane/zabezpieczone/pilnowane rowery w jakimś większym mieście czy nawet miasteczku/wsi tak samo będzie w Lublinie, Dortmundzie, Antwerpii, Warszawie – szansa na jego utratę jest taka sama 🙂

    1. Eh, a w Tajlandii takie super sprzęty rzucają w kąt przed sklepem i luzik. Nikt się nie spina… 🙁 Serio, już któraś z rzędu osoba dziwi się niezmiernie, że martwimy się o jakieś głupie rowery…

    2. No to chyba od Tajlandii na wschód jest „lepiej” 😉 A co do czyjegoś świętego oburzenia, że przypinając rower mu nie ufacie… Nie przypniecie roweru żeby nie obrazić gospodarza, przyjdzie jego sąsiad w nocy i rowery niezabezpieczone zajebie – zaufanie, którym obdarzyliście gospodarza rowerów Wam nie wróci a brak dbania o swoje hm… objaw beztroski żeby nie nazwać dobitniej 😉

    3. Coś w tym jest co mówisz. Tu mogą wchodzić w grę te wszystkie niuanse z utratą własnego honoru/twarzy lub twarzy swoich sąsiadów, taka gra pozorów/uprzejmości. Fakt jest jednak faktem, w Tajlandii oni rzeczywiście olewają zabezpieczanie rowerów. Gdybym był złodziejem miałbym już kilkanaście wypasionych szosówek za xx baniek.

    4. No tam zapewne mają inną mentalność. Głupi bym był jakbym to zanegował. Ale zamiast wstydu za bycie Polakiem, bo u nas kradną polecam wstydzić się bycia Europejczykiem, bo na całym starym kontynencie kradną tak samo 🙂 A bardziej nas uderza/oburza czy więcej wiemy o tym co się dzieje u nas, bo… więcej mamy znajomych tutaj na miejscu, więcej czytamy rodzimych for/postów na fejsie/newsów z serwisów informacyjnych. Nawet jak mamy znajomego za granicą to raczej jak z nim rozmawiamy to nie wchodzimy od razu na temat „stary ale u nas to kurwa kradną!” 😉 Wydaje mi się, że jakby zagłębić się w życie Dublina, Londynu, Bratysławy czy innej europejskiej metropolii to okaże się że skurwysyny są wszędzie 🙁

    1. Pewnie tak, ale jak się czyta o takich kradzieżach jak u Kajtostanów to się nóż w kieszeni otwiera. A już abstrahując od tego gdzie więcej kradną… to widzimy jednak tę naszą polską kradzieżową paranoję. Niemcy/Amerykanie nie raz rzucali swoje, warte ogromne pieniądze, sprzęty w kąt, potrafili zaufać. A my – za nic w świecie! Dopiero w tej Tajlandii się przełamaliśmy. Argument większych zarobków raczej odpada, strata też by ich bardzo zabolała.

    2. We Włoszech jak nie przypniesz grubym łańcuchem (a nie taką nic nie wartą lineczką), to o rowerze możesz zapomnieć. A tak jest szansa, że jak o nim nie zapomnisz, to koła jeszcze zastaniesz po powrocie.

      Japończycy zaś wspominali swego czasu, że u nich można zostawić luzem wszystko, oprócz dwóch rzeczy – parasolek i rowerów.

  3. Strasznie przykry jest ten obraz Polski za granicą! Najgorsze jest to, że sami pracujemy na taki a nie inny obraz naszego kraju. Oczywiście nie my tutaj wszyscy, tylko te tępe dzidy. Ja ostatnio byłem w szoku, gdyż zostawiłem smartfona w kieszeni skutera w Ao Nang w Tajlandii i o dziwo, gdy sobie przypomniałem, że nie mam telefonu i pobiegłem do skutera, on tam nadal był. Bardziej traktuję to jako jeden wielki fart aniżeli coś, co świadczy o tym, że w Tajlandii nie kradną.

  4. Ciekawa dyskusja. Dowodząca chyba jedynie tego, że kradną wszędzie i, że będąc sami Polakami, siłą rzeczy jesteśmy bardziej poruszeni naszymi, polskimi konotacjami. Zadziwiające jest jednak to – i nie chcę tu obrażać niczyich uczuć ani wierzeń, i poruszyć lawiny komentarzy – jest to, że im bardziej „rzymsko-religijny” kraj, tym bardziej „relatywnie” pojmowana jest kwestia własności i generalnie: moralności (korupcja, złodziejstwo, przekręty różnej maści etc.).
    Sądzę, że zawsze należy stosować podstawowe zasady ochrony swego sprzętu. Sam podróżując tu i tam po świecie (choc nie tak mocno jak Nagniatamy 🙁 ) rzadko zamykam rower. Jedne straty jak dotąd (odpukać!) to do połowy opróżnione przednie sakwy (przez jakieś gryzonie, które wygryzły mi 10cm średnicy dziury we przednich Ortliebach i wykradły w nocy połowę zawartości) oraz skradzione siodełko ze sztycą (włamując się do mojego domowego garażu, nic innego nie zginęło!).

    1. Tia, to nasze rzymsko-religijne raczej „luźne” podejście do siódmego przykazania… Nawet taki miał być pierwotnie tytuł, ale dałem sobie spokój. Mam takie wrażenie, że Muzułmanie i Buddyści mają niesamowicie mocno wbite do głowy, że czyjaś własność jest święta i basta. Nie mamy złudzeń, że i tutaj w Tajlandii kradną na potęgę, ale jak ja im zazdroszczę tego luzu, spokoju ducha i wiary w to, że jednak nic nie zginie. Zachowują się jakby żyli w świecie bez złodziei i jak im to bardzo ułatwia życie!

  5. Rower na widoku zawsze zwraca uwagę więc trzeba się pilnować. Swoją drogą miałem rok temu we Francji próbę kradzieży roweru, wszedłem na pocztę kupić kilka znaczków i rower z 25 kg sakwami stał oparty przed wejściem, nie mineło 40 sekund a już miał nowego właściciela, całe szczęście biegi ustawiłem na najcięższe i nie mógł ruszyć ( jego reakcja bezcenna lol), niestety zdążył uciec, ale rower rzucony na bok został już ze mną 😀

    1. [Marzena] Niezła historia 🙂 My mamy kilka podobnych historyjek m.in. z Wietnamu, jednak w naszym przypadku nie chodziło o kradzieże, tylko o chęć przejechania się. Wietnamczycy nie cyrtolą się, nie pytają o zgodę, tylko po prostu podnoszą rower i wsiadają – czasami byliśmy tym zupełnie zaskoczeni, co pokazało, że i nasza paranoiczna czujność ma swoje słabsze momenty. Ale przejechać się na rowerku z sakwami to nie jest taka prosta sprawa, jak się przekonało kilku ciekawskich 🙂

  6. [Marzena] Dzięki za rowerowe historie z całego świata, dzięki którym jasne staje się, że stereotyp Polaka-złodzieja istnieje przede wszystkim… w naszych głowach, i jedzie razem z nami 🙂 Stereotyp tak silny, że nie mogę spać po nocach, bo co chwila wyglądam z namiotu, a od odwracania głowy, by sprawdzić, czy rowery jeszcze stoją przed knajpą, boli mnie czasem kark.

  7. Ja też mam ten nawyk, wręcz fobię sprawdzania, czy rower jeszcze stoi tam, gdzie stał. Jak mogę i mam ten full wypas, ze śpię w pokoju to row śpi ze mną :). Uważam, że część Azji jest bezpieczniejsza – głownie Japonia i Birma były bardzo bezpieczne, teraz Tajlandia też raczej ok, na Filipinach niekoniecnzie.., ale zawsze się mam na baczeniu i przypinam, choc gapią się na mnie jak na dziwoląga. Tyle historii się słyszało. Ostatnio ukradli Darii i Tomkowi, ale w Ekwadzorze bodajże, Ameryka południowa słhynie z kradzieży niestety, ale żal jak nie wiem co.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.