
Ja to mam, panie, szczęśliwe życie. Wstaję o świcie, pakuję ryżyk z plastikowego pojemniczka do mikrofali i nastawiam wodę. Po zagotowaniu zalewam wodorostowo-łososiowym sosem. W międzyczasie szybki prysznic, toaleta, akurat moje instant danie zdąży dojść, konsumuję pałeczkami, w mgnieniu oka. Raz, dwa wciskam się w markowe ciuchy, poprawiam fryz, iPhone w dłoń i do roboty! Muszę być punktualnie na ósmą. Po południu może jakiś szybki wypad na obiad do knajpy z europejskim jedzeniem i z powrotem za biurko. Wychodzę koło północy, wsiadam w metro, kilka chwil i jestem w swoim apartamencie, bach na łóżko, spać! I tak kółko się zamyka, często także w weekendy. Urlop? Jaki urlop! Przeciętny pracownik niższego szczebla nie ma co liczyć na taki przywilej. Im wyżej na drabince stanowisk, tym więcej dni urlopu. Zmiana pracy? Nie, nie – ze swoją firmą Japończyk wiąże się na zawsze.
Takiej japońskiej prozy życia nasz couchsurfingowy gość Ryosuke ma szansę uniknąć. Wszystko dzięki wysoko postawionym rodzicom: tata to przedsiębiorca, właściciel firmy. Taka osoba ma w Japonii dobrze, może nawet wziąć urlop, kiedy tylko ma na to ochotę. Jego syn to szczęściarz, studiuje architekturę na jednym z tokijskich uniwersytetów. Po każdym semestrze ma miesięczne ferie, podczas których zwiedza Europę. Po Azji nie jeździ, twierdzi że poza Japonią wszędzie jest śmiertelnie niebezpiecznie, ludzie nieprzyjaźni, a poza tym te kraje mają kulturę zbliżoną do japońskiej, więc co w nich ciekawego? Tym razem padło więc na Pragę, Warszawę, Bratysławę, Budapeszt i Wiedeń, gdzie jak na japońskiego turystę przystało – z przewodnikiem w jednej, a z aparatem w drugiej ręce, sumiennie zwiedza najciekawsze atrakcje, dokładnie uwieczniając na zdjęciach wszystkie architektoniczne detale. Nasz żagiel Libeskinda zaprezentował się akurat szczęśliwie w pełnym słońcu i chyba zrobił dobre wrażenie, a może to była tylko japońska uprzejmość.

Ryosuke dumnie opowiadał o swoim kraju, pokazywał na telefonie najbardziej efektowne obrazki z Tokio. Wszystko uporządkowane, trawniki perfekcyjnie przystrzyżone, parki śliczne, wieżowce imponujące. Pochwalił się też, że o, tu w apartamencie kumpla siedział sobie ze znajomymi w basenie na którymś tam piętrze i podziwiał panoramę Tokio. Fukushima? Nawiązując do awarii elektrowni, pokazaliśmy mu nasze zdjęcia z wycieczki do Czarnobyla i Prypeci, które wywarły na nim mocne wrażenie. Można było wyczuć, że temat traumatyczny i niewygodny. Ryosuke podkreślił jedynie, że dziś w Tokio jest już w pełni bezpiecznie.
Co ciekawe, mimo tej całej japońskiej dumy i patriotyzmu, nasz couchsurfingowy gość chce po studiach starać się o posadę architekta w… Paryżu. No właśnie, bo na co nam wysokie zarobki, mnóstwo gadżetów, komfort, perfekcjonizm w każdej dziedzinie życia, kiedy pracujemy po kilkanaście godzin dziennie i nawet nie mamy czasu się tym wszystkim nacieszyć? Część młodych wykształconych Japończyków zdaje się już to rozumieć i szuka swojej przyszłości właśnie w Europie. I na koniec disclaimer: to oczywiście tylko moje subiektywne odczucia, bo podobnie jak Chinka, którą gościliśmy kilka tygodni temu, Ryosuke był bardzo ostrożny w wypowiadaniu własnych opinii na jakikolwiek temat…
PS1. Nasz gość konsumując dowolną ciekłą rzecz, głośno siorbał. Cóż, takie są te dalekowschodnie zwyczaje, w Japonii siorbanie jest wręcz wskazane i traktowane jako przejaw – dobrych – manier.
PS2. Poważni studenci architektury nie mają czasu na takie głupoty jak gry komputerowe, a szkoda, bo myślałem że młody Japończyk będzie skarbnicą wiedzy na ten temat. Ryosuke w chwilach młodzieńczej słabości grał tylko w Final Fantasy, chciałby kiedyś zaprojektować budynek nawiązujący do futurystycznych budowli z trzynastej części…
PS3. Zabawny obraz Polski wyłania się z japońskiego przewodnika obejmującego całą Europę. Co można polecić w naszym kraju, mając do dyspozycji ledwie kilka stron? Np. Pustynię Błędowską, o którą nasz gość zapytał już w pierwszym mailu. Na szczęście Marzenie udało się go przekonać, że lepiej darować sobie oglądanie tej akurat atrakcji turystycznej.

Dlaczego darować sobie Pustynie Bledowska? Z całym szacunkiem , ale czuje się urażona. Pochodzę z Jury Krakowsko – Częstochowskiej i owe rejony znam jak własna kieszeń. Jura ma mnóstwo pięknych i ciekawych rzeczy do zaoferowania, i takie lekceważące „nie warto” trochę zle świadczy o takich wielkich „podróżnikach „, jak Państwo .