Przez środek Islandii rowerem. Wiatr, deszcz i przygoda życia!

56 słów oznaczających wiatr i 12 słów określających różne typy deszczu istnieje w języku islandzkim. Już sam ten jeden drobny fakt powinien dać nam do myślenia, gdy marzy się nam Islandia na rowerze.

Islandzka aura jest niesamowicie zmienna i kapryśna. Świetnie podsumowuje ją lokalny suchar przedrukowywany na tysiącach t-shirtów. Nie podoba ci się pogoda na Islandii? Poczekaj 15 minut. O pogodzie rozmawiają tutaj wszyscy (i nie jest to wcale błahy towarzyski zapychacz), a obserwowanie map opadów, wiatru i zachmurzenia to główne zajęcie dnia, szczególnie wśród turystów.

W tym roku pogoda na wyspie zaskoczyła nawet samych Islandczyków (dużo więcej o ludziach – http://nagniatamy.pl/ludzka-strona-islandii/). Jak opowiadała nam Ula i Tomek – przemiła polska rodzina, która przygarnęła nas w Keflaviku (jeszcze raz dziękujemy!), tej zimy przez Islandię przetoczyło się wyjątkowo dużo sztormów. Huraganowy wiatr zrywał się praktycznie co drugi dzień. A z wiatrem na Islandii naprawdę nie ma żartów. Sztormy osiągają prędkość dwustu-kilkudziesięciu kilometrów na godzinę. Zdarza się, że dokładnych wartości nie da się podać, bo huragany psują wiatromierze. „Skoro codziennie tak wieje, to dlaczego nikt nie korzysta tutaj z turbin wiatrowych?” – zastanawiała się całą drogę Mażna. „Eksperymentowaliśmy już z wiatrakami. Postawili chyba pięć sztuk. Przyszedł pierwszy sztorm i jeden z nich eksplodował” – wyjaśnił nam Simon, który gościł nas w Reykjaviku. Dodajmy, że Islandzkie sztormy potrafią być tak silne, że z powodzeniem spychają z drogi nie tylko rowery, ale i samochody. W takich okolicznościach drogi są zamykane. W tym roku pisał o tym Szymon z bloga znajkraj.pl. Jeśli chodzi Wam po głowie Islandia na rowerze, koniecznie przeczytajcie też jego relację.

Możecie sobie już chyba wyobrazić, że rozpakowując nasze rowery z pudełek i mając w planach jazdę przez wiecznie wietrzny interior wyspy czuliśmy, że łatwo nie będzie. Lotnisko jest tak umiejscowione, że przy wyżowej aurze i północno-wschodnim wietrze gdzie byśmy się nie ruszyli i tak dmuchałoby nam w paszcze. Uznaliśmy więc, że skoczymy od razu na głęboką wodę i popedałowaliśmy w kierunku płaskowyżu Kjölur w samym środku wyspy.

Kjölur, droga pomiędzy lodowcami

Na początku nastroje mieliśmy bojowe. Islandia? Co to dla nas bohaterów 16 miesięcznej rowerowej podróży. Powoli, spokojnie będziemy brnąć pod ten wiatr i w końcu przecież dojedziemy. Niestety na tej wyspie to wcale nie jest takie oczywiste. Pokory nauczyła nas już pierwsza większa góra. Gdy widzieliśmy ją z daleka myśleliśmy “Phi, tylko 600 metrów. Pikuś!”. Gdy byliśmy już u podnóża poczuliśmy się tacy mali i słabi… Znajdźcie na tym zdjęciu rower.

Islandia na rowerze - podjazd pod pierwszą przełęcz na drodze F35Piach, luźne kamienie pod kołami, potwornie strome zbocza solidnie dały nam w kość. Oj, dały. Pod przełęcz podjeżdżamy cały wieczór. Z godziny na godzinę wiatr stawał się coraz bardziej porywisty. Przetaczał się ze szczytu przełęczy i uparcie spychał nas w dół. Z sakwami pełnymi jedzenia na kilka dni to już coraz mniej przypominało jazdę, a bardziej rowerową wspinaczkę. Metr po metrze brniemy w górę, mozolnymi zakosami walczymy o złapanie przyczepności i utrzymanie równowagi.

islandia-kjolur-robi-sie-ciemnoNa przełęczy rozbijamy namiot. Po zachodzie słońca wiatr jakby na chwilę przycichł. Schowani za sporym nasypem już pakujemy się do śpiworów i w tym momencie nadchodzi kolejna fala jeszcze mocniejszych porywów. Na Islandii nie ma co liczyć na spokojniejsze wieczory i noce. Namiot prawie składa się od wiatru. Nie da rady tutaj spokojnie spać. Zwijamy wszystko i jedziemy dalej. Jak okiem sięgnąć księżycowy płaskowyż i żadnego schronienia. Ratuje nas w końcu wielka góra kamieni.

islandia-kjolur-biwak

Co potrafi islandzki wiatr?

Następnego dnia dmucha równie mocno, o ile nie bardziej, a na horyzoncie zaczynają kotłować się burze piaskowe. Mimo wszystko mamy lekko w dół i w miarę sprawnie docieramy do koryta dużej rzeki. Tam czeka na nas niespodzianka.

Islandia na rowerze - burza piaskowa

islandia-kjolur-chatkaJak opowiadał nam potem Simon (ratownik górski – możecie go spotkać, gdy zadzwonicie na Islandii pod 112, czego oczywiście nie życzymy!), bezpłatne górskie awaryjne chatki powstały w czasach, gdy w środek wyspy mało kto się zapuszczał. Dziś, gdy turystów na Islandii rocznie jest już ponad milion, ratownicy radzą ludziom, aby w trudnych warunkach pogodowych pozostawali po prostu w samochodach. Pytanie tylko co, gdy nie mamy samochodu.

Na nasze szczęście kilka chatek do dziś nie zamieniło się jeszcze w komercyjne miejsca noclegowe. Najczęściej zasiedlają je właśnie rowerzyści. W środku znajdujemy cztery łóżka, zapas ryżu, kuchenkę gazową, a na stole kilka listów z podziękowaniami od zagubionych wędrowców z całego świata. Najstarsze jeszcze z lat 90-tych. Po chwili ktoś puka. Ocho, mamy gości! „Cześć, spałem tutaj niedaleko rzeki w namiocie. Pozwolicie, że się przyłączę i zjem tutaj z wami śniadanie” – zagaduje młody Brytyjczyk, rzecz jasna rowerzysta. Nie zazdrości nam jazdy w kierunku północnym. Sam w ekspresowym tempie przejechał Kjölur mając huraganowy wiatr cały czas w plecy. Po chwili wpada jeszcze jeden jadący z przeciwnego kierunku rowerzysta (nie ma ciszy i spokoju), który mówi już bardziej dosadnie. „Chcecie dzisiaj jechać tą drogą na północ? Niemożliwe!”. Mimo wszystko postanawiamy spróbować. Jeśli mam być szczery, to chodziło mi po głowie przeczekanie tego dnia w chatce, do jazdy jednak entuzjastycznie wyrywała się Mażna. Co zrobić, trzeba jechać, żeby nie wyjść na marudera.

islandia-kjolur-janek

Cały czas da się jeszcze toczyć, ale idzie to potwornie ciężko. Droga za nic nie chce trzymać wysokości. Schodzi w dół, aby za moment pionowo odbić w górę. Wiatr szaleje, zwalnia rower praktycznie do zera. Nie da się nawet zjeżdżać, bo boczne porywy momentalnie spychają z trasy. Burza piaskowa rozkręca się na dobre. Piasek w zębach, piasek w piastach, piasek w łańcuchu. Co jakiś czas mijają nas jeszcze samochody, ale widać, że też jadą już bardzo ostrożnie i powoli. Wyrywam się trochę do przodu. Po ponad godzinie jazdy zerkam na licznik. Mamy ujechane całe cztery (!) kilometry. Za jakiś czas dotacza się Mażna. Pytam „Co robimy?”, ale przecież dobrze wiem, że trzeba zawracać. Samemu może dałbym radę jeszcze trochę ujechać, ale niewiele by to zmieniło. Najsensowniejszą opcją jest wracać do „naszej chatki” i czekać.

islandia-kjolur-zoltoPo fakcie dowiedzieliśmy się, że były tego dnia ostrzeżenia pogodowe o burzach piaskowych w tym regionie, a wiatr wiał z prędkością 72km/h. W porywach wydawało mi się, że dmuchało o wiele silniej. A przecież jak na Islandię to cały czas nic strasznego. Zimą potrafi wiać trzy razy mocniej. Mały letni sztorm wystarczył jednak, aby zatrzymać rower.

islandia-kon-zagiel
Islandia na rowerze? Phi! Przedstawiamy XVIII-wieczny wynalazek islandzkiego inżyniera Jona Einarssona, który miał usprawnić transport na wyspie. Z dobrym wiatrem miał moc dwudziestu koni.

Przez kolejny dzień kilka razy przymierzaliśmy się do wyjazdu. Niby wiało trochę słabiej, ale popsuła się pogoda i co chwilę przetaczały się nad nami czarne chmury i zrzucały kolejne porcje poziomo padającego deszczu. Takie czekanie to ma dopiero klimat! W porywach wieje tak mocno, że cała chatka się rusza. Aby wyjść na siku, musimy otwierać drzwi w dwie osoby. No i te odgłosy! Posłuchajcie sami:

Chatkowe odgłosy zmiksowałem z tymi, które towarzyszyły nam w stodole na owce, do której schowaliśmy się przed ulewnym deszczem na południu wyspy już pod koniec naszej islandzkiej przygody. O tym kilka słów w innym wpisie. Wtedy też nie mieliśmy szczęścia do pogody.

Siedząc tak w kilku metrach kwadratowych w akompaniamencie sztormowego wycia wiatru powoli zaczynamy rozumieć dlaczego Islandczycy mówią, że od tutejszej pogody można zwariować. Przed wyjazdem oglądaliśmy świetny islandzki film o pensjonariuszach szpitala psychiatrycznego Kleppur. Już w drodze zupełnym przypadkiem spotkaliśmy faceta, który w nim pracował. Opowiadał, że choroby psychiczne to rzeczywiście spory problem na Islandii, a ich przyczyną jest często właśnie dołująca pogoda. Na pocieszenie dzięki dobrej opiece społecznej samobójstwa zdarzają się rzadko…

islandia-kjolur-mrok-zmiana-pogodaislandia-mordor-kwiatkiZostawmy jednak ten temat i wróćmy do naszej przeprawy przez Kjölur. Trzeciego dnia pogoda okazała się dla nas łaskawa. Wiatr nieco się uspokoił, przestało lać. Przeprawa przez płaskowyż dalej nie była łatwa, ale już wtedy wiedzieliśmy, że się uda. Dogoniliśmy nawet tego dnia parę Włochów, którzy utknęli kawałek dalej za nami i dziś też zdecydowali się ruszyć. Kjölur to niesamowite miejsce na Islandii. Pustka, przestrzeń, skały jak na księżycu, a w tle co chwilę kolejne góry i jęzory lodowców. W środku takiego pustynnego krajobrazu mniej więcej w połowie drogi czeka na nas nagroda. Gorące źródła Hveravellir i specjalnie przygotowana sadzawka z wodą o idealnej temperaturze. Oj, dobrze było w czymś takim zanurzyć swoje obolałe po kilku dniach jazdy ciało.

kjolur-gorace-zrodlaislandia-mazna-kjolurCała trasa przez Kjölur (F35) ma około 160 kilometrów i z całą pewnością mogę powiedzieć, że były to najtrudniejsze rowerowe kilometry w moim życiu. Najtrudniejsze także dla kolan Mażny. Dobrze się złożyło, że na końcu ulgę przyniósł im autostop, który złapał nas sam. Przewodnika belgijskiej wycieczki najwyraźniej rozczulił obrazek, gdy pomagałem wspinać się Mażnie pod kolejne pionowe zbocze, biegnąc za rowerem i pchając go za bagażnik. Miał akurat jedno wolne miejsce.

Podczas jazdy rowerem przez Islandię najczęściej czuje się mniejsze lub większe… cierpienie. Jedzie się, zrzędzi i narzeka. Ja całkiem dobrze trawię podjazdy, czy trudną drogę, nawet jazda pod bardzo silny wiatr ma swój klimat. Nie mam za to ani odrobiny cierpliwości do deszczu. A tutaj gdy już zacznie poziomo padać i wiać w twarz, to godzina-dwie i jesteśmy przemoczeni do kości. Może gdybyśmy zainwestowali w najdroższe gore-texowe skorupy od stóp do głów, ochraniacze na buty, to jechałoby się ciut bardziej komfortowo. Jednak sam rower na dłuższą metę kiepsko znosi strumień wody niczym z myjni samochodowej, który dostaje się w każde jego zakamarki. Poza tym umówmy się, jaka to przyjemność z jazdy, gdy wokół dosłownie nic nie widać?

islandia-wozek
Acha, a gdy już zaczynaliśmy się na trochę nad sobą użalać to (już tradycyjnie) spotkaliśmy takiego faceta. Amerykanin azjatyckiego pochodzenia całą Islandię dookoła… przebiegł, pchając przed sobą taki oto wózek.

Jednak gdy mimo tych wszystkich przeciwności losu już gdzieś uda nam się dojechać, a spośród mgły i chmur wyłonią nam się te wszystkie niesamowite formacje skalne, kilkanaście wodospadów, tęcza i widok na pobliski fiord, to grymas bólu na twarzy znika w jednej chwili i zastępuje go jedno wielkie wow i opad szczęki. Najlepszy taki moment mieliśmy na przełęczy Oxi już tydzień po Kjölurze, po wschodniej stronie wyspy. Zobaczcie na filmie!

Islandia na rowerze - przełęcz Oxi

Rowerem po lodowcu?!

Dokładnie to samo czuliśmy, gdy jadąc już asfaltowym islandzkim ringiem na południu, odbiliśmy w stronę 800-metrowej przełęczy niedaleko lodowca Vatnajökull. Wtedy jakimś cudem pogoda była dobra i dopiero na szczycie w pewnym momencie góry schowały się we mgle. Od bajecznie zielonych dolin rzek, jezior, pomieszanych z żółcią górskich zbocz przez czarno-brunatno-szary mordor w wyższych partiach gór, aż po błękitny lodowiec. Witamy na Islandii, to wszystko na 16 kilometrach jednej górskiej drogi!

Vatnajokul - po lodowcu od biedy też da się jeździć na rowerzeTak to już jest z tą wyspą, że większość rowerzystów w trakcie jazdy zadaje sobie pytanie „Co ja tu robię? Po co to wszystko?!”. Sam mówiłem sobie w duchu, że następnym razem to już tylko na jakąś pustynię. „Nigdy więcej tego cholernego deszczu!”. A już pierwszego dnia po powrocie chciałem więcej. Przecież nie udało nam się przejechać drogi F208 i bajecznych żółto-pomarańczowych gór na południu. Cały czas czeka też najdłuższa i najtrudniejsza trasa przez interior F26. Islandia jest jeszcze bardziej niesamowita zimą. Większość najciekawszych dróg jest co prawda nieprzejezdna, ale co powiecie na przykład na jazdę po zamarzniętym jeziorze z najczystszą wodą na świecie i widocznością 30 metrów?! Tak, tak. Islandia wciąga, uzależnia i zostaje w głowie na długo. Każdy kto raz spróbuje chce potem więcej i więcej. My już nie możemy doczekać się kolejnego razu!

PS. Na koniec tradycyjnie mała prośba. Jeśli spodobał Wam się ten wpis i uważacie, że może zmotywować kogoś, aby ruszyć w drogę przez krainę lodu i ognia, to podajcie dalej na FB.

A więcej o samych Islandczykach, a do tego elfach gnomach i innych nadprzyrodzonych stworach przeczytacie w naszym drugim islandzkim wpisie.

islandia-zachod-slonca

Wschodnia Islandia na rowerze - fjordy wyłaniają się zza chmurislandia-okladka

39 odpowiedzi do “Przez środek Islandii rowerem. Wiatr, deszcz i przygoda życia!”

    1. Dobre pytanie. To wszystko zależy… Podczas takiego „krótkiego” miesięcznego wypadu raczej nie słuchamy muzyki, ale odgłosów tego, co nas otacza. Ja na Islandii tylko raz wyciągnąłem odtwarzacz i słuchawki na kilka kilometrów nudnego płaskiego asfaltu. W długiej podróży mocniej wspomagaliśmy się muzyką. Mażna najczęściej jakiś gęsty elektroniczny beat. Ja też porzucałem klasyczno-jazzowe klimaty, na rzecz jakiegoś prostego szybkiego rocka (pokroju Electric Six), czy jakiegoś hip-hopu. Czasami też oczywiście gadamy, no ale ile godzin non-stop można gadać. Raz w Australii graliśmy w nocy w słowne kalambury, bo Mażna zasypiała w trakcie jazdy 😉 A, no i ja często lubię pogonić sobie na podjazdach trochę do przodu, a potem czekać i czytać sobie na przełęczy książkę na Kindle.

  1. Podziwiam! Niesamowite krajobrazy, ale po tym co napisaliście nie zdecydowałabym się na przejechanie Islandii rowerem. Mało mam w sobie masochizmu, a skoro jazda opierała się głównie na brnięciu pod wiatr w zacinającym deszczu, przy niskich temperaturach to… mogę przeczytać taką relację z podróży, przebywając w cieplutkim domu, z kubkiem gorącej herbaty w ręku 😉 That’s all 😛

    1. Kinga, ale wcale nie chciałem straszyć. Jeśli ktoś lub rower i jeździ nim w polską jesień/lekką zimę to bardzo, bardzo gorąco polecam. Oczywiście trzeba mieć na taką podróż trochę więcej czasu, ale warto. Kiedyś mało kto śmigał na rowerze przez środek wyspy. Teraz jest już nas naprawdę sporo. Gdybym miał teraz do wyboru terenówkę albo rower, to mimo wszystko drugi raz pojechałbym drugi raz rowerem – wspomnienia po powrocie są cudowne. A już w porównaniu z małym przednionapędowym autkiem, to już w ogóle rower jest super opcją, bo po prostu można w większą liczbę miejsc dotrzeć. No może przy nieograniczonym budżecie skusiłbym się na takie 4×4 z gigantycznymi kołami i pośmigał dalej wgłąb lodowca, albo skuter śnieżny, albo… helikopter, ale to może kiedy indziej 😉

    1. Thanks Kimmo! Yeah, the place is amazing and at least when you go there from Finnland, you don’t feel so cold. We had 30+ C in Poland in July, and then in August in the icelandic interrior sometimes 6-7C + freezing wind. It was a bit of a thermal shock 😉

    2. For us the diffrence was only from +25C to +12C around Reykjavik or so and I can only imagine how cold and lonely it feels to be in the windy interior with bikes… With the cold weather the natural hot pools and warm rivers in the wilderness were so nice – and surreal!

  2. Co Wy tak wszyscy do tej Islandii?! Jesteście kolejnymi moimi znajomymi, których skusiła Islandia! Musi, że coś w tym jest. Gratuluję! 🙂
    P.S. Zdaje się, że pisałem Wam gdzieś indziej, że odwiedził mnie latem tego roku pewien mój znajomy, z którym przez kilka dni w 2002 wspólnie naginatałem przez Kanadę. Andre właśnie wrócił z miesiąca pedałowania po Islandii. Powiedział, że była to najcięższa wyprawa jego życia. A Andre ma za pasem sporo ponad 160 000 km na rowerze i w różnych warunkach. Aha, ma też… 78 lat. 😉

    1. A czemu wszyscy walą na Islandię? Bo wreszcie pojawiło się fajne, tanie połączenie lotnicze, dzięki któremu mogłam zrealizować moje marzenie, które chodziło mi po głowie od ponad 10 lat 🙂 W tym roku na Islandii odmelduje się chyba z połowa polskiej blogosfery podróżniczej 🙂 Ale co poradzić? Pięknie tam!

  3. Islandia wymiata! Super zdjęcia i gratulację, że wróciliście z głowami;)
    My cały czas bijemy się z myślami czy z dzieciakami na rowerach dałoby radę…

    1. Wy pewnie byście coś wykombinowali 🙂 Nie trzeba z przyczepką ładować się na najbardziej strome przełęcze to raz (chociaż Zbychu to pewnie nogę ma, więc będzie kusić ;). Dwa, można pod wiatr pojechać busem i wracać już ze sprzyjającymi podmuchami. Ja koniecznie chciałem przejechać całość tylko rowerem i głównie dlatego trochę to kosztowało. Największy problem w tym, żeby utrafić jakąś ludzką pogodę. Nie ma co liczyć, że cały czas będzie OK. Czasem trzeba przeczekać, a czekanie pod dachem kosztuje na Islandii dużo, a chatek pozostało już niewiele. No, ale jak macie dużą tolerancję do czekania w namiocie to też dacie radę 🙂

  4. Wow! Pełen szacun! Jadąc przez Islandię naszym małym Suzuki Jimny nieźle nami miotał wiatr na drodze! A co dopiero na rowerze! No przygodę mieliście piękną 🙂 Teraz to żadna droga Wam nie straszna!

  5. Czy w czasie podróży nie zdarzyło się Wam zachorować? Braliście ze sobą jakieś leki? I czy możecie powiedzieć gdzie zaopatrzyliście się na taką podróż – jakie buty, kurtka itp? Mam zamiar wyruszyć stopem po Islandii, ale obawiam się zachorować po środku lodowej krainy.

    1. No pewnie, zdarzyło się i to nie raz. Chociaż ja akurat częściej choruje, gdy siedzę w mieście. Każdy ma swoje słabe punkty, więc trudno tak ogólnie doradzać co zdrowia. Najkrócej, to nie przeginać, słuchać swojego organizmu. Z reguły zanim zacznie się np. duża infekcja bakteryjna różne sygnały pojawiają się wcześniej. Dobrze wtedy więcej pospać, lepiej zjeść itd. A gdy w razie czego dobrze mieć ze sobą jakiś antybiotyk, np. doksycyklinę. Z takich typowo rowerowych problemów: magię na kolana potrafi ponoć zdziałać Voltaren. Niemieccy emerytowani rowerzyście na Islandii wciągali w tabletkach 🙂 A ze stopem na Islandii to przede wszystkim przygotuj się na to, że trochę postoisz. Przy milionie turystów i ogólnym masowo-komercyjnym podejściu do sprawy autostopowicze lekko nie mają. Spotkaliśmy jednego, który chciał poruszyć islandzkie serduszka tym, że stał w zimnie w koszulce z odkrytymi ramionami. Postał, postał i w końcu wsiadł w autobus 😉

      Acha, buty – Salomony do biegania cross-country. Trochę takie niby lepsze z gore-texem, ale trakcie jazdy woda i tak leje się do nich z siłą wodospadu po nogawkach i zaczyna chlupać pod stopami. Kurtka Columbia jakaś niby trochę wodoodporna z promocji. Godzinka poziomego deszczu i wszystko było pod nią kompletnie mokre 😉

  6. Gratuluję pomysłów i wytrwałości. Byłam na Islandii trzy razy i lepiej bym nie ujęła walki ze zmianami pogody. Dzięki temu każda wyprawa jest nieoczywista, zmusza do czujności, wsłuchiwania się. Do usłyszenia 🙂

  7. Hej! No a my myśleliśmy, że Islandia będzie idealna na taki pierwszy rowerowy wyjazd: nie za długi dystans, nie za gorąco, nie za dużo samochodów. To nas zmartwiliście tym wiatrem i deszczem. A powiedzcie jak to wygląda na trasie, która wiedzie dookoła wyspy? Myślicie że to byłoby nieco łatwiejsze? Przynajmniej górek nie ma 😉 Pozdrawiamy z Boliwii! Kasia i Marcin

    1. Wiecie, my też zaczęliśmy naszą rowerową przygodę od bardzo górzystego kraju i w dodatku przy kiepskiej pogodzie (północna Turcja) – i chociaż początek był ciężki, to jednak nas to nie zraziło 🙂

      Natomiast Islandia jest faktycznie… przepiękna ale intensywna 🙂 Może wam się trafić cudowna pogoda, a możecie dostać od pogody niezły wycisk.

      Ring wcale nie jest łatwiejszy pogodowo niż środek – owszem, nawierzchnia jest asfaltowa, ale górki też są, i to miejscami nawet całkiem spore! Pogoda wszędzie żyje własnym życiem, a na południowym wybrzeżu czy w fiordach także potrafi bardzo mocno wiać (i przewracać samochody…). Natomiast przewagą ringu jest infrastruktura – miasteczka i campingi co kilkadziesiąt kilometrów, więc w razie załamania pogody jest gdzie się schować.

  8. Fajny opis. Dziękuję. Córa właśnie pociska samotnie. W środę przyleciała do Keflaviku, dzisiaj (5 1/2 dnia później) nocowała w Djúpivogur. 570 km dalej. No ale to kawał baby jest. Całe 51 kg wagi ;-). Póki co mamy mało zdjęć bo WiFi nie dopisuje ale już się szykujemy na spotkanie z nią i oglądanie fotek. Też nabraliśmy ochoty na Islandię. Oboje z żoną jeździmy na rowerach ale czy żona da radę? Zobaczymy. Tu robimy razem trasy 80 – 105 km ale bez bagażu i po „płaskim”. Podjazdy i wiatr ją wykańczają szybko. Może piękne krajobrazy duchowo ją wzmocnią?!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *