Kocham ten kraj! Mieliśmy takie momenty na trasie, gdzie aż chciało się wykrzyczeć to zdanie. Zdarzało się, że lało, było zimno, wiatr w mordę, pod górę, zapadała noc, do najbliższej wioski kawał. I tak dwa dni z rzędu w podobnej sytuacji jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zatrzymywał się samochód.
Zaskakujące spotkania
Jak z okropnych, przemysłowych przedmieść trafić wprost do willi z basenem w nadmorskim kurorciku? A także – jak wbić się do czyjejś chaty „na bolące kolano”?
Droga na Zonguldak – niezbędne uzupełnienie
Ile to się nie naczytaliśmy i nie nasłuchaliśmy o tym, jaka to trasa na Zonguldak jest ekstra na rower! Wymagająca, ale super. Owszem, pierwszy odcinek, dzięki mojej „pomysłowości”, był naprawdę w porządku. Jednak ostatnie 20 kilometrów przed miastem można opisać jako jeden z gorszych koszmarów rowerzysty.
Karasu – Zonguldak
Tytuł wpisu, może trochę na wyrost, bo do fantazyjnie nazywającej się miejscowości Zonguldak, jeszcze nie udało nam się dotrzeć, ale najciekawszy, tudzież najtrudniejszy fragment już za nami. A wszystko zaczęło się od tego, że zamiast drogowskazu o nazwie Zonguldak, Mażna wybrała drogowskaz o nazwie przygoda.
Pierwsze szklanki tureckiej herbaty
Nocujemy w namiocie w orzechowym sadzie. Lało całą noc jak z cebra, leje cały dzień – decydujemy się odpocząć po trzech dniach jazdy. Z rana, wychylamy badawczo nos z namiotu, a tu nadciąga właściciel pola z siekierą w ręku i psem przy nodze. Jak się skończy ta historia?
Stambuł – Karasu
Za nami nasze pierwsze 250 kilometrów. Było fajnie, choć ciężko. Na północny-wschód od Stambułu i później wzdłuż Morza Czarnego krajobraz dominują niekończące się zielone pagórki, cały czas góra-dół-góra-dół. Najwyższy punkt to 330 m.n.p.m. Niby takie nic, a w sumie nagnietliśmy już 4 km przewyższeń. Warto jednak było wybierać bardziej pofalowane i kręte drogi. Każdy szanujący się Turek śmiga na złamanie karku autem po ekspresówkach, więc rowerzysta te drogi ma praktycznie w całości dla siebie.
Nagniatamy… na rowerach!
No to wyjechaliśmy!
Ogarnęliśmy zakupy wszystkich potrzebnych rzeczy, rzutem na taśmę załatwiliśmy rowerki i przeprogramowaliśmy nasz wyjazd pod kątem jednośladów, a w międzyczasie jeszcze przeprowadziliśmy się z Warszawy do Łodzi….
Jak się żyje w Japonii, czyli kasa to nie wszystko

Ja to mam, panie, szczęśliwe życie. Wstaję o świcie, pakuję ryżyk z plastikowego pojemniczka do mikrofali i nastawiam wodę. Po zagotowaniu zalewam wodorostowo-łososiowym sosem. W międzyczasie szybki prysznic, toaleta, akurat moje instant danie zdąży dojść, konsumuję pałeczkami, w mgnieniu oka. Raz, dwa wciskam się w markowe ciuchy, poprawiam fryz, iPhone w dłoń i do roboty! Muszę być punktualnie na ósmą. Po południu może jakiś szybki wypad na obiad do knajpy z europejskim jedzeniem i z powrotem za biurko. Wychodzę koło północy, wsiadam w metro, kilka chwil i jestem w swoim apartamencie, bach na łóżko, spać! I tak kółko się zamyka, często także w weekendy. Urlop? Jaki urlop! Przeciętny pracownik niższego szczebla nie ma co liczyć na taki przywilej. Im wyżej na drabince stanowisk, tym więcej dni urlopu. Zmiana pracy? Nie, nie – ze swoją firmą Japończyk wiąże się na zawsze.
Czytaj dalej Jak się żyje w Japonii, czyli kasa to nie wszystko
Historii z kanapy cz. II: Australia
Kulturowego stereotypu młodego podróżującego Australijczyka, jak mam być szczery, trochę się obawialiśmy. Zapraszając Marka na Couchsurfing, myśleliśmy – pewnie przyjechał na drugi koniec świata tylko pić, imprezować i nawet nie będzie mu się chciało z nami pogadać. Oczywiście okazało się, że nasze obawy były mocno na wyrost i Mark okazał się być całkiem fajnym gościem, choć rzeczywiście jak na Australijczyka przystało, był bardzo wyluzowany. Łatwo jednak nie sfrustrować się zbytnio życiem, rzucić studia w wieku dwudziestu czterech lat, podróżować sobie po świecie i marzyć o zostaniu znanym fotografem, gdy matka ojczyzna daje nam takie możliwości zarobku, jak Australia.
Tysiąc szklanek herbaty – recenzja książki
Pamiętacie takie książki, dzięki którym można było przeżywać przygody na drugim końcu świata, nie ruszając się z fotela? Pewnie uzbierało by się tego trochę. Seria Alfreda Szklarskiego o dzielnym Tomku w krainie kangurów, na czarnym lądzie, na tropach Yeti, potem Juliusz Verne – ach, to były historie, wciągały bez reszty. Czytając te książki w dzieciństwie, myślałem sobie – kurcze to musi być strasznie fajne tak włóczyć się po świecie. Teraz jesteśmy o krok od spełnienia tych dziecięcych marzeń, zdecydowaliśmy się, aby postawić wszystko na jedną kartę, a pomogła nam w tym też jedna szczególna książka.

