Prom z Baku do Kazachstanu udało nam się złapać wcześniej, niż sądziliśmy, wysiadając w Aktau mieliśmy zatem 8 dni do zadeklarowanego na wizie momentu wjazdu do Uzbekistanu. Zamiast więc – jak pierwotnie zakładaliśmy – szybko pokonać kilkuset kilometrowy odcinek pociągiem, postanowiliśmy przejechać go na rowerach. Jeszcze tego samego dnia wjechaliśmy na step.
Pierwsza noc w Kazachstanie, czyli kamping pod cmentarzem
Po zejściu na ląd i udaniu się na posterunek „Migration Police” celem załatwienia bzdurnej formalności pt. „rejestracja”, od razu wsiedliśmy na rowery i wyjechaliśmy z miasta. Wystarczyło kilka, kilkanaście kilometrów, by znaleźć się na totalnym pustkowiu. Czytaj dalej Pierwsza noc w Kazachstanie, czyli kamping pod cmentarzem
Jak (niemal) wywołaliśmy konflikt polsko-gruziński
Tym razem będzie o tym, czym kończy się nadmierna gościnność, a także – jaki jest przepis na kaszę po gruzińsku. Na wstępie chcę jednak zaznaczyć, że:
1. Gruzja to szalenie gościnny i przyjazny kraj. O tym chcemy napisać osobno.
2. Gruzińscy kierowcy są beznadziejni! O tym też już niedługo napiszemy.
Czytaj dalej Jak (niemal) wywołaliśmy konflikt polsko-gruziński
Batumi. Nie rozumiem tego miasta
Trzy dni spędzone w Batumi w oczekiwaniu na wizę do Azerbejdżanu zdominowane były przez uczucie… hmmm, jak to określić Zaskoczenia? Niedowierzania? To, co mieliśmy okazję zobaczyć, w szczególności zestawione z tym, co zobaczyliśmy w innych miejscach w Gruzji, sprawiało, że co chwila na naszych twarzach rysowały się pytania: „Ale o co chodzi?” „Po co?” „Dlaczego?” Czytaj dalej Batumi. Nie rozumiem tego miasta
Herbaciane sinusoidy
Śmigaliśmy z Trabzonu szeroką, płaską jak stół drogą prosto w kierunku gruzińskiej granicy. Kilometry leciały jak szalone. W pewnym momencie minęliśmy skręt w prawo i tabliczki wskazujące na Kaçkar Mountains National Park. Był piątek rano, w konsulacie Azerbejdżanu w Batumi chcieliśmy pojawić się w poniedziałek, stwierdziliśmy więc, że po kilku dniach asfaltowej monotonii chcemy po raz ostatni zakosztować tureckiej pięknej przyrody. I dać sobie nieco w kość.
Zaskakujące spotkania
Jak z okropnych, przemysłowych przedmieść trafić wprost do willi z basenem w nadmorskim kurorciku? A także – jak wbić się do czyjejś chaty „na bolące kolano”?
Droga na Zonguldak – niezbędne uzupełnienie
Ile to się nie naczytaliśmy i nie nasłuchaliśmy o tym, jaka to trasa na Zonguldak jest ekstra na rower! Wymagająca, ale super. Owszem, pierwszy odcinek, dzięki mojej „pomysłowości”, był naprawdę w porządku. Jednak ostatnie 20 kilometrów przed miastem można opisać jako jeden z gorszych koszmarów rowerzysty.
Stambuł – Karasu
Za nami nasze pierwsze 250 kilometrów. Było fajnie, choć ciężko. Na północny-wschód od Stambułu i później wzdłuż Morza Czarnego krajobraz dominują niekończące się zielone pagórki, cały czas góra-dół-góra-dół. Najwyższy punkt to 330 m.n.p.m. Niby takie nic, a w sumie nagnietliśmy już 4 km przewyższeń. Warto jednak było wybierać bardziej pofalowane i kręte drogi. Każdy szanujący się Turek śmiga na złamanie karku autem po ekspresówkach, więc rowerzysta te drogi ma praktycznie w całości dla siebie.
Nagniatamy… na rowerach!
No to wyjechaliśmy!
Ogarnęliśmy zakupy wszystkich potrzebnych rzeczy, rzutem na taśmę załatwiliśmy rowerki i przeprogramowaliśmy nasz wyjazd pod kątem jednośladów, a w międzyczasie jeszcze przeprowadziliśmy się z Warszawy do Łodzi….
Rzucić wszystko: jak to właściwie się robi?

To jest wyjątkowo osobisty wpis. Dotyka on spraw, które wyjaśniają, jakie były początki mojego dojrzewania do decyzji pt. „rzucam wszystko”. Mam pełną świadomość, że sformułowanie „rzucić wszystko” jest w moim przypadku bałamutne, ale ładnie ono brzmi, jest zuchwałe, po prostu podoba mi się. Nie chodzi o desperacką próbę ucieczki. W rzeczywistości tę decyzję przychodzi mi podejmować z dość wygodnej, bezpiecznej pozycji. Czytaj dalej Rzucić wszystko: jak to właściwie się robi?




