„Wszystko byłoby ok, gdyby nie te tłumy”

angkor_wat_tlumy
Brzmi znajomo? Komu zdarzyło się tak powiedzieć choćby raz?

Samo narzekanie na tłumy nie jest jeszcze niczym zdrożnym. Wiadomo, że jak jest długa kolejka do kibla, czy gdy wszystkie tanie noclegi są już wyprzedane, to można się zirytować. Wiadomo, że nadmierny hałas źle wpływa na zdrowie. Wreszcie – wiadomo, że gdy jest za duży ruch, cierpi na tym i przyroda, i zabytki (nad stanem tych z Angkor Wat pochylało się nawet BBC)

Ale w narzekaniu na tłumy jest też inny wymiar.

Wizyta w którejkolwiek miejscówce z listy UNESCO nie może się przecież odbyć bez sakramentalnego skwitowania „Ile tam było tych ludzi!”. Nie da się wrócić z którejś europejskiej stolicy i nie wspomnieć o tych śmiesznych Japończykach, którzy pozują do zdjęcia stojąc na baczność przed zabytkiem. „Luwr? W ogóle nie rozumiem tej fascynacji Mona Lisą. A ja? Jestem tutaj… ironicznie!” A te tłumy w Tatrach! „Jadą w piękne polskie góry, ale zamiast iść na szlak, tłoczą się jak bydło na Krupówkach czy w Dolinie Kościeliskiej! Koszmar! O, a ci, widać, wysiedli z autobusu i pilot wycieczki dał im dwie godziny wolnego na zwiedzanie rynku, jak dzieciom na koloniach, phi!”

Dzisiaj oraz trudniej jest być drugim Marco Polo, Krzysztofem Kolumbem czy Indiana Jonesem. To, co kiedyś było wielką wyprawą w nieznane, dzisiaj jest wycieczką, na którą można sobie pojechać w ramach urlopu. Białych plam na mapie jest coraz mniej. A te, które zostały, poprzeczkę mają podwieszoną naprawdę wysoko.

Więc jeśli jedziesz do Angkor Wat w przeświadczeniu, że uczestniczysz w jakiejś wielkiej wyprawie, eksploracji, w poszukiwaniu skarbów ukrytych w sercu dżungli, to jesteś w błędzie. Razem z tobą, w kolejce po bilet będzie stało kilkaset innych osób. Większość będzie czekała w spokoju, jednak zawsze znajdzie się paru niecierpliwych, marudzących pod nosem w różnych językach świata, że przez te tłumy nie zdążą na zachód słońca. „Rzucili się na bilety jak na promocję w markecie!” Phi!

Jedziesz więc od świątyni do świątyni w wielkim peletonie skuterów, tuk tuków i taksówek, w towarzystwie tłumu, który poszedł na łatwiznę, zamiast zorganizować samemu na własną rękę, rozkminiać każdy zakręt z mapą w ręku (to jest dopiero coś!). Ty, wielka podróżniczka z kilkunastoma tysiącami kilometrów w nogach, z politowaniem patrzysz na backpackersów, którzy ledwo dyszą jadąc obok ciebie na wynajętych rowerkach z niewyregulowanym siodełkiem i nienasmarowanym łańcuchem. Wkurzasz się, gdy kolejny raz przyblokuje cię stado baranów idących za przewodnikiem. Uśmiechasz się sarkastycznie na widok ludzi bezczeszczących ten piękny zabytek, cykających zdjęcie byle telefonem czy kuriozalnie wielkim iPadem. A potem miliony jednakowych fotek zaleją blogi, Facebooki, Flickry czy Instagramy.

ludzie_robia_zdjecia

No właśnie, jak oni śmią cykać te same zdjęcia w tych samych miejscach i w tych samych pozach co ty?! Cierpliwie czekasz, aż kolejna paniusia wyjdzie ci z kadru, by wreszcie zrobić to jedno, super artystyczne zdjęcie, które na pewno rozłoży na łopatki jury konkursu National Geographic. I wzdychasz pod nosem, że teraz, w tym miejscu, nie ma już tego klimatu, jaki zapewne panował tu kiedyś. Że nie można już w spokoju obcować z tą tajemnicą zaklętą w kamieniach. „Wszystko byłoby ok, gdyby nie te tłumy”, stwierdzasz, jakby nie zauważając, że sama jesteś elementem tego tłumu, i w niczym nie różnisz się od osoby, która stoi obok.

Trudno, jedziemy dalej. Tak, wiesz. Już niedługo będziesz obok, będziesz całkiem blisko. Na wyciągnięcie ręki będziesz mieć raj! Odpędzasz tę myśl jak natrętną muchę, ale ona wraca. Kurczę, no kuszą te rajskie wyspy. Ci wszyscy ludzie nie mogą się mylić. No właśnie – ludzie. Internet pełen jest ostrzeżeń, pełnych goryczy historii, pełen jest także poradników pt. „Jak uniknąć tłumów”: a to odpowiednio wybierz porę roku, porę dnia, a to zmień kolejność zwiedzania, a to zapłać dużo dolarów za luksus prywatności. No ale przecież ty nie będziesz płacić więcej dolarów, o nie! Ty nie jesteś z takich! Zresztą, już dobrze wiesz, jak to będzie. „Turystyczna pułapka” – raz wpadniesz, to nie ma zmiłuj. Nie dasz się orżnąć na bezczela, to będą skubać po troszeczku. I tak wyjdzie na to samo. No i skóra cierpnie na sam przymiotnik „turystyczna”. Ale kusi, kusi. „Przecież dla takiego pięknego miejsca warto przeboleć i czasem dać się przemielić przez tę maszynkę”. Wsiadasz na prom do raju, jakoś przełykasz fakt, że nagle znajdujesz się w otoczeniu osób zupełnie innych niż ty. Innych, ale jednocześnie zupełnie jednakowych. Dobrze kojarzysz te pumpiaste bawełniane spodnie, te niby-etniczne workowate torby na ramię, które sprzedają, jak Azja Pd-Wsch długa i szeroka. A te nadruki na koszulkach znasz już na pamięć. Ale ty jesteś inna, przyjechałaś tutaj rowerem, który z dumą pchasz przed sobą, i który jest niczym wielki transparent: „Nie jestem z waszego świata!”. Twój komunikat wzmacnia koszulka z rowerem na piersi, kupiona na straganie z pamiątkami.

Już na rajskiej wyspie wtapiasz się w tłum, ale nie marudzisz ani słowa, bo przecież Internet ostrzegał. „Przecież to wspaniale, że w coraz więcej ludzi może podróżować i realizować marzenia!” Nie będziesz przecież walić smutów, że miało być pięknie i egzotycznie, a jest jak na odpuście. Zresztą i tak nie masz pieniędzy na to, by kupić sobie święty spokój w ustronnym resorcie. Ani nawet – by kupić sobie którąś z tych pakietowych wycieczek na jeszcze bardziej rajskie wyspy. No, może kasa by się znalazła, ale…

Stoisz więc sobie na plaży, patrzysz na tę drugą rajską wyspę, która wyłania się z wody w oddali, patrzysz trochę głodnym i melancholijnym wzrokiem, po czym z trudem podejmujesz bohaterską decyzję. „Zostaję tutaj, nie będę psuć innym kadrów, ani nie będę udawać, że to mnie wcale nie denerwuje. Nie płynę tam. I uratuję ludzkość przed zmarnowanym urlopem!”

phiphi-wyspa

„Zresztą, i tak pogoda jest dzisiaj beznadziejna. Fotki wyjdą kijowe.”

***

Masz w sobie poczucie oryginalności, wyjątkowości? Wstydzisz się przyznać to na głos, ale czasem myślisz, że to, co robisz jest jakieś bardziej wyjątkowe i lepsze od tego, co robią inni? A może jesteś z tych, którzy opowiadają niesamowite historie, jak to przedzierali się przez dżunglę z maczetą, a w rzeczywistości spacerowali sobie przez kawałek lasu po wyasfaltowanych ścieżkach? Na szczęście są miejsca, dzięki którym możesz wrócić na ziemię ze swojej wielkiej międzygalaktycznej wyprawy i udać się prosto na swoje miejsce w szeregu.

19 odpowiedzi do “„Wszystko byłoby ok, gdyby nie te tłumy””

  1. Dlatego, kiedy tylko możemy wychodzimy na starówki, zamki, pałace, parki narodowe, popularna obiekty jeszcze przed wschodem słońca często – o ile są otwarte. (bo wcześnie też sypiamy). Choć słyszałem, że w przypadku AW to i tak może nic nie dać

    1. [Janek] Na Angkor jest szalony wyścig tuk-tuków na wschód słońca. Spojrzenia pasażerów, gdy jako hardkorowy turysta-rowerzysta śmignąłem z 20 i schowałem się za kipą najszybszego – bezcenne 😉

    2. ale to tak, jak z narzekaniem na korki: „stoję w korku”, a ja nie stoję w korku, tylko: „jestem korkiem”. tak samo mówicie: „gdyby nie te tłumy”, a Wy też jesteście tym tłumem. Faktycznie, byłoby pięknie być na rajskiej plaży tylko we dwoje, a nie w towarzystwie 1200 innych osób, ale tak nie jest. Świat to ludzie.

  2. Chyba po prostu tzw. postmodernizm dotyczy także podróżników, którzy niczego nie odkrywają ani nie odbywają jakichś wyjątkowych wypraw, gdyż już przed nimi ktoś to zrobił. Tylko czy to w ogóle jest jakiś problem? Wg mnie nie, bo wszystko co robicie zostaje w Was, a przejechaliście pół świata i to jest niezwykłe już samo w sobie. Co innego jeśli Waszą ambicją jest wygranie konkursu na blog roku albo innego plebiscytu w dajmy na to Travelerze. Kibicuję Wam w tej wyprawie, ale czasem mam wrażenie, że za cel postawiliście sobie przede wszystkim chadzanie „innymi ścieżkami” niż inni turyści / podróżnicy, wg mnie to akurat mało ważne (nie znaczy to oczywiście, że trzeba podążać za wszystkimi atrakcjami z lonelyplanet). Mniejsza o to, bo to zupełnie nie moja sprawa, tylko po co tak utyskiwać na te tabuny turystów? Pewnie jak wrócicie do Azji za parę lat to będzie ich jeszcze więcej, a backpackerzy będą coraz odważniej odkrywać Afrykę i Amerykę Południową, więc i tam skończą się puste plaże itp.. Rozumiem frustrację niektórą (zwłaszcza brytyjskimi) prującą mordy, upitą laotańską whisky gównażerią, ale z moich skromnych obserwacji wynika, że można spokojnie się od tego odciąć. Powodzenia w dalszej wyprawie, trzymamy kciuki!!

    1. Spotkałam się niedawno z opinią, że podróżowanie „bez projektu”, bez jakiejś przewodniej myśli, jest bez sensu. Takie mamy czasy, wszędzie trzeba trzaskać projekty 🙂 No i trochę tak jest, bo wszystko już było, teraz coraz częściej pozostaje zrobić coś z sposób bardziej niesamowity, oryginalny – i siłą rzeczy ludzie, który decydują się na podróż, stają się elementem tego wyścigu, czy im się to podoba, czy nie. Można oczywiście zaręczać, że „ja w tym nie uczestniczę”, ale samo to oznacza, że jakąś postawę do „zjawiska” trzeba sobie wypracować. Że po prostu o tym się dyskutuje, komentuje.
      A co do tych innych ścieżek – uwierz mi, gdy podróżuje się rowerem, to czasami właśnie te atrakcje z lonely planet są dla nas większym wyzwaniem czy bólem tyłka, i nie chodzi tylko o logistykę. No ale przecież nie jest to powód, by je sobie darować, zwłaszcza, gdy o niektórych miejscach marzy się od dziecka, i ani chwilę nie przyjdzie mi do głowy, by się na nie „alternatywnie” wypiąć.
      Czy silimy się na oryginalność? Z jednej strony – im dłużej jedziemy, tym spotykamy więcej ludzi, którzy przejechali podobną trasę, mieli podobne problemy, prowadzili te same dialogi z napotkanymi ludźmi. Innymi słowy – uświadamiamy sobie, że nie robimy niczego niezwykłego – jeśli oczywiście bawimy się w takie porównania. Ale z drugiej strony – przyznaję szczerze – po roku może człowiekowi zacząć odbijać palma (zwłaszcza, że tutaj jest ich pełno:)). Świat widziany z siodełka jest tak inny, że ta inność zaczyna się przenosić na ludzi trochę na zasadzie my vs oni. Patrzymy czasem na innych ludzi jak na samych siebie kilka lat temu, słyszymy, o czym oni gadają, i przypominają się nam nasze własne dialogi. I widzimy, że teraz sami jesteśmy jacyś inni, z całym dobrodziejstwem inwentarza.
      W tym tekście wspięłam się na moje szczyty autoironii (cóż, jak się okazuje – to nie są Himalaje…) by trochę się tym podejściem rozprawić, rozbroić je.

  3. Fakt, palma uderzyla wam do glowy w negatywnym tego słowa znaczeniu. Każdy podróżuje na swój sposób, czy to z plecakiem, czy to ze zorganizowaną wycieczka i przewodnikiem. Najważniejsze, ze taki ktoś ruszył tylek z przed TV i jest ciekawy świata. I proszę nie drwić ani nie podśmiewywać sie w tak żałosny sposób. Phi ,,wielka podróżniczka” rozbawiłaś mnie tym tekstem 🙂 jesteś zwykłą szarą (tzn białą) turystką, którą większość lokalasów traktuje jako portwel.

    1. Dario i Marcinie z „Namiot nasz dom”,
      Narzekać na to, że czytelnicy nie zrozumieli co autorka miała na myśli, nie zamierzam, bo byłoby to niepoważne. Wynikła z tego tekstu bardzo ciekawa sytuacja, do której staram się podejść z pokorą, bo jeśli nawet znajomi, których wysokiej inteligencji przenigdy bym nie zakwestionowała, gubią się w moich zawiłych figurach retorycznych, to znak, że coś poszło nie tak.

      I mogłabym się tym bardzo przejmować. I mogłabym rozmawiać dalej z moimi ulubionymi blogerami, by wymieniać podobne doświadczenia z cyklu „czytelnicy mnie nie rozumieją, jak żyć?!”.

      Ale z ciekawości przeczytałam przed chwilą Wasz wpis o Angkor Wat.
      http://namiotnaszdom.wordpress.com/2013/11/06/angkorowe-szalenstwo/
      I co znalazłam? Otóż, znalazłam właśnie tę samą postawę, którą ja – w nieudolny sposób, przyznaję – postanowiłam wyszydzić. W Waszym tekście jednak nie odnajduję ani śladu ironii, ani jednego oczka puszczonego do czytelnika… Aż dziw bierze, że robiąc research do mojego tekstu, nie wpadłam na Wasz artykuł wcześniej.

      Co ciekawego piszecie?

      Angkorowe „szaleństwo”! „Dzikie tłumy turystów”! „Pielgrzymka”! W dodatku jeszcze zabytki śmieli Wam remontować i zastawiać rusztowaniem! Wyglądało inaczej niż na zdjęciach? „Przereklamowane”? Wschód słońca Was nie zachwycił? Czyżbyście dali się oszukać?
      Inne ciekawe słówko: „oczywiście” ci Japończycy. I to jeszcze z „cyfrowkami na szyjach”! Straszne! Jak oni mogli! Wy mieliście pewnie cyfrówkę w kieszeni albo w rowerowej sakwie? I nawet udało się Wam wykiwać ten tłum, pojechać w innej kolejności, i przypadkiem upolować tę „samotność”! Gratulacje!

      Czytam Wasz tekst i znajomo brzmią niektóre frazy. Może to Was zabolało?

  4. Witam
    Jestem w podróży od sześciu miesiecy rowerem, wykrecilem 11000km i właśnie przekroczyłem rownik w Indonezji. Jednak nie zadzieram nosa i nie czuje się jakiś wyjątkowy z tego powodu. Jeśli ma się czas i trochę pieniędzy żadna sztuka objechac świat. A jeśli ktoś ma tylko dwa tygodnie urlopu to sobie jedzie na wycieczkę zaplanowaną, i zwiedza z tłumami jego wybór. Nie każdy ma potrzebę wielkiej przygody i potrzebę robienie zdjęć wysokiej jakości. I to nieznaczny ze należy do bydła. Bydło siedzi koło domu i dewastuje okolice. A jeśli się jedzie w najbardziej znane miejsce na świecie i chcę żeby tam było pusto to chyba nie jest normalny do końca. Ja proponuję pojęć rowerem na księżyc wtedy poczujesz się wyjątkowa no i co najważniejsze przepiękne miejsca będziesz zwiedzać sama. Pozdrawiam Marcin FB Namiot Nasz Dom

  5. Reakcja na mój tekst sprawiła, że zaczynam się na poważnie zastanawiać:
    1. Czy ludzie aby przypadkiem nie utracili umiejętności czytania i interpretowania tekstu pozbawionego emotikonów tudzież hashtagów? (nawet na fejsie można od niedawna oznaczać emocje, żeby wszystko było jasne)
    2. W sumie, od podstawówek po uczelnie wyższe, trwają przecież nieustanne analizy dzieł literackich i dyskusje pt. „co autor miał na myśli”…
    3. A może po prostu pisanie tekstów satyryczno – (auto)ironicznych to trudna sztuka, która właśnie mnie przerosła?

  6. Cześć,

    Celowo wróciłam do waszego wpisu po kilku dniach w świątyniach Angkoru.
    Nie będę się wymądrzać w temacie bo raczej wszystko tu powiedziano, na tłumy byłam nastawiona i były więc mi to nie przeszkadzało (albo nie przeszkadzało aż tak, jak by mogło). Faktycznie, tekst napisałaś dość zawile, ale nie tak, żeby nie odczytać intencji.. drwicie z samych siebie czyż nie? A tu takie mordobicie.. (!)

Skomentuj Marcin Nowak Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.