Zmęczenie

Dopadło nas po niemal ośmiu miesiącach podróży.

Zacznę od małego wyjaśnienia: nie, nie jest nam źle, wcale nie chcemy jeszcze wracać, nasza podróż dostarcza nam mnóstwo niezapomnianych wrażeń. Ale, no właśnie… czasem mamy po prostu chwile słabości.

Na początku naszej drogi wymyśliliśmy sobie, że gdy dojedziemy wreszcie do Azji Południowo-Wschodniej, w którymś z tamtejszych krajów zrobimy sobie przerwę. Takie wakacje w ramach wakacji, odpoczynek od podróży. Znajdziemy jakiś bambusowy domek na plaży, i przez dwa, trzy tygodnie, może nawet przez miesiąc, będziemy po prostu spać, siedzieć przy komputerze, grać w gry, jeść w tej samej garkuchni na rogu, chodzić nad morze i codziennie oglądać ten sam zachód słońca.

Zmęczenie dopadło nas w Chinach. Cóż, to nie jest łatwy kraj do podróżowania na rowerach i z namiotem. Krótkie wizy, ogromne odległości, ciągły wyścig z czasem. Zdystansowani ludzie, niezrozumiałe dla nas zwyczaje. Do tego tłok, ciasnota, potworny hałas, smród i pył. Tych wrażeń nie zbilansują najpiękniejsze nawet widoki i najsłynniejsze zabytki (których i tak nie widzieliśmy wiele z powodu absurdalnych cen biletów). W takich okolicznościach łatwo nie tylko o zmęczenie, ale i o frustrację i wzajemne pretensje.

Zauważyłam, że w pewnym momencie odechciało się nam „użerać” z napotykanymi ludźmi, straciliśmy do tego cierpliwość. Coraz częściej zamiast ciekawości, otwartości na inne zwyczaje, pojawiała się irytacja. Złapałam się na myśleniu, że chcę jak najszybciej dojechać do kolejnego dużego miasta, by zaszyć się gdzieś w kącie, spać i obijać się przed komputerem. W Kunming nie widzieliśmy zbyt wiele, przez niemal trzy dni okupowaliśmy sofę naszych gospodarzy z Couchsurfingu. Myślę, że byliśmy ostatnio kiepskimi gośćmi, nie mając ochoty na większą interakcję z osobami, które przyjmowały nas pod swój dach. Czasem woleliśmy po prostu iść do hostelu, by za pieniądze kupić kawałek przestrzeni oraz święty spokój.

Czy męczył rower? Mnie osobiście coraz bardziej psychicznie męczyły góry, kolejne podjazdy, a tych w południowych Chinach było pełno. Znów były kłótnie o to, że wlokę się, podczas gdy Janek nie może nacieszyć się ostatnimi porządnymi podjazdami w tej podróży.

Po tych kilku miesiącach w trasie, powoli zaczynają szwankować nasze rzeczy. A to popsuta mata, na której wyrósł bąbel i z której uchodzi powietrze, a to kolejne usterki w rowerze Janka. Namiot zarasta grzybem i coraz trudniej schnie, nasze śpiwory śmierdzą, w sakwach robią się dziury i przetarcia. Nasze kolejne miejsca noclegowe, zwłaszcza w Chinach, są coraz mniej szałowe – zaliczyliśmy już z tuzin kempingów pod mostem, w zatęchłych pustostanach, w sąsiedztwie dzikich wysypisk. A my? Coraz bardziej zarastamy brudem i z jednej strony coraz mniej nam ten stan przeszkadza, z drugiej – w mojej głowie pojawia się ta niedająca się spacyfikować tęsknota za jakimś elementarnym komfortem, a myśli zaczynają krążyć wokół tego, jak będzie wyglądać moje życie po powrocie – wygodne łóżko, szafa pełna ubrań, łazienka, ciepła woda, pyszny schaboszczak i pomidorówka…

W takich momentach, gdy dopadają mnie słabości, do dalszego wysiłku motywuje mnie właśnie ta wizja bambusowego domku, który czeka na nas gdzieś na plaży, już niedługo, niedaleko…

Pod koniec listopada rzutem na taśmę wyjechaliśmy z Chin. Można powiedzieć: wreszcie. Wietnam powitał nas uśmiechniętymi, przyjaznymi ludźmi. Nieważne, że droga dziurawa jak nieszczęście, nieważne, że bolą nogi. I tak jechałam z bananem na twarzy, odpowiadając radośnie na każde „heloooł” i chłonąc nowe wrażenia. Pomyślałam: może nie jest z nami jeszcze tak źle, może to po prostu te Chiny są takie męczące? Tak, to jest przyczyna naszego zmęczenia i właśnie zniknęła za horyzontem!

Kilka dni później możemy powiedzieć z pełnym przekonaniem, że Wietnam nas zauroczył, a tutejsi gościnni ludzie sprawili, że to zmęczenie zaczęło znikać. Dziwne, przecież moje łydki cały czas mają na koncie te 11 tysięcy kilometrów…

Nie oznacza to oczywiście, że zapomnieliśmy o tym bambusowym domku. Mamy jednak przeczucie, że ten domek znajdziemy właśnie tutaj, w Wietnamie.

23 odpowiedzi do “Zmęczenie”

  1. I tak niezle ze dopadlo Was zmeczenie dopiero po 8 mcach 🙂 zatrzymajcie sie chociaz na tydzien gdzies – powinno pomoc. Ale rzucie na chwile rower w cholere i porobcie cos innego. Podobnie mielismy z Kuba na koniec naszej wycieczki i wtedy naszym zbawieniem stalo sie Ekwadorskie Banos i jego gorace zrodla i baseny 🙂 Trzymam kciuki zebyscie znalezli swoje ‚uzdrowisko’ w Wietnamie 🙂 Pzdr tym razem z Japonii.

    1. Pogoda super, 25-28 stopni, ale wiesz, tutaj jest teraz zima, Wietnamczycy chodzą w kurtkach:) Niestety, mimo, że nie ma deszczu, z powodu dużej wilgotności nasz namiot co rano jest cały mokry.

  2. Hej, Ja się na razie tu nie udzielałem, ale w końcu muszę Wam pogratulować, że tak daleko zajechaliście. Nie mam doświadczenia w podróżowaniu, wiem tylko, że nadmierna eksploatacja organizmu sprzyja chorobom, nie tylko takim sezonowym, więc polecam odpoczynek jak najszybciej.

  3. Spoko. Są na świecie miejsca, są ludzie, którzy marzą o tym co Was „dopadło”… Którzy Wam zazdroszczą. Którzy nie mogą, choc by chcieli. Słaba pociecha, ale… chyba nie potrzebujecie żadnej 😉

  4. Spędziłam tam prawie 5 miesięcy starając się poznać ten kraj jak najlepiej i czytając wasz wpis mam przed oczami siebie. Ale wiecie co, powiem Wam tak z perspektywy czasu, wygodnego łóżka i czystej łazienki, że jest w tych Chinach coś wkurzającego, absurdalnego co wyprowadza z równowagi a jednak ma w sobie taki magnes, że przyciąga ponownie, mimo wszystko. Powodzenia w drodze do bambusowej chaty! 🙂

    1. No fascynują te Chiny, choć dość przewrotnie, mnie fascynowały najbardziej te niby nieatrakcyjne elementy. Tak czy siak, wschodnie wybrzeże jeszcze przez nas nie zostało zdobyte, kiedyś trzeba będzie tam wrócić 🙂

  5. @ Patrycja – Myślę, że Twoje wrażenia odnoszą się do każdej podobnej sytuacji. Złe zaciera się, dobre pozostaje, a bakcyl, jak to bakcyl: pociąga! 🙂

  6. Miesiąc temu wróciliśmy z Wietnamu więc mamy sporo wrażeń …. buy something i buy something – i jeszcze parę innych, więc z tą uprzejmością byłbym ostrożny. Jeśli szukacie fajnego miejsca na tzw. wybycz, to polecam Mui Ne, ok 180 km na północ od Ho Chi Minch City. Jeśli nie macie daleko, to koniecznie zajrzyjcie do Sapy i na niedzielny rynek do Bac Ha. W Hanoi obowiązkowo polecamy uliczne jedzenie np Bum Bo Nam Bo (Hang Dieu 67) i pierogi pomiędzy katedrą Św Józefa a Ly Quoc Su Pagoda – Google Wam pomogą.

    1. Dzięki za sugestie. My wjechaliśmy do Wietnamu od strony mocno „nieturystycznej”, co zwykle oznacza, że jest super, i tak faktycznie było 🙂 Ale Hanoi to zupełnie inny świat. Aż boimy się tego, co zastaniemy w Zatoce Ha Long… Czy będzie tam miejsce na nasz skromny namiocik?

  7. Witam, wyjątkowo zabiorę głos w obronie Wietnamu i rzucę trochę praktycznych informacji – może się przydadzą:-) Zanim tam dotarliśmy wszyscy nas ostrzegali przed Wietnamczykami, nasłuchaliśmy się samych negatywnych rzeczy na ich temat. Po czym spędziliśmy tam 2 miesiące podróżując na motorze, i co? Żadnych kantów, sama gościnność i uśmiech! Wiadomo, że głowę na karku trzeba mieć wszędzie, ale naprawdę polecamy gorąco interakcje z mieszkańcami. Jedyne co nas po jakimś czasie męczyło, to ogromna bezpośrednia ciekawość wobec nas i chęć osób trzecich do pośredniczenia w załatwianych przez nas sprawach, ale to przecież można wybaczyć:-) A teraz garstka praktycznych sugestii: jeśli chcecie w spokoju pedałować i cieszyć się naturą a nie martwić, że zostaniecie rozjechani przez ciężarówki – omijajcie główną arterię, zwłaszcza na północy kraju – nie ma pobocza. Potem od Hanoi jest bardzo ruchliwa 1 ale już z poboczem, przynajmniej na odcinkach, którymi jechaliśmy. Gorąco polecam drogę (też pierwszorzędną, główną znaczy się) bliżej granicy z Laosem, nr 6 bodajże i później dawny szlak Ho Chi Minha – praktycznie pusty, dobra nawierzchnia, stety/niestety górzyście momentami. Jak by co, też staraliśmy się pisać bloga pod adresem podrozujemyrazem.blogspot.com. Gdybyście mieli jakieś pytania będzie mi miło spróbować odpowiedzieć:-) Gratuluję tylu przejechanych kilometrów! Powodzenia i życzę samych życzliwych ludzi na Waszej drodze:-) Aha i jeszcze mąż mi podpowiada, że na dodanie energii i nawodnienie organizmu najlepszy jest sok z trzciny cukrowej sprzedawany wszędzie na poboczach, na północy krzyczeli nam 10tys. dongów, ale im bardziej na południe, tym było taniej, aż zeszło do 5tys., może na północy nam cenę zawyżali? Ciekawe ile Wy wynegocjujecie:-) Szerokiej drogi raz jeszcze:-)

  8. Trzymajcie się! Wiele osób trzyma tu za Was kciuki. 🙂 Ale też już tęskni. Na to jednak oczywiście nie zwracajcie uwagi. Cieszcie się swoją przygodą życia, a my poczekamy ile trzeba będzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *