Jesteście w Azerbejdżanie? Musicie koniecznie zobaczyć błotne wulkany – sporo słyszeliśmy takich głosów, więc mimo, że „atrakcja” była nam kompletnie nie po trasie, uznaliśmy że pojedziemy ją odwiedzić. Ruszyliśmy 70 kilometrów na południe od Baku, wzdłuż Morza Kaspijskiego. Zaczęło się szybko i bezproblemowo, ale też głośno i śmierdząco, na szerokim poboczu czteropasmowej autostrady. Kiedy odbiliśmy szutrową drogą wgłąb lądu, zaczęły się przygody.
Azerbejdżan – mieszanka wybuchowa i kraj niespodzianka
Na horyzoncie bezkresny, wypalony od słońca step. Pod kołami czarny, gładki jak szkło asfalt i stromy zjazd w dół. Porywisty wiatr we włosach i prawie osiem dyszek na liczniku. Tak zapamiętam Azerbejdżan, dla nas taki kraj niespodzianka, bo planowo mieliśmy przecież jechać zupełnie inaczej – przez Iran. Szalonych stu kilkudziesięciu kilometrów drogi przed samym Baku nie będziemy jednak żałować. Skutecznie podniosły nam poziom adrenaliny i endorfin.
Czytaj dalej Azerbejdżan – mieszanka wybuchowa i kraj niespodzianka
Obrazki z Gruzji
Nocleg przed przełęczą Goderdzi, jakieś tysiąc sto wysokości Czytaj dalej Obrazki z Gruzji
Jacy są Gruzini?
Gruzińskie rowerowe marzenia

Uf, jesteśmy w Tbilisi. Ostatni raz, miejski nocleg z Internetem mieliśmy w Batumi, patrzę w kalendarz – minęło ponad tydzień, a wydaje się, że o wiele, wiele więcej. Dopiero w Gruzji mogliśmy poczuć na ile byliśmy zieloni w jeżdżeniu po górach; ale po 2025 m n.p.m. na Goderdzi, 1800 przy mieście wykutym w skale przy Vardzia i 2184 w drodze przez środek kraju do Tbilisi, kolejnych górek w Azji Centralnej boimy się już trochę mniej. Jednak już tutaj w Gruzji, górka po górce czuję jak spełniają się moje rowerowe marzenia!
Czytaj dalej Gruzińskie rowerowe marzenia
Turcja: Kocham ten kraj!
Kocham ten kraj! Mieliśmy takie momenty na trasie, gdzie aż chciało się wykrzyczeć to zdanie. Zdarzało się, że lało, było zimno, wiatr w mordę, pod górę, zapadała noc, do najbliższej wioski kawał. I tak dwa dni z rzędu w podobnej sytuacji jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zatrzymywał się samochód.
Karasu – Zonguldak
Tytuł wpisu, może trochę na wyrost, bo do fantazyjnie nazywającej się miejscowości Zonguldak, jeszcze nie udało nam się dotrzeć, ale najciekawszy, tudzież najtrudniejszy fragment już za nami. A wszystko zaczęło się od tego, że zamiast drogowskazu o nazwie Zonguldak, Mażna wybrała drogowskaz o nazwie przygoda.
Pierwsze szklanki tureckiej herbaty
Nocujemy w namiocie w orzechowym sadzie. Lało całą noc jak z cebra, leje cały dzień – decydujemy się odpocząć po trzech dniach jazdy. Z rana, wychylamy badawczo nos z namiotu, a tu nadciąga właściciel pola z siekierą w ręku i psem przy nodze. Jak się skończy ta historia?
Jak się żyje w Japonii, czyli kasa to nie wszystko

Ja to mam, panie, szczęśliwe życie. Wstaję o świcie, pakuję ryżyk z plastikowego pojemniczka do mikrofali i nastawiam wodę. Po zagotowaniu zalewam wodorostowo-łososiowym sosem. W międzyczasie szybki prysznic, toaleta, akurat moje instant danie zdąży dojść, konsumuję pałeczkami, w mgnieniu oka. Raz, dwa wciskam się w markowe ciuchy, poprawiam fryz, iPhone w dłoń i do roboty! Muszę być punktualnie na ósmą. Po południu może jakiś szybki wypad na obiad do knajpy z europejskim jedzeniem i z powrotem za biurko. Wychodzę koło północy, wsiadam w metro, kilka chwil i jestem w swoim apartamencie, bach na łóżko, spać! I tak kółko się zamyka, często także w weekendy. Urlop? Jaki urlop! Przeciętny pracownik niższego szczebla nie ma co liczyć na taki przywilej. Im wyżej na drabince stanowisk, tym więcej dni urlopu. Zmiana pracy? Nie, nie – ze swoją firmą Japończyk wiąże się na zawsze.
Czytaj dalej Jak się żyje w Japonii, czyli kasa to nie wszystko
Historii z kanapy cz. II: Australia
Kulturowego stereotypu młodego podróżującego Australijczyka, jak mam być szczery, trochę się obawialiśmy. Zapraszając Marka na Couchsurfing, myśleliśmy – pewnie przyjechał na drugi koniec świata tylko pić, imprezować i nawet nie będzie mu się chciało z nami pogadać. Oczywiście okazało się, że nasze obawy były mocno na wyrost i Mark okazał się być całkiem fajnym gościem, choć rzeczywiście jak na Australijczyka przystało, był bardzo wyluzowany. Łatwo jednak nie sfrustrować się zbytnio życiem, rzucić studia w wieku dwudziestu czterech lat, podróżować sobie po świecie i marzyć o zostaniu znanym fotografem, gdy matka ojczyzna daje nam takie możliwości zarobku, jak Australia.

