Nagniatamy do Australii!

To uczucie, gdy dojeżdżasz rowerem do Azji Pd-Wsch, patrzysz na mapę świata w smartfonie, i dochodzisz do wniosku, że w sumie ta Australia jest całkiem blisko….

Pamiętam, że zanim jeszcze ruszyliśmy w drogę, wyobrażaliśmy sobie, że nasza podróż zamknie się w ośmiu – dziesięciu miesiącach, a Bangkok czy Singapur to absolutny szczyt naszych możliwości. Tymczasem minął już jedenasty miesiąc naszego nagniatania, a stolica Tajlandii kilka dni temu zniknęła za horyzontem. Stan naszych kont, dzięki temu, że dotąd jechaliśmy bardzo niskim kosztem, jeszcze nie jest tragiczny. Znajdujemy się teraz w całkiem przyjemnym, bezstresowym i dość tanim zakątku świata. Spokojnie moglibyśmy tu sobie poleniuchować przez najbliższe dwa miesiące, na koniec zaszaleć w lepszym hotelu, i potem wypoczęci, ze świeżą opalenizną, z sakwami pełnymi pamiątek, wrócić do Polski.

Powoli zbliżał się ten moment zakupu biletów powrotnych. No i wtedy w głowie zaczęły kiełkować różne myśli. No bo jak to: wielka podróż rowerowa przez pół świata, a skończymy „jak emeryci” w wakacyjnym raju razem z dziesiątkami tysięcy urlopowiczów? Przecież do takiej Tajlandii zawsze będzie można jeszcze kiedyś „wyskoczyć” na plażowanie. Ale raczej nie zapowiada się, abyśmy w najbliższych latach jechali przez te rejony świata rowerem. Może więc warto wymyślić jakiś odpał? Coś, co wprawdzie da nam w kość i wyczyści nasze konta, ale za to stanie się mocnym akcentem na koniec naszej podróży?

Byliśmy właśnie w stolicy Kambodży, gdy Janek po raz pierwszy wyartykułował ten australijski pomysł. Nie jako dowcip, nie jako „niewinne” jeżdżenie palcem po mapie, ale jako realna opcja.

Bo z tą Australią to ciężka sprawa. Janek był tam z rodzicami jako dzieciak, i bardzo, bardzo chciałby wrócić. Australia to także marzenie wielu długodystansowych rowerzystów z całego świata – jednym udaje się dojechać, innym nie. My w naszych pierwotnych planach nawet tam się nie zapędzaliśmy myślami. Ale w czasie jednej z naszych licznych drogowych kłótni, Janek wygarnął mi, że gdyby jechał sam, to spokojnie dojechałby nawet i do Australii, tymczasem ja wlokę się niemiłosiernie i tylko przepuszczałabym kasę na duperele. Innymi słowy: z tą Australią nie ma szans.

Mam już taki charakter, że gdy słyszę takie słowa, to zawezmę się, i choćbym miała bardzo cierpieć, to pokażę: nie masz racji! Dam radę!

Więc gdy Janek wyartykułował ten pomysł, odpowiedziałam: spoko! Nie ma sprawy! Przejadę tę cholerną Australię!

Decyzja nie była łatwa. Było drobiazgowe przeliczanie, na ile burgerów po 30 dolców za porcję będziemy mogli zjeść za nasze obecne oszczędności, czytanie forów internetowych, szybkie konsultacje z innymi rowerzystami.

Potem trzeba było sprzedać ten pomysł rodzicom, którzy regularnie pytają nas przecież w SMSach „a kiedy wreszcie wracacie?”. O dziwo, wyjątkowo dobrze przyjęli tę decyzję. Poczuliśmy, że nareszcie sami zaczęli cieszyć się tym, że możemy zrealizować swoje marzenia, i że po części możemy spełnić ich własne. Co więcej, rodzicom na tyle spodobał się australijski plan, że całkiem niedługo na naszych kontach odnotowaliśmy dodatkowe pieniądze. Czyżbyśmy sami ich do tego sprowokowali, pisząc regularnie o tym, że śpimy pod mostami i bierzemy prysznic raz na dwa tygodnie? A może boją się, że w tej Australii umrzemy z głodu? Tak, czy inaczej – DZIĘKUJEMY!

No więc bilety z Kuala-Lumpur do Perth kupione. Na australijskiej ziemi wylądujemy 21 kwietnia.

Tymczasem przygotowania trwają. Obejrzeliśmy na Youtube wszystkie dostępne filmiki z wombatami – zdecydowanie najsłodszymi zwierzętami na świecie, choć czasami mogącymi zrobić niezłego psikusa. Dokształcam się też na temat rozpoznawania jadowitych gatunków pająków i węży. Obecnie kombinujemy, jak odzyskać filtr do wody, który naiwnie wysłaliśmy, jako nieprzydatny, trzy miesiące temu z Wietnamu, i który właśnie dopłynął do Polski.

Jak chcemy jechać przez Australię?

Tutaj zaczyna się kolejny dylemat. Australia to piękny, różnorodny, ale samochodowy kraj – odległości robią swoje. Mając do dyspozycji cztery kółka ale nieco inne, i tylko trzy miesiące wizy, trzeba się bardzo dokładnie zastanowić na trasą.

Wariant nr 1: Z Perth południowym wybrzeżem do Adelaide, a potem do Sydney. Mijamy pustynię Nullarbor (1200 kilometrów bez miasta!), najdłuższy na świecie prosty odcinek drogi, piękne klify i zimujące w zatoce wieloryby. W okolicy Sydney spotykamy misie koala i wombaty. Przez większość drogi powinniśmy mieć wiatr w plecy, niestety będzie już bardzo zimno, deszczowo i mgliście!

Wariant nr 2:
Z Perth ruszamy na północ, jadąc wzdłuż zachodniego wybrzeża. Przejeżdżamy przez kilka Parków Narodowych, m.in. Purnululu, następnie tropikalny Park Kakadu. Przez większość drogi pogoda powinna być piękna i gorąca, tylko na pustynnych odcinkach temperatura w nocy spada, ale nie będzie tragedii. Finiszujemy w Darwin. Na tej trasie niestety nie ma misiów koala ani wombatów, są za to rekiny w zatoce i krokodyle w rzece.

Jedno jest pewne – którejkolwiek trasy nie wybierzemy – czekają na nas nieskończone puste przestrzenie, ogromne wyzwania kondycyjne i próby charakterów („Marzena, jak wytrzymam z tobą tę Australię, to wytrzymam wszystko”). Znów będziemy musieli robić zapasy wody i jedzenia, a odległości pomiędzy punktami zaopatrzenia wzrosną dwukrotnie w stosunku do tego, co pamiętamy z Azji Centralnej. W dodatku – zamiast mitycznych azjatyckich panter i wilków, czekają na nas całkiem realne pająki, węże i krokodyle. Innymi słowy – nie będzie łatwo. Strasznie się wytyramy.

A odpoczynek? Na odpoczynek przyjdzie czas po powrocie. Już w Polsce.

28 odpowiedzi do “Nagniatamy do Australii!”

  1. Australi to i moje mażenie, i tak się zastanawiałem czytając wasz wpis, jak to wygląda z wizami do australi, czy wszystkie formalności załatwiacie teraz w drodze czy to takie rzeczy mieliście już załatwione ?

    1. Jesteśmy w UE, mamy wizę eVisitor. Wypełniasz w necie formularz i po kilku minutach masz wizę (no chyba, że coś pójdzie nie tak…). Ważna przez rok, jeden wjazd maks 3 miesiące.

  2. Hahaha Polska sztafeta w drodze do Australii 🙂 Dziekuje slicznie nawet nie zdajecie sobie sprawy jak fajnie sie czyta taki post … zazdroszcze i trzymam kciuki mocno scisniete 🙂 Pozdrowienia z deszczowego Londynu …

  3. Gratuluję! 🙂 po cichu miałem nadzieję, że aż tutaj dojedziecie.
    Pamiętajcie o zmianie strony ruchu na lewostronny 😉

  4. No właśnie – nie mówcie, że nie chcielibyście zobaczyć miejsc, w których kręcili Władcę Pierścieni ;P
    Mażna już była Larą Croft, to teraz Janek mógłby być Gandalfem (tylko musiałby brodę zapuścić 😉 )

  5. Australię (częściowo w/g Waszego wariantu nr.1) zrobiłem niedawno, w 2013. Zacząłem w Perth 1 kwietnia południowym wybrzeżem do Esperance. Potem autobusem do Kalgoorlie. Tam wsiadłem do pociągu (by przeskoczyć Nullabor) do Adelaidy. Uwaga: pociąg kursuje tylko raz w tygodniu, więc dobrze wymierzcie trasę. Ja nie wymierzyłem i dlatego zdecydowałem podskoczyć autobusem (bo na 400 ponad km miałem ledwo dwa dni). Potem, w dalszym ciągu wybrzeżem, do Melbourne, Sydney, Brisbane aż do Cairns. Stamtąd samolotem do Darwin, gdzie mieszka mój kolega jeszcze z liceum. Po kilkudniowej przerwie dalej samolotem spowrotem do Perth (taki miałem bilet: do- i z- Perth). Trasa jest wspaniała. Wbrew pozorom i temu co piszesz wyżej, na tej trasie nie ma „nieskończonych pustych przestrzeni” (z wyjątkiem oczywiście Nullabor). Krajobraz jest ciekawy, bardzo urozmaicony i przede wszystkiem pachnie eukaliptusami ! Co za zapach !!! Kwiecień to dobry miesiąc (u ich jesień), ale bądźcie przygotowani na +30-parę w dzień i około 0 w nocy! Ważna informacja: dni są dość krótkie. Dzień wstaje około 6:00, a ciemność zapada jak nożem uciął około 18:00. Nie da się ciągnąć dystansu, chyba że ze światłem (nie radzę). Mój najdłuższy odcinek miał 183km. Reszta to pikuś. Zrobiłem około 6000km w niecałe dwa miesiące. Jeśli macie jakieś pytania to piszcie śmiało.

  6. Jeśli interesują Was sdjęcia z trasy – mam aż 8 albumów. Niestety, bez porównania jakościowo do Waszych. Ale służę linkami zainteresowanym, jeśli… 😉

    1. Zdjęcia oczywiście poprosimy, choć chyba skłaniamy się do opcji z Darwin. Boimy się, że ta Great Ocean Road w czerwcu/lipcu to już może nie być taka fotogeniczna :( U nas start 21.04, czyli zanim się dotoczymy do Adelaidy minie pewnie z półtora miesiąca albo lepiej.

    1. Zadziałało, dziękujemy bardzo. Fajne fotki, dają dobre pojęcie tego jak wygląda ta trasa. Widać, że w kwietniu za Perth pogoda dopisywała, dużo słońca. Ciekawi jesteśmy odcinka z Adelaidy do Sydney. Pogoda w maju była już tam bardziej kapryśna?

  7. Na początku od Perth miałem i ponad +40C, potem było trochę chłodniej, szczególnie nocami. Gdzieś na samym „dole” Australii, gdzieś za Melbourne chyba, w nocy było tylko 1C. Trząsłem się jak galareta, bo nocami wilgotność jest tam dość duża, namiot od wewnątrz mokry od rosy, prawie kapie, wszystko wilgotne. W sumie pogodę jednak miałem dobrą, jeśli nie bardzo dobrą. Niestety wiatr, szczególnie od Adelaidy dawał popalić. Zwykle był w granicach 10:00 – 14:00 (to są godziny na zegarze, ale dla mnie oznaczają skąd nadchodził wiatr tu: z lewej z przodu do z prawej z przodu, to taka moja prywatna kodacja kierunku wiatru, bardziej adekwatna, bo przecież droga często zmienia kierunek, a geograficzne określenie kierunku nie oddaje właściwie wpływu wiatru na jazdę :)). Deszczczu też miałem niezbyt dużo, ale im bliżej Cairns, tym był częściej I dłużej, choć to nie były żadne ulewy, ale raczej tzw. krajówka lub przelotne opady :). Spałem zawsze w namiocie, z wyjątkiem wilkich miast, gdzie robiłem sobie 2-3 dni odpoczynku przy okazji je zwiedzając. Nigdy nie miałem serio problemów z pogodą.
    Oto kolejna porcja fotek:
    http://goo.gl/ERUusZ
    http://goo.gl/yYResC
    http://goo.gl/9Qfcth
    Reszta później. Jeśli macie pytania – to śmiało!

  8. Na marginesie – wybrałem wariant „Perth na wschód” za radą mojego „guru” – Erika Straarupa, Duńczyka, przez jakiś czas posiadacza rekordu objazdu Australii (solo, unsupported, 51 dni I 47 minuty !). Znamy się od lat. Wielokrotnie powtarzał : z Perth na wschód i w marcu. To ze względu na śrenią kierunku wiatrów (która nie sprawdziła się w moim przypadku, he, heh…) i inne względy (ataki srok w okresie lęgowym – tak! tak! jedną, dwie można odgonić, ale nie dzisiątki i przez tydzień – dwa! atakują jak pikujące myśliwce!!!). Polecam jego portal : http://www.lonebiker.dk/ehjem/index.html. Erik objechał Australię trzykrotnie (!). Potem z żoną autem wakacyjnie przejechał z Darwin do Adelaidy. Gdy go zapytałem gdzie wybiera się na kolejną wyprawę, odparł: Australia !!!
    Z Perth do Darwin będziecie mieli fajnie w części na północ, przy zachodnim wybrzeżu Australii. Potem, na wschód, jest nudnawo. A im bardziej dalej w stronę Darwin – tym bardziej nudnawo. No, ale w sumie – quod libet, jak mawiali starożytni Rosjanie.
    P.S. W Broome jest podobno fantastycznie!

    1. Dzięki za wszystkie linki i rady. Pod tymi fotami to chyba najlepsze są komentarze „they don’t live there, they hide there” 🙂

      PS. Majchers, jesteś zdecydowanie naszym najwierniejszym czytelniko-komentatorem. Bardzo nam miło. Musimy przyznać Ci chyba jakiś order, albo chociaż wysłać nagniataczową kartę z Oz. Podeślij tylko adres 🙂

  9. Ha! Ha! No to miło mi, że Wam miło! Zaglądam do Was, bo lubię, ubóstwiam rower! A Wy, Wasza wyprawa jakoś przypadła mi do gustu. Nie wiem sam dlaczego. Może zdjęcia, może trasa…? Wasza determinacja…? Mhmmm…?

  10. A propos – poniżej link do niedawno zamieszonego na YouTube mini-filmiku, montażu autorstwa Erika Straarupa, Duńczyka, mojego “mentora” w jeździe po Australii.
    Erik w 2008 ustanowił rekord objazdu 51 dni 47 minut (pobity dwa lata później przez Australijczyka Petera Heala o dwa dni – 48 dni 23 godziny). Filmik oddaje specyfikę takiej jazdy. Polecam.
    https://www.youtube.com/watch?v=SAiT3HYjCcA
    Więcej na stronie Erika:
    http://www.lonebiker.dk/ehjem/index.html

    1. Niesamowity jest ten film, a czas objazdu… kosmos. Myślę, że dla nas absolutny maks to Perth – Geraldton – Kariniji – Broome – Purnululu – Stuart Highway – Alice Springs, fotka pod kamiorem i do domu. Jakieś 5500km, może gdzieś powieje w plecy…? Albo bez kombinowania finisz w Darwin, to już na spokojnie 4500km. Zobaczymy jak się będzie jechać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.