Jadąc przez Chiny trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko jest tutaj centralnie planowane w zaciszu partyjnych gabinetów. Nawet to, jak powinny wyglądać skrzyżowania autostrad. W prowincji Xinyang – najgorętszym i najbardziej oddalonym od morza zakątku Azji – ktoś wymarzył sobie, iż będą soczyście zielone, z równo przystrzyżonymi krzewami i trawą. Właśnie w takim miejscu przyszło nam się pewnej nocy rozbić, po wyczerpującej wielogodzinnej jeździe autostopem.
Hongkong: kochaj, albo trzymaj się od niego z daleka
Hongkong. Miasto, znane w Polsce głównie z para-komediowych występów posła Gadzinowskiego, pod wieloma względami jest „naj”. Jest najbardziej pionowe i najgęściej wypełnione ludźmi na metr kwadrat na świecie. Ludzie ci – dodajmy – także są „naj”. Średnie IQ (109) jest tu najwyższe na naszej planecie, podobnie jak… cena za dwadzieścia minut jazdy pociągiem z lotniska do centrum.
Chinami po oczach
Smętne miasteczka, w których nie dzieje się nic. Faceci siedzą w knajpie leniwie sącząc herbatę. Kobiety też siedzą, ale przy dzieciach i garach. O nie, proszę państwa. Tak bywało w Azji Centralnej, ale nie w Chinach. Chiny wstają przed świtem, podwijają rękawy i przeraźliwie trąbiąc pędzą swoimi maszynami do roboty.
Nagniatamy na Kumbul Peak, bez rowerów!

“O, jesteście. To pakujemy raki, czekany, linę i idziemy na lodowiec!” Tak, gdy tylko przekroczyliśmy próg jego domu przywitał nas Tas, nasz gospodarz w Ałmaty. „Nie, proszę, nie! Ze sportów to ja potrafię jeździć na rowerze” – desperacko próbowałem bronić się przed wspinaczką. Niestety już wtedy czułem, że trzeba będzie iść się wspinać. Nie było innego wyjścia.
A ty gdzie dziś będziesz spać?
Budzisz się w krzakach na czyimś polu. Blady świt, a słońce już piłuje. Przed namiotem stoi gość na koniu i coś bełkocze po rosyjsku. Gdzie położysz się tego dnia spać? Pod gołym niebem, czy w czterogwiazdkowym hotelu? Jak głosi klasyka polskiej muzyki rozrywkowej – wszystko może zdarzyć się i właśnie to w spontanicznym podróżowaniu jest najlepsze.
Dogoniła nas jesień
Wstaję rano (no dobra, 10-11) i ruszam na bazarek 50 metrów obok hostelu. Kupuję pomidory, szczypiorek, lepioszkę prosto z pieca. Potem obijamy się godzinami, czas mija na niekończących się pogaduchach. W końcu knajpiano-wizowa rundka po mieście. Tak wyglądał każdy z naszych 16 dni w Biszkeku. Odwykliśmy od rytmu rowerowej podróży i przegapiliśmy, że w Kirgistanie nadeszła jesień!
Nagniatacze vs. Chiny, czyli wizowego piekiełka cd.
Problemy z chińską wizą od początku wisiały w powietrzu. Już w Tadżykistanie krążyła historia Australijczyka na rowerze, którego cofnęli na granicy. Facet miał wizę, ale i tak musiał wracać. Jak to, jakim prawem?!
Czytaj dalej Nagniatacze vs. Chiny, czyli wizowego piekiełka cd.
Kuchnia pełna niespodzianek, czyli co jemy w podróży
A co wy tam dzieci jecie w tej podróży”? – to chyba najczęściej zadawane pytanie przez naszych rodziców. W skrócie: byle co, byle jak, o dość losowych porach, żeby tylko napełnić żołądki i dostarczyć minimum kalorii do dalszego pedałowania. Od czasu do czasu lubimy sobie jednak trochę poszaleć.
Czytaj dalej Kuchnia pełna niespodzianek, czyli co jemy w podróży
Kirgistan: przybij piątkę albo oberwiesz kamieniem
Kirgistan to kraj, który pozostawił nam w głowach niebezpiecznie wybuchową mieszankę wrażeń i chyba dopiero po drugim dniu odpoczynku możemy napisać coś o nim na spokojnie.
Czytaj dalej Kirgistan: przybij piątkę albo oberwiesz kamieniem

